Dorota Szczepan-Jakubowska

Nie dajmy zwariować się lękowi

39 udostępnień
39
0
0

„Za mojego życia, może poza stanem wojennym, nie obserwowałam w Polsce tak silnie zestresowanego społeczeństwa jak obecnie. Boimy się. Oczywiście mamy czego się bać, ale nie powinniśmy pozwolić, by lęk nas obezwładnił i odebrał nam moc do działania” – mówi Dorota Szczepan-Jakubowska, psycholożka, współzałożycielka i metodolog najstarszej w Polsce szkoły trenerów biznesu, Grupy TROP.

Izabela Marczak: Natrafiłam niedawno na wpis pisarki Katarzyny Bondy na Facebooku, w którym twierdzi ona, że obecnie ludzkość zabija lęk i że ten lęk jest nawet groźniejszy niż sam koronawirus. Zgadzasz się z tym?

Dorota Szczepan-Jakubowska: Owszem, ludzie się boją. Choć niektórzy sobie tego nie uświadamiają, zaprzeczają temu lub to wypierają. Inni z kolei nie są w stanie temu zaprzeczać, bo doświadczają tego lęku fizycznie, w postaci napadów paniki z wyraźnymi objawami somatycznymi. Mam wielu klientów, którzy są zszokowani, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyli i nawet nie podejrzewali, że może im się przydarzyć. „Ja, taka silna osoba i nagle doświadczam czegoś tak absurdalnego” – dziwią się. – „Nagle dopada mnie ogromny lęk przed śmiercią. I choć na rozum wiem, że nic mi nie zagraża, bo jestem zdrowa/zdrowy, to ten strach pojawia się nie wiadomo skąd i mnie paraliżuje” – mówią. Niektórym napadom paniki towarzyszą doznania cielesne, trzęsienie, nagłe skoki gorączki, bezdech. To budzi dezorientację i stres. Zwłaszcza że nie ma się nad tym kontroli.

reklama
reklama
A co z osobami nieświadomymi tego, że się boją?

Wśród tych osób jest spora grupa takich, którzy zaprzeczają lękowi. Uważają, że ich to nie dotyczy. Pytałam ostatnio znajomych, którzy lecą na Zanzibar, czy się nie boją, bo przecież będą musieli spędzić wiele godzin w samolocie, a w lotach czarterowych nie robi się testów, nie wiadomo więc kto do takiego samolotu wsiądzie. Poza tym na Zanzibarze też w zasadzie nie ma żadnych restrykcji dotyczących koronawirusa. A oni na to: „Bez przesady. Czego tu się bać?”.

Z jednej strony rozumiem ich potrzebę złapania normalności, pobycia w miejscu, gdzie jest pięknie, ciepło, z dala od tego napięcia, które mamy u nas, ale z drugiej, na ich miejscu jednak przynajmniej zastanowiłabym się nad ryzykiem, jakie taka podróż niesie. Tymczasem oni temu ryzyku zaprzeczają, nie chcą brać go pod uwagę.

Ludzie są zmęczeni tym wszystkim, co dzieje się wkoło nich i co się ciągnie już prawie od roku, może stąd takie decyzje? Mówią: „Nawet jeśli się zarażę – trudno, ale dłużej już nie wytrzymam w izolacji i strachu”.

Jeśli taka decyzja jest świadoma, czyli jeżeli oceniam ryzyko, wiem, że ono występuje, rozważam za i przeciw i dokonuję świadomego wyboru, to jest to OK. Przynajmniej w tym sensie, że nie zaprzeczam istnieniu zagrożenia. Ja mówię tu o tych, którzy stosują mechanizm zaprzeczenia lub wyparcia, bo nie chcą świadomie zmierzyć się z faktem, że się boją, że to ich też dotyczy. Tymczasem lęk nieuświadomiony nie znika. Nadal w nas jest i na nas oddziałuje. Natomiast udając, że go nie ma, pozbawiamy się możliwości zajęcia się nim. Niejako oddajemy mu kontrolę nad nami.

Decyzja pt. „pieprzę to, niech się dzieje, co chce” też jest chyba raczej jakąś desperacją niż racjonalnym wyborem?

Wynika ona z prawidłowości psychologicznej, zwanej optymizmem nierealistycznym lub „optymizmem porównawczym”. To pojęcie wymyślone przez Neila Weinsteina, który pokazał, że większość ludzi żywi silne przekonanie o tym, że są bardziej niż inni predystynowani do doświadczenia wydarzeń pozytywnych i jednocześnie do uniknięcia wydarzeń negatywnych. Krótko mówiąc, wydaje nam się, iż nieszczęścia przydarzają się innym ludziom, ale nie nam.

Zapewne stąd wiele brawury w zachowaniach niektórych ludzi?

W różny sposób próbujemy poradzić sobie z lękiem. Dla niektórych przyznanie się do niego byłoby jak przyznanie się do słabości, a to mogłoby być mocno niespójne z ich własnym wyobrażeniem o sobie. Prawda jest jednak taka, że tu się nie ma czego wstydzić. Śmiem nawet twierdzić, że za mojego życia, może poza stanem wojennym, nie obserwowałam w Polsce tak silnie zestresowanego społeczeństwa jak to ma miejsce obecnie.

A przecież na pandemię nałożyło się też wiele innych spraw – mocno destabilizująca sytuacja polityczna, kryzys gospodarczy, wewnętrzne antagonizowanie społeczeństwa… To wszystko jest streso- i lękogenne, i pewnie jedno nakręca drugie?

Tak, tu zachodzi reakcja zwrotna. Stres ma bardzo fizjologiczny wymiar – wyrzut hormonów adrenaliny i kortyzolu, które powodują, że organizm jest w stanie mobilizacji. Rzecz w tym, że w takim stanie nie możemy pozostawać zbyt długo, bo to niezwykle wyczerpujące. Stan mobilizacji służy ochronie przed bezpośrednim zagrożeniem. Dawniej służył temu, by uciec przed tygrysem, upolować mamuta, obronić wioskę przed najeźdźcą, czyli do krótkiej „spiny” na czas zagrożenia. A nie, by człowiek był pod jego wpływem permanentnie.

Tymczasem my od wielu lat, z racji specyfiki współczesnego życia, funkcjonujemy w stanie właśnie permanentnego stresu, a ostatnio , jak rozumiem, ten permanentny stan osiągnął wymiar chroniczny?

Po dużym stresie powinniśmy mieć okresy wyciszenia, zastosować metody na ukojenie naszego układu nerwowego, hormonalnego. Tymczasem obecnie my prawie całkowicie straciliśmy dostęp do tych narzędzi. Jeśli stres się przedłuża, poziom kortyzolu nie opada. Wówczas w naszym organizmie zachodzą poważne reakcje emocjonalne i fizjologiczne, związane z przeciążeniem. Jedną z takich reakcji jest wzrost lęku. Lęk jest komunikatem mózgu o tym, że dzieje się coś złego i że powinniśmy natychmiast podjąć jakieś działanie. W przeciwieństwie do strachu, który jest komunikatem o realnym zagrożeniu, lęk jest informacją wynikającą z dezorientacji – z przeciążenia wielością rozmaitych bodźców. To taki feedback naszego mózgu dla nas, mówiący o niebezpieczeństwie, choć bez jasnej informacji, czym owo niebezpieczeństwo jest. Ten feedback zwrotnie wywołuje stres. Stres zaś znów podsyca info o tym, że jest źle i tak to się zapętla.

Jak wydostać się z tego błędnego koła?

W obecnej sytuacji to się dość mocno skomplikowało. W psychologii istnieje taka koncepcja, zwana uważnym współczuciem autorstwa Paula Gilberta, która wyodrębnia trzy stany emocjonalne funkcjonowania człowieka – trzy sposoby używania emocji. Pierwszy mówi o tym, że używamy emocji do ataku czy do tego, żeby się bronić. Do tego służy właśnie ten nagły wyrzut adrenaliny i kortyzolu, który powoduje natychmiastowy odpływ krwi z żołądka i z mózgu i w pełni mobilizuje nas do szybkiego działania. To są bardzo nawykowe, praktycznie zautomatyzowane reakcje.

Drugi system obiegu emocji to system odpowiedzialny za osiągnięcia. On pozwala nam działać w długotrwałym emocjonalnym dyskomforcie, w oczekiwaniu na nagrodę. Np. pracujemy ponad nasze siły, mimo wielu niedogodności, bo liczymy na to, iż to przyniesie oczekiwane efekty. Ten system jest odpowiedzialny za to, że biznesmen pokonuje kolejne szczeble trudności, w dążeniu do sukcesu, że artysta, mimo iż cierpi przy tym srodze, usilnie chce skończyć swoje dzieło itp. Krótko mówiąc, pozwala nam on zapłacić stresem za realizację potrzeby osiągnięć, samorealizacji, posiadania dużego kapitału społecznego etc.

W końcu jest również i trzeci system, który roboczo można by nazwać systemem ukojenia. To on ma być naszym lekarstwem na spustoszenia robione nam w organizmie przez te dwa poprzednie systemy, czyli na to całe zatrucie kortyzolem i adrenaliną. System ten jest związany z mechanizmem wytwarzania oksytocyny, a oksytocyna, jak wiemy, wiąże się z bliskością. Pierwotnie powstał on po to, by ludzie mogli opiekować się swoim potomstwem i byli w stanie przekazać temu potomstwu takie wartości jak np. cierpliwość. Oksytocyna jest substancją wyzwalaną przez bliskość, także tę fizyczną…

… a my obecnie mamy ten dostęp do bliskości poważnie ograniczony?

Właśnie. Czasami nawet mechaniczne przytulenie albo patrzenie sobie wprost oko w oko pomaga na obniżenie poziomu stresu, a dziś wielu z nas nie może sobie na to pozwolić. Robiono nawet takie eksperymenty, które pokazywały, że ludzie, którzy patrzą sobie przez  minutę prosto w oczy, czują rodzącą się między nimi intymność. Uruchamiało to bowiem produkcję oksytocyny i dopaminy – hormonów miłości.

Ciekawe czy takie rozmowy i patrzenie na siebie wirtualnie, jak my teraz, też dają taką namiastkę bliskości.

Tego nie wiem, ale sądzę, że mogą być pomocne, a obecnie w niektórych sytuacjach nawet lepsze niż kontakt osobisty. Tu przypomniała mi się sytuacja z początków pandemii i pierwszego lockdownu, kiedy nasze władze wpadły na „genialny” pomysł zamknięcia lasów. Ja mieszkam praktycznie w lesie, więc wychodziłam sobie tu wokół domu na spacer z psem i mimo zakazu napotykałam innych odzianych w maseczki spacerowiczów. Pamiętam, że kiedy mówiłam im „dzień dobry”, oni umykali wzrokiem, jakby przerażeni tym, że pojawiłam się w ich przestrzeni. Drugi człowiek zaczął być odbierany jako zagrożenie. A przecież nie chciałam się z nimi przytulać, wszystko było w stosownej odległości, ale owo „dzień dobry”, odbierane było przez nich jako forma zadzierzgnięcia kontaktu, ukryta forma bliskości, której już się obawiali. Może więc dla niektórych spotkania online to obecnie bardziej optymalne rozwiązanie niż spotkanie w realu face tu face. Po co potęgować lęki?

może Ci się spodobać