Mariusz Wilczyński: Narysowałem tylko swoją pamięć

40 udostępnień
40
0
0

Nie je mięsa, nie lubi dzieci, inspiracji dla swoich dzieł nie szuka w książkach ani w filmach innych twórców, a na każdą jego artystyczną odsłonę trzeba czekać latami.

14 lat zajęła mu praca nad filmem Zabij to i wyjedź z tego miasta. Jeszcze przed oficjalną premierą tej animacji okrzyknięto ją arcydziełem.

Agnieszka Meyer: Film obejrzałam w pierwszym dniu otwarcia kina Muranów, przy „pełnej”, choć ograniczonej pandemicznie sali. Byłam jednocześnie wstrząśnięta i zauroczona. Wróciło do mnie dzieciństwo w PRL-u. Brzydkość tamtego świata, agresywność i pasywność ludzi. Bufetowe, sprzedawczynie, które mogły nas wtedy obdzielić łaską uwagi i których autentycznie się bałam. Pan też tak zapamiętał tamten czas, dzieciństwo?

Mariusz Wilczyński: Chodziłem do podstawówki, do której uczęszczało pewnie z tysiąc innych dzieciaków. Niektórzy z nas wyrośli na superlekarzy, niektórzy – tak jak ja – na superartystów (śmiech), a niektórzy się stoczyli. Ale mieliśmy równo. Nie wiem, nie gloryfikuję tamtych lat. Było wtedy dużo zła, ale też i dużo dobra. Były świetne kontakty międzyludzkie. Tak do 1989 roku. Oczywiście to wynikało z biedy, z nikłości innych rzeczy, chociażby ilości ofert kulturalnych, ale więzy międzyludzkie były nierozerwalne. Przyjaźnie z mojego dzieciństwa trwają do dzisiaj. Z przyjaciółmi, z którymi znam się od 10. roku życia, jeżdżę na wakacje.

Nic nie jest czarno-białe. Kiedy byłem dzieckiem, naprawdę małym chłopakiem, jeździłem z mamą do Zakopanego. Z Łodzi pociąg zawsze dojeżdżał tam rano. Jak wjeżdżał na dworzec, widać było góry. Dla mnie był to zawsze egzotyczny widok. Szliśmy przez Zakopane, przez to piękne i mroźne powietrze, w którym unosił się zapach drewna spalanego w kominkach. Przez lata wspaniale to wspominałem. A później raptem dowiedziałem się, że to powietrze to nisko i wysoko zawieszone pyły oraz szkodliwa emisja. I teraz już inaczej na to patrzę. Tak samo jest z tym dzieciństwem. Było w nim wiele okrucieństwa, ale wtedy taka była rzeczywistość. I z perspektywy czasu, inaczej się dziś na to patrzy.

A te nieporadne rozmowy? Wtedy nie rozmawiało się o uczuciach. Pokazuje pan to w filmie np. w scenie z mamą w szpitalu…

No tak, ale nie wiem czy to ma coś wspólnego z epoką. Czy naprawdę tak źle było w PRL-u, a teraz jest inaczej? Trudno mi powiedzieć. Nie mam dzieci, nie lubię dzieci, nie interesują mnie jako odbiorcy. Dzieci nie znają tego kodu, który mają dorośli. Ja w dzieciństwie miałem jakieś swoje blokady, ale czy dzisiejsze dzieci ich nie mają?

A w scenie z mamą. Tak, mówi ona o niemożliwości przeniknięcia, porozumienia się matki z synem. Ale traktowałbym to jako coś bardzo uniwersalnego. Ludzie mają kłopot z komunikowaniem się. Dziś, mimo tylu specjalistów, którzy za kasę albo nie za kasę próbują to naprawiać w ludziach, też nie zawsze to się udaje. Myślę niestety, że rodzimy się sami i umieramy sami. Pewne bariery są nie do przekroczenia. I tak, ta rozmowa z mamą jest o tym. O potrzebie kontaktu z drugim człowiekiem i smutnej konstatacji, że być może jest to niemożliwe.

Scena w tramwaju. Matka krzycząca na dziecko. Coraz bardziej nakręca się jego strachem, a potem płaczem. Do mnie wróciły wspomnienia z dzieciństwa – kobiety w taki właśnie sposób wyrzucały z siebie zmęczenie, poczucie braku wyjścia…

No, ale znów czy to tylko specyfika tamtych czasów? Każde czasy i sytuacje niosą swoje problemy. W swoim filmie starałem się pokazać, że ludzie nie są źli, bo złymi się urodzili. Według mnie ludzie nie są z natury źli, tylko tak ich kształtuje czas, okoliczności. Prawie wszystkie postaci w moim filmie, które są złe, mają po prostu złamane życia. To jest taki ciąg przyczynowo-skutkowy.

Zabij to i wyjedź z tego miasta” © Gutek Film
Porusza pan też w filmie temat okrucieństwa wobec zwierząt. Pokazuje je pan przez odwrócenie ról, jak na słynnych rysunkach Barbary Daniels, ukazujących dominację zwierząt nad człowiekiem.

Ta figura, którą zastosowałem w filmie jest bardzo prosta. Wymyśliłem ją jakieś 20 lat temu, ale mam świadomość, że ona funkcjonuje w literaturze i sztuce. Kiedy to wymyślałem, normą było wyciąganie przez sprzedawcę karpia i wrzucanie go do torebki foliowej. Pamiętam, człowiek szedł przez miasto, a te karpie powoli dusiły się w niej. Nie jem mięsa, uważam, że zwierzęta są naszymi braćmi. My też jesteśmy zwierzętami, tylko myślącymi. Sądzę, że jeżeli jest dusza, to zwierzęta też ją mają.

Czy ten film można uznać za autobiografię?

Rysowałem tylko i wyłącznie swoją pamięć, nie miałem żadnych tez przed przystąpieniem do filmu. Wiedziałem, że chcę się w nim spotkać ze swoimi rodzicami, że chcę w nim muzykę Tadeusza Nalepy i że będzie to też trochę opowieść o przyjaźni z nim. Niemniej, jak rekonstruowałem miasto czy moją przeszłość, czy jakieś artefakty, to nie sprawdzałem tego w sieci, nie porównywałem czy naprawdę to tak wyglądało. Rysowałem pamięć. Wiem oczywiście, że pamięć jest zawodna i wspomnienia często odbiegają od obiektywnego biegu wydarzeń, który miał miejsce, ale nie chciałem tego korygować. Opowiadam bajkę, to nie jest film dokumentalny, to nie jest moja autobiografia, jakkolwiek oparty jest na moich przeżyciach. Może dlatego jest tak mocny emocjonalnie, bo ja te przeżycia rekonstruuję. Niemniej to tylko bajka.

Wiele rzeczy zauroczyło mnie w Zabij to, ale najbardziej chyba światło i przedziwny czas, na granicy snu. Kolor i światło są tu absolutnie magiczne. Dodatkowo te szczególne dźwięki: tramwaje, włączające się neony, otwierane drzwi…

Bardzo chciałem, żeby moja opowieść toczyła się w takiej magicznej godzinie – w takim poranku, który nie może stać się dniem albo w takim wieczorze, który nie może stać się nocą. Stąd to przyciemnienie obecne w całym filmie. Nad plastyką pracowałem z Piotrem Szczepanowiczem, a nad finalną korekcją koloru z wybitnym operatorem Pawłem Edelmanem. Tym, który pracował z Andrzejem Wajdą czy Romanem Polańskim. Zrobiliśmy film ciemny, wybitnie kinowy. Oczywiście każdy twórca robiący film woli, aby jego dzieła były oglądane w kinie, a nie np. na iPhonie czy laptopie, ale mój film rzeczywiście zdecydowanie bardziej nadaje się do sal kinowych, ponieważ jest bardzo ciemny. Przy jego oglądaniu istotną rolę odgrywa jakość projekcji, projektor BCD, czyli najwyższej jakości. W kinie lepiej można też docenić piękny dźwięk. Nad nim również wraz z dźwiękowcem Frankiem Kozłowskim pracowaliśmy bardzo długo, za co zresztą Franek dostał nagrodę na festiwalu w Gdyni. Te subtelności dźwięku można usłyszeć dopiero w kinie, nie uzyska się tego efektu w domu. Zresztą w domu, wiadomo, można zatrzymać film, zrobić herbatkę, nie trzeba w nim uczestniczyć całym sobą. Kino daje inną jakość.

reklama
reklama
może Ci się spodobać