© Anderson Mancini/Flickr

Nie moja sprawa

70 udostępnień
70
0
0

Moją sprawą jest nowy samochód sąsiada, z kim sypia Grażyna z pracy, kto jest winny kryzysu w związku celebrytów, komu Magda G. zrobi kuchenną rewolucję, jak mieszka telewizyjna pogodynka, co na śniadanie je prezes nad prezesami, ale już całkiem nie moją sprawą jest los uchodźców koczujących na granicy, sytuacja kobiet w Afganistanie, ani to, że na ulicy widzę, jak rodzic bije dziecko.

– Ale raszpla. Z tyłu liceum, z przodu muzeum – oceniają wygląd kobiety spacerującej po miejskiej plaży nastoletnie panny.

Co je obchodzi, jak ta kobieta wygląda? – zastanawiam się. – Czy jej wygląd w jakiś sposób ich dotyczy? A jednak dają sobie prawo komentować i w dodatku wyrażać te jakże cenne refleksje głośno i publicznie.

– A słyszałaś, że Wojciechowska się rozwodzi? – pyta mnie koleżanka. No, trudno na tę informację nie trafić, jak się codziennie przegląda różne serwisy, a akurat nią największe internetowe portale walą równo po gałach. – I co o tym myślisz? – drąży temat, a mnie zatyka. Bo zdaję sobie sprawę, że jak rzadko kiedy nic nie myślę. Bo co mnie to obchodzi, kto z kim się hajtnął, a kto postanowił się rozstać? To nikt z moich bliskich. Nawet jeśli takie rozstanie to dla celebryty ciężka sprawa, mniemam, że akurat jego raczej stać na terapeutę, ma wsparcie znajomych, nie zostanie sam, krzywda mu się nie stanie, więc jaka tu moja rola? Dlaczego mam się tym interesować?

– A wiesz, że Mariolka (daleka siostra) w końcu ochrzciła dziecko – donosi mi wieści rodzinne ciotka Apolonia.

– No, cóż, ubolewam, ale jej sprawa – mówię.

– Prawda, że to wspaniale – kontynuuje ciocia, pomijając moje ubolewanie. Ciocia nie jest zainteresowana rozmową ze mną. Ciocia chce się podzielić informacją, że Mariolka się nawróciła i tym samym dać mi do zrozumienia, że może i dla mnie nie jest za późno. Bo ciocia wie przecież lepiej, co dla mnie dobre i co właściwe.

Warto przeczytać: Dlaczego już nie jestem katoliczką?

Wszyscy wiemy, jak inni powinni żyć, wyglądać, co robić, myśleć i z kim się zadawać. Chętnie udzielamy rad, pouczamy, oceniamy, etykietujemy. Żywo interesuje nas kto z kim sypia, jak dysponuje swoim ciałem czy majątkiem, jak ma urządzony dom, gdzie jeździ na wakacje, jaką dietę stosuje, ile ma koni pod maską. Wszystko to stanowi pożywkę do wyrażenia swojej opinii, nawet gdy nikt o nią nie prosi. Opiniujemy intensywnie i z zaangażowaniem, przekonani, że świat bez usłyszenia, co o danej sprawie sądzimy, niechybnie by się rozpadł.

W tym czasie, gdy tak sobie gadamy, w każdej sekundzie w różnych miejscach na Ziemi czyjś świat autentycznie się rozpada. Być może rozpada się gdzieś za ścianą naszego mieszkania, tuż obok po sąsiedzku. Być może rozpada się w drugim pokoju, gdzie siedzi członek naszej rodziny. Czy jednak nas to obchodzi? Czy chcemy wiedzieć, chcemy mieć wpływ, chcemy coś zrobić, porozmawiać, posłuchać? A może wolimy wydać opinię i dalej skrolować posty na fejsie?

Gdy widzimy ojca ciągnącego syna za ucho przez wielką halę supermarketu, tak że dzieciak musi stawać na palcach, żeby ucha nie stracić, zwrócimy mu uwagę? Czy jednak uznamy, że to nie nasza sprawa? Czy jak za ścianą co i raz słyszymy, jak mąż tłucze żonę, a potem spotykamy ją z obitą twarzą na ulicy, zainteresujemy się, czy jednak to nie nasza sprawa? Czy jak słyszymy o losie uchodźców, żywo reagujemy, aktywnie szukając, jak można pomóc, czy raczej zakładamy, że „co my tam możemy pomóc?”, to przecież nie nasza sprawa?

– To takie smutne, nie chcę słuchać o smutnych rzeczach – słyszę od znajomej, gdy nasza rozmowa schodzi na sytuację w Afganistanie. – To zaburza energię. Smutek jest niezwykle niski energetycznie. Według teorii kwantowej to bardzo niekorzystny stan. A ja chcę czerpać radość z życia.

Radujmy się – myślę. – Radujmy się, świat jest przecież taki piękny, gdy tylko zasłoni się oczy, gdy patrzy się i słucha wybiórczo. Z pozycji człowieka zachodniej cywilizacji świat stoi przed nami otworem, daje nam możliwości rozwoju, wręcz nas zaprasza do korzystania z jego niekończącej się obfitości. Wystarczy mieć „wolę”, by brać i korzystać, jak to podsumował Joe Biden w swoim przemówieniu po przejęciu przez talibów władzy w Afganistanie:

„Afgańczycy mieli wszystkie klucze do własnej przyszłości. Jedynym, czego nie mogliśmy im dać, była wola kształtowania własnej przyszłości”.

Cóż za przemowa i cóż za opinia – sytego i bezpiecznego przedstawiciela zachodniej cywilizacji. Świat bez niej z pewnością nie mógłby istnieć. My zaś możemy w swoich fotelach, przed ekranami iPadów, dalej radować się i opiniować: „No tak, nie umieli docenić, co im daliśmy, więc to, co się teraz z nimi stanie, to nie nasza sprawa”.

Gdy czekam u „Chińczyka” na zamówione żarcie, na zewnątrz lokalu wychodzi na papierosa dziewczyna pracująca w knajpie. Zaczyna mi opowiadać o trudach tej pracy, o tym jak marudni i kłopotliwi są polscy klienci.

– Najgorsi są ci, którzy zamawiają jedzenie w dostawie, a potem jej nie odbierają – mówi. – Ostatnio nasz kierowca zrobił kilkukilometrowy kurs z jednym tylko daniem. Czekał ponad pół godziny pod domem klienta, ale ten nie wyszedł po jedzenie. Wpisałam numer tego klienta na czarną listę. Kiedy więc zadzwonił na drugi dzień, powiedziałam, że nie przyjmę zamówienia, bo wczoraj kierowca czekał, a on się nie pojawił. Usłyszałam od niego tłumaczenie, że kierowca jest ciapaty, a on ciapatym (nasz pracownik jest Pakistańczykiem) nie będzie płacił. Cóż, odpowiedziałam, w takim razie nie będzie pan jadł.

Myślę sobie o nas – nazywających się cywilizowanymi. I coś mi tu nie styka. Gdzie i kiedy w tym cywilizowaniu się przestaliśmy być ludźmi? Może od tego człowieczeństwa odeszliśmy wraz z przekonaniem, że możemy być bogami. Tymi, którzy wiedzą najlepiej, którzy zawsze mają rację, których racja jest najważniejsza. Może to przekonanie powstało wtedy, gdy uzyskaliśmy masowy dostęp do informacji i zaczęliśmy wierzyć, że to nam daje władzę. Że każdy z pozycji wygodnego fotela może odkryć globalny spisek, poznać tajemnice wszechświata lub przynajmniej seksownej aktoreczki i każdy może się wypowiedzieć, i mieć wpływ na świat. Tylko że w zasadzie świat dwa metry od tego fotela już nieszczególnie nas obchodzi. I w zasadzie gówno o tym świecie wiemy.

I gdy tak słucham tych wszystkich cywilizowanych ludzi, gdy czytam ich opinie w internecie, i patrzę na te wszystkie ważne sprawy, w tyle głowy brzmią mi słowa Josifa Brodskiego, wyśpiewywane przez Edytę Geppert:

W chwili, gdy strzepujesz pyłek,
jesz posiłek, sadzasz tyłek
na kanapie, łykasz wino
– ludzie giną.

(…)

W chwili, kiedy mecz oglądasz,
czytasz, co wykazał sondaż,
bawisz dziecko śmieszną miną
– ludzie giną.

(…)

Ludzie giną, gdy do urny
wrzucasz głos na nowych durni
z ich nie nową już doktryną:
„Nie tu giną”.

Warto przeczytać: Kamil Witkowski: Fascynuje mnie siła kobiet

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Dobre intencje

Podobno w piekle posadzki i ulice wyłożone są szlachetnymi pobudkami ludzi. Czyżby nasze dobre chęci wcale nie zbliżały…

Krzyk ma moc

Stoję na łące i krzyczę. Drę się tak, jakby ten krzyk miał rozpłatać niebo. Zdarte gardło rzęzi, pulsuje…

Rozwód – kres złudzeń

– Wszyscy wkoło się rozwodzą! – dzieli się ze mną spostrzeżeniem koleżanka, której znajomi kolejno odkrywają, że jednak…

Uratuje nas śmiech

W nowy rok wchodzę, konając ze śmiechu. Boli mnie przepona, bolą mięśnie twarzy i narządy wewnętrzne. Przez cały…