Moje ciało należy do mnie

1 udostępnień
1
0
0

O sekspozytywności i ciałopozytywności, o tym czym jest slut-shaming, a także dlaczego biczujemy się za nieidealne ciała i bycie „puszczalskimi” rozmawiamy z Pauliną Klepacz, założycielką magazynu „G’rls ROOM”, pisarką i autorką podcastu o samomiłości.

Marta Dudziak: Jak to się stało, że zajęłaś się tematem seksu?

Paulina Klepacz: Wyniosłam zainteresowanie tematem z domu. Pochodzę z małego miasta, ale moi rodzice otwarcie traktowali seksualność. Byli sekspozytywni i ciałopozytywni, co w latach 90. nie było raczej na porządku dziennym. Kupowali książki o seksie. Pamiętam, że miałam swoją encyklopedię seksu dla dzieci. W naszym domu jak ktoś wychodził z łazienki nago, to wychodził i nie było z tego powodu rwetesu. Tak samo normą było, że jeździliśmy na nagie plaże.

Długo myślałam, że tak jest w każdym domu. Do chwili, kiedy przyszły do mnie koleżanki i na jednej z półek zobaczyły Ogniem i mieczem, a na innej Encyklopedię seksu. Ależ były zdziwione. W szkole, jak pamiętasz, seks był tematem tabu. Nie mówiło się o nim wcale.

Kiedy zaczęłam pisać zawodowo, początkowo skupiłam się na modzie, potem jednak w kraju zaczęły się dziać różne niefajne rzeczy, więc postanowiłam zająć się „seksualnością”. Pisałam o niej do portalu Enter the ROOM, co spotkało się ze sporym odzewem. Z czasem uświadomiłam sobie, że w Polsce brakuje wiedzy o orgazmie czy innych podstawowych sprawach z obszaru seksu. Postanowiłyśmy więc stworzyć z kilkoma dziewczynami przestrzeń, w której inne dziewczyny mogłyby o tym rozmawiać. Tak narodził się G’rls ROOM na bazie wspomnianego Enter the ROOM. Słowem-kluczem jest tu seksualność i pozytywny seks.

Użyłaś takiego ładnego określenia „seksozytywność”, na twoim Instagramie zaś można przeczytać, że jesteś „positive feminist”, co to znaczy?

Znaczy to, że generalnie uznaje się seksualność za coś naturalnego, pozytywnego, dobrego. We współczesnej seksuologii w tym kontekście coraz częściej jest takie podejście, w którym terapia seksuologiczna ma nie tylko naprawiać problemy, ale przede wszystkim rozwijać nas, abyśmy mogły i mogli z seksu czerpać więcej przyjemności.

Oczywiście, patriarchat spowodował, że mężczyźnie w tej sferze wolno więcej, kobiecie zaś mocno ogranicza się czerpanie z seksu przyjemności. Kiedyś kobiety, które miały ochotę na seks uznawano za czarownice, za kolaborujące z siłami nieczystymi. System patriarchalny zakładał, że mężczyzna zarządza kobiecym ciałem, że ciało to może traktować przedmiotowo, zaś kobieta ma się temu poddać.

Dziś w nurcie seksualnej pozytywności kobiety są wolne, niezależne. Mogą iść z kimś do łóżka na własnych czy też wspólnie ustalonych zasadach. Ważna jest tu idea seksu konsensualnego, czyli takiego, na który godzą się wszystkie strony – to seks zabezpieczony, w którym dbasz o swoją przyjemność i nie boisz się powiedzieć, że lubisz to czy tamto, bo wiesz, co lubisz. Sekspozytywny feminizm, bo jest i taki nurt, mówi o tym, że kobiety mają prawo do seksualnej przyjemności.

Wróćmy jeszcze na moment do początków G’rls ROOM. Jak on się kształtował?

G’rls ROOM powstał w 2016 roku jako magazyn feministyczno-erotyczny. Główna idea, która przyświecała jego powstaniu, opierała się na przekonaniu, że seksualność jest ważna i dziewczyny, kobiety mają takie samo prawo, by swobodnie ją eksplorować, mieć z niej frajdę. Na tym polu było sporo do zrobienia. Jak już wspominałam, chciałyśmy stworzyć przestrzeń dla dziewczyn, w ramach której mogłyby swobodnie mówić o swojej seksualności, wymieniać się doświadczeniami, czerpać wiedzę o niej i poczuć, że mają do tego wszystkiego prawo.

Pamiętam, że po tym jak zrobiłyśmy numer o orgazmie, jedna z dziewczyn napisała nam, że dopiero po naszym materiale, do którego zbierałyśmy orgazmiczne historie czytelniczek, usiadła i zastanowiła się, czy w ogóle jest zadowolona ze swojego życia seksualnego. Wcześniej nigdy o tym nie myślała. Uprawiała seks, ale nie myślała o nim w kontekście własnej przyjemności.

Dlatego mówienie o seksualności – w teorii i praktyce – jest tak szalenie ważne. Zwłaszcza dziś, gdy mamy w Polsce nieludzkie prawo antyaborcyjne, generujące u wielu kobiet lęk przed ciążą, co znowu utrudnia im czerpanie przyjemności z uprawiania seksu.

Na początku swojej kariery propagatorki pozytywnej seksualności usłyszałam od jednego renomowanego seksuologa: „Kobieca seksualność jest jak ogród i mężczyzna musi ją rozwijać”. Pomyślałam wtedy, że chyba coś w tej narracji jest nie tak, że trzeba ją odczarować. Kobieta może sama rozwijać swoją seksualność, poznając swoje ciało, dowiadując się tego, co lubi, gdzie są jej granice itd. Potem może podzielić się tą wiedzą z partnerem lub partnerką.

Warto przeczytać: Ciało jest najważniejsze

Zapewne masz jakieś swoje ogólne spostrzeżenia o kondycji seksualności w Polsce, o nastawieniu Polek do seksu?

Mam ogólne wrażenie, że władza, którą teraz mamy, wchodzi nam z butami do „świątyni naszego ciała”. Kobiety tymczasem wreszcie coraz bardziej zyskują poczucie, że „moje ciało należy do mnie”. A Polki wiedzą, że nawet gdy władza czegoś zakazuje, są alternatywy – choćby „Aborcja bez granic”.

Obecna władza boi się seksu. Boi się tego, że będziemy o nim uczyć czterolatków. Dlaczego? Dlaczego seks jest demonizowany, skoro jest częścią naszego życia?

Na szczęście dziś ludziom, dzięki szerokiemu dostępowi do informacji, już nie tak łatwo zaszczepić demagogię. Coraz więcej osób zaczyna o seksie mówić i upierać się przy tym, by uprawiać go na własnych zasadach. Szerzej spoglądają na seksualność. Chętniej sięgają po gadżety erotyczne – pandemia zrobiła tu swoje, i to na plus.

Napisałaś z Kamilą Raczyńską-Chomyn i Aleksandrą Nowak książkę Dziwki, zdziry szmaty. Opowieści o slut-shamingu. Czym jest slut-shaming?

Slut-shaming jest zawstydzaniem kobiet ze względu na ich seksualność. Kiedy chcesz zdeprecjonować kobietę, zawstydzić ją, najłatwiej jest odnieść się do jej seksualności.

Kobieta słyszy z wyrzutem, że „poszła po pierwszym spotkaniu do łóżka”. Mówi jej to facet, z którym do tego łóżka poszła (to podwójny standard), ale też mówi oceniająca ją koleżanka. Żyjemy w społeczeństwie, które ocenia. Jesteśmy wychowywane i wychowani w kulturze oceniania i porównywania się. Łatwo nam przychodzi powiedzieć o innej kobiecie, że jest dziwką czy szmatą. W ocenianiu innych lecimy stereotypami typu: „ubierasz się wyzywająco, to sama prosisz się o seks czy gwałt”, a to niestety tylko umacnia patriarchalną kulturę gwałtu.

Już w szkole możemy doświadczać slut-shamingu – nauczycielka raczej zgani dziewczynę, jeśli chłopak ją zaczepia. Jak ją ciągnie za włosy, spyta czemu rozpuściła włosy albo dlaczego się tak ubrała, że prowokuje kolegów.

Takie sprawy się bagatelizuje, co sprawia, że nasze granice ciągle są przekraczane, a my przyzwyczajane jesteśmy do bierności i przemocy. A tym samym w mężczyznach utrwala się przekaz, że mają prawo do kobiecego ciała bez pytania. Od tych słów do przemocy jest bardzo blisko. To jest jedna z cegiełek utrzymująca chore status quo w kwestii seksualności.

Slut-shamingu można też doświadczyć w domu. Mama, kiedy widzi, jak jesteś odstawiona na imprezę, mówi ci, że wyglądasz jak dziwka i tak ubrana nigdzie nie pójdziesz. Często taka postawa mamy wynika z tego, że ona po prostu wie, jak wygląda świat. Wie, że w tym świecie zwykle to ofiarę wini się za to, że stała się ofiarą. Tyle że taki matczyny przekaz tego świata nie zmieni. Tu potrzebna byłaby rozmowa, bez oceniania, ale wyjaśniająca, dlaczego i jakie reakcje może wywołać taki ubiór.

Nie ma jednak opcji, żeby slut-shaming był pozytywny. Nie będziemy chciały być oceniane, więc będziemy się hamować, co z kolei prowadzi do różnych zachowań, np. do rezygnowania z seksualnej przyjemności, ale i do poważniejszych konsekwencji, np. wycofywania się z grupy rówieśniczej, a w skrajnych przypadkach do zaburzeń odżywiania, okaleczania się, a nawet samobójstwa.

Kiedy siadłyśmy do książki o tym zjawisku, zobaczyłyśmy, jak bardzo mało uwagi się mu poświęca. Ono jest tak powszechne, że aż przezroczyste. Jesteśmy tak do tego przyzwyczajeni, że po prostu żyjemy z tym i się nad tym nie zastanawiamy. A to, że to zastanawianie się jest potrzebne, pokazał nam odbiór książki przez czytelniczki. Był bardzo duży odzew dziewczyn po jej ukazaniu się. Utożsamiały się z historiami z książki i podkreślały, że trzeba temu zjawisku położyć wreszcie kres!

Biczujemy się w poczuciu bycia „puszczalskimi”?

Tak. Aczkolwiek myślę, że kobiety się wyzwalają. Coraz więcej z nich robi to, na co mają ochotę, np. umawia się na jednorazowy seks, mając gdzieś, co ktoś o nich pomyśli. Już się nie autocenzurują. Pamiętam, jak napisałam kiedyś do „Vogue” w cyklu „Love Me Tinder” o moim one night standzie. Mnóstwo dziewczyn dziękowało mi wtedy, że wreszcie ktoś napisał, że my jako laski możemy przespać się z kimś, powiedzieć mu rano „cześć” i już się więcej nie spotkać…

Faceci robili to przez lata i jeszcze im przyklaskiwano, kobiety nie. Pomimo że wyszłam z otwartego domu, miałam świadomość, że jak pójdę szybko z facetem do łóżka, to będę oceniana jako puszczalska. Pamiętam, jaką sensacją w liceum było to, że koleżanka poszła z chłopakiem do łazienki. Na imprezie. Uwielbiamy zaglądać ludziom do „łóżek” i na podstawie tego, co tam podejrzymy lub raczej się domyślimy, oceniać innych. Tymczasem to, co robimy w łóżku, nie stanowi o naszej wartości. Jesteśmy różnymi osobami, mamy różne pragnienia, preferencje seksualne.

Zależy mi na tym, aby odczarować słowo „puszczalska” i tym podobne epitety. Chodzi o „empowermentowe” zacięcie, a nie biczowanie się.

Katujemy się też w kwestii ciała, nie lubimy naszych ciał. Na ten temat napisałaś e-book.

To jest historia stara jak świat, która znowu wiąże się z patriarchatem. Kobieta miała zawsze być mężczyźnie do ozdoby. Miała ładnie wyglądać, pachnieć i robić to, co mężczyzna chce. Przez lata były różne kanony piękna i my się na nie godziłyśmy. Trochę nie miałyśmy wyjścia. Naszą kartą przetargową była uroda. Jeśli chciałaś żyć na jakimś poziomie, mieć co jeść, nie mając możliwości, by pracować, trzeba było zdobyć mężczyznę czy też zostać przez niego łaskawie wybraną.

Kanony piękna zmieniały się, stawały się coraz bardziej wyśrubowane – smarowanie się różnymi maziami, wycinanie sobie żeber, gorsety, wiązanie stóp. To były tortury.

Nadal zresztą mamy opresyjne kanony piękna. Dziś kreują je media społecznościowe. Od początku XX wieku firmom, markom, brandom zależało na tym, żebyśmy nie czuły się dobrze w naszych ciałach, żebyśmy kupowały odpowiednie produkty, żeby zamaskować czy naprawić nasze domniemane wady.

Dobrze omawia te kwestie dr Renee Engeln w książce Obsesja piękna, do której zresztą odwołuję się w swoim e-booku. Dr Engeln pokazuje, jak polubić swoje ciało, poznając je od funkcjonalnej strony – że ono każdego dnia wykonuje ogromną pracę, że jest niezwykle genialną machiną, która pozwala nam chodzić, jeździć, odczuwać przyjemność seksualną. My się tego nie uczymy. I potem wiemy tyle, że ciało śmierdzi, wydaje dźwięki i że trzeba je umalować, odziać i jeszcze wyćwiczyć, żeby odpowiednio wyglądało, wpisywało się w społeczne normy. Nie ćwiczymy dla przyjemności, żeby podnieść poziom endorfin, żeby ciało było w dobrej kondycji, żeby mu się odwdzięczyć za to, co dla nas robi, tylko żeby wpasować się w standardy. W ten sposób raczej jesteśmy z ciałami na wojnie. Koncentrujemy się na wyglądzie, co odciąga nas od innych spraw. Bo to jest dla nas kluczowe – zanim zwróci się uwagę na to, co kobieta ma do powiedzenia, patrzy się na to, jak wygląda.

Są badania z 2019 roku, które pokazują, że my jako Polki w Unii Europejskiej jesteśmy na szczycie niezadowolenia z siebie. Ponad 90 procent młodych dziewczyn w naszym kraju uważa się za zbyt grube. I tu mówimy o dziewczynach, które mają wagę w normie. Porównujemy się do celebrytek, gwiazd fitnessu, które całymi dniami mogą ćwiczyć. Porównujemy się do zdjęć osób poprawionych w Photoshopie. Do ideałów nierealnych. Potem jak przychodzi nam spojrzeć w lustro i zobaczyć jak wyglądamy sauté, jest w nas ogromna niezgoda. To nam utrudnia zaakceptowanie siebie. Latami zagruzowujemy się negatywnym myśleniem o sobie i potem, żeby się z tego wydobyć, czekają nas kolejne lata pracy. Często wymaga to pomocy specjalistów.

Warto przeczytać: Mniej fałszu na Instagramie, czyli w stronę autentyczności

Zatem od czego zacząć, by polubić swoje ciało?

To nie jest łatwe. Wszystko zależy od tego, na jakim jest się etapie i jakie się ma problemy. Jak już mówiłam, często bez pomocy specjalisty się nie obędzie. W uproszczeniu można powiedzieć, że najlepiej od teorii przejść do praktyki, czyli zrozumieć ciało – dlaczego miesiączkuje, wydziela zapachy, poci się. Ważne jest, żeby spojrzeć na ciało z podziwem dla jego możliwości, a nie z obrzydzeniem.

Druga rzecz, trzeba zrozumieć, że jesteśmy różni i że wygląd nie jest najważniejszy. Warto sobie przefiltrować media społecznościowe, zobaczyć kogo obserwujemy, czy są to profile superjoginek, celebrytek, które „inspirują” nas głównie do tego, żeby katować się na siłowni i nie mieć przyjemności z tych ćwiczeń, czy raczej ludzie, którzy dają nam pozytywne przesłanie o cielesności, pokazują cielesną różnorodność.

Kolejna rzecz to aktywność fizyczna – mam na myśli taką, która sprawia nam przyjemność. Dalej wysypianie się, dobre jedzenie, ćwiczenia. Zajeżdżamy nasze ciała, myślimy, że skoro funkcjonują, to funkcjonują i tak będzie wiecznie. Wymagamy od nich, że mają być takie i takie, mają robić to i to, a tego nie. A przecież każda z nas ma tylko jedno ciało. Jesteśmy przez nie połączone ze światem, z innymi ludźmi. Przez ciało odczuwamy przyjemności, np. kiedy jemy coś pysznego, aż po przyjemność seksualną, orgazm, to, że możemy zespolić się z drugą osobą. Trzeba więc o ciało dbać. Ciało to my.

Dalej warto zwracać uwagę, jak czujemy się w ciele. Czy nas coś boli, a jeśli boli, to dlaczego. Dobrze dotykać ciało z czułością, bo czułości nam brakuje. I wtedy przy okazji sprawdzać, co nasze ciało lubi, jak reaguje, kiedy i dlaczego reaguje napięciem, jakie mamy złe i dobre nawyki.

Skoro więc jesteśmy już przy akceptowaniu ciała, to chciałabym zapytać Cię o „Cipkonotes”, bo to też jeden ze sposobów na wzmocnienie więzi z ciałem, prawda?

Tak, od strony seksualnej. Tworząc „Cipkonotes” w ramach „G’rls ROOM” miałyśmy poczucie, że wiele kobiet nie zna swojej anatomii w ogóle, nie ogląda swojego ciała, tym bardziej swojej cipki. Opisujemy w nim więc podstawy – z czego cipka się składa, jak się zachowuje, jak o nią dbać, jak mówić o niej sympatycznie, jak się jej nie bać.

Poza stroną seksualną, położyłyśmy też nacisk na profilaktykę – przyglądanie się cipce, obserwowanie, czy zachodzą w niej jakieś zmiany. I być może to oglądanie cipki nawet nas podnieci. Fajnie zrobić sobie randkę z samą sobą, obejrzeć swoje ciało, zrobić sobie przyjemne rzeczy dla ciała, podotykać je, zrobić sobie rytuał, grę wstępną. Potraktować się jak swoją najlepszą przyjaciółkę. Zrobić sobie długą kąpiel, posmarować się olejkiem rozgrzewającym, zjeść coś pysznego. I dopiero potem przejść do genitaliów, do seksu solo, zwanego ładnie samomiłością. Jeśli potrzebujemy, możemy przeczytać coś w książce, czy obejrzeć coś, co nas dodatkowo podnieci.

Kiedy zadasz kobietom pytanie, co lubią w seksie, wiele z nich nie wie, co odpowiedzieć. Nie znają swojego ciała, swoich potrzeb, nie eksperymentują, nie próbują, skąd więc mają wiedzieć? Dlatego w tych naszych działaniach tak bardzo zachęcamy dziewczyny, kobiety, by o siebie zadbały. By pielęgnowały w sobie samomiłość. By poznawały siebie.

Tej autorki: Ciało to nasz dom, bez niego nie istniejemy

może Ci się spodobać

Zalety weganizmu

Wprost Zdrowie i Medycyna bierze na tapetę dietę wegańską (pozbawioną produktów odzwierzęcych). Liczba osób ograniczających mięso i nabiał…