świecki pogrzeb
Aneta Dobroch, fot archiwum prywatne

Mój pogrzeb musi być wesoły

34 udostępnień
34
0
0

„Coraz więcej Polaków decyduje się na świecki pogrzeb. Bywa, że mam dwa, a nawet trzy pogrzeby dziennie. Od 2017 roku zorganizowałam ich ponad 500” – opowiada Aneta Dobroch, mistrzyni świeckich ceremonii pogrzebowych.

Edyta Brzozowska: Ciekawy zawód sobie pani wybrała.

Aneta Dobroch: Tak się ułożyło. Robiłam w życiu różne rzeczy, głównie w sektorze finansowym. Do zainteresowania się branżą funeralną namówił mnie znajomy, który od lat prowadzi zakład pogrzebowy. Korzystał z usług różnych mistrzów ceremonii, ale nigdy nie był zadowolony. Miał do nich mnóstwo zastrzeżeń: począwszy od ubioru, po sposób wysławiania się i relacje z klientami. Mistrzem świeckiej ceremonii pogrzebowej nie może być ktoś pozbawiony empatii. A ja kocham to, co robię. Po prostu to czuję. Co równie ważne, mam lekkie pióro do „pisania pogrzebów”.

Jak „pisze się” pogrzeby?

Każdy ma swój indywidualny scenariusz, a zależy on od tego, czego życzy sobie rodzina. Scenografię i muzykę wybieram według sugestii bliskich, czasem ostatniej woli zmarłego. Pożegnanie osoby zmarłej może się odbyć w sali pożegnań, kaplicy pożegnalnej, bywa, że cała ceremonia odbywa się przy grobie. Do każdego pogrzebu przygotowuję się zazwyczaj kilka godzin. Zaczynam od szczegółowego wywiadu z rodziną, bo chcę się jak najwięcej o zmarłym dowiedzieć: jakim był człowiekiem, co w życiu zrobił, co lubił, kogo kochał, co go denerwowało. To nie są łatwe rozmowy, bo ludzie pogrążeni są w smutku, żalu, a czasem złości. Zrozpaczeni, rozżaleni na los, zapłakani. A z emocjami każdego człowieka trzeba obchodzić się jak najdelikatniej. Coraz częściej rodziny decydują się podczas świeckiego pogrzebu na pokaz multimedialny. Dlatego dają mi zdjęcia, filmiki, a ja dokładam muzykę i całość montuję w swoistego rodzaju wizualną biografię.

O pożegnaniu Papcia Chmiela przeczytasz tutaj: Syn Papcia Chmiela: „Byłeś genialnym ojcem, chyba złapałem ten bakcyl Kosmosu, dziękuję Ci”

Wielu Polaków decyduje się na takie pożegnanie swoich bliskich?

Coraz więcej. Bywa, że mam dwa, a nawet trzy pogrzeby dziennie. Od 2017 roku zorganizowałam ich ponad 500. Jeżdżę po całej Polsce, a co ciekawe, na świecki pogrzeb decydują się nie tylko mieszkańcy miast, ale także małych miejscowości i wsi. Także tych położonych w południowo-wschodniej Polsce, choć Podkarpacie uważa się za ostoję katolicyzmu. Z moich usług korzystają wszyscy: agnostycy, ateiści, apostaci, ale i katolicy. Zwłaszcza ci niepraktykujący.

Tłumaczą, dlaczego nie chcą na pogrzebie swoich bliskich księdza?

Tak. Na przykład mówią, że zmarły nie chodził do kościoła, nie przyjmował księdza po kolędzie. Nie widzą więc powodu, by organizować pogrzeb w obrządku religijnym. Nawet jeśli są ochrzczeni, przyjmowali pierwszą komunię i brali kościelny ślub, to mówią, że jakoś się z Bogiem minęli.

Ale najczęściej do pogrzebu z księdzem zraża bliskich zmarłego instytucja Kościoła i postawa niektórych księży. Opowiadają, że często byli świadkami, jak księża nie przykładali się do pogrzebu, byli bezduszni i nie potrafili uszanować uczuć rodziny tylko dlatego, że zmarły nie świecił przykładem. Dla większości duchownych pogrzeb to wyłącznie sposób na zarobek. I tak podchodzą do uroczystości, że niejednokrotnie nie wiedzą nawet, kogo chowają. Jednak zaznaczam, że świecki pogrzeb nie wyklucza wspólnej modlitwy i podczas większości organizowanych przeze mnie ceremonii, wspólnie z rodziną oraz uczestnikami, odmawiam „Ojcze nasz”, „Wieczny odpoczynek” lub inną modlitwę. Uczestniczę też w pogrzebach katolickich, bo bliscy chcą, jak to określają, aby pogrzeb „miał duszę”.

Rodziny zmarłych mają jakieś inne, specjalne życzenia?

Pewna rodzina zażyczyła sobie, aby po złożeniu urny do grobu w niebo uleciały setki białych balonów, wypełnionych helem. Innym razem wypuszczałam w niebo białe gołębie.

Zdarzyło mi się organizować pogrzeb w formule przyjęcia z muzyką, ciasteczkami i herbatą w eleganckich filiżankach podaną przez kelnera. Nigdy nie zapomnę pogrzebu zmarłej, która za życia była wielką miłośniczką muzyki klasycznej. Rodzina zażyczyła sobie, aby ceremonia miała formę koncertu chopinowskiego, na którym gościem honorowym będzie ich Terenia.

Rodzina stanowczo zakazała mi używania słów: „śmierć”, „zmarła”, pożegnanie”, a także „pogrzeb”, „uroczystość”, „rodzina”, „żałobnicy”, bo uważali, że Terenia wciąż dla nich żyje. Powitałam więc zgromadzonych na „sali koncertowej”. Ale pojawił się kolejny problem. Jak pracownikom zakładu pogrzebowego dać znak do podjęcia urny i przejazdu z kaplicy na cmentarz? Zakomunikowałam więc, że „jak na każdym koncercie, w pewnym momencie następuje przerwa techniczna, po której koncert będziemy kontynuować w innym miejscu, aż do wielkiego finału”.

Piękna ta metafora życia jako koncertu.

Jeśli chodzi o muzykę, to bliscy bardzo często zamawiają u mnie muzyków: z trąbkami, saksofonem, skrzypcami, wiolonczelą lub elektryczną gitarą. Są też bardziej ekscentryczne wymagania. Rodzina pewnego wielkiego amatora wędkowania prosiła, abym w sali pożegnań ustawiła manekina ubranego w strój wędkarza. Miał wodery, wędkarskie kamizelkę i kapelusz, rybackie wiadro, podbierak. Córka sprawiła mu wieniec ozdobiony haczykami, żyłką, pałkami wodnymi i innymi wędkarskimi akcesoriami.

Wzrusza się pani na pogrzebach, które celebruje?

Oczywiście. Zazwyczaj na pogrzebach dzieci, młodych ludzi, albo tych, którzy sami odebrali sobie życie. Do dziś pamiętam pożegnanie niespełna dziewiętnastoletniej dziewczyny z Krakowa. Była osobą transseksualną. Piękna, szalenie inteligentna, wrażliwa osoba. Jednak natura umieściła ją w niewłaściwym ciele. Jak każdy z nas, miała marzenia i chciała je spełnić. Jej, a właściwie jego marzeniem, była zmiana płci. Wydawało się, że wszystko szło w dobrą stronę. Niestety. Daniela-Lucjan nie dała sobie z tym rady. W takich sytuacjach mówię zebranym to, co myślę i czuję: że samobójstwo może jest po trosze naszą winą, jakimś niedopatrzeniem. Może coś zaniedbaliśmy. Nie zauważyliśmy rozpaczliwych sygnałów.

Ale nie każde pożegnanie musi być smutne i patetyczne. Prowadziłam ceremonie, na których panowała wręcz radosna atmosfera, z opowiadaniem anegdot o zmarłych.

O słabościach zmarłych też pani opowiada w swoich pożegnalnych mowach?

Nikt nie jest ideałem. Bywa więc, że zmarli jako ludzie zawodzili. Zawsze staram się znaleźć dobre strony człowieka, odnaleźć przyczynę tego „pogubienia się”. Ale to niezwykle smutne, kiedy żona po śmierci męża ma do powiedzenia tylko tyle, że lubił czytać gazety i wolał przesiadywać w knajpach przy piwie niż w domu, że miała z nim ciężki los. Jednak każdemu należą się godne pożegnanie i pochówek.

Może zainteresuje Cię: Jak poradzić sobie z żałobą?

Obcowanie ze zmarłymi wpływa na pani codzienne funkcjonowanie?

Nie, choć bardzo często śnią mi się pogrzeby. Na przykład, że nie mogę dojechać na cmentarz, bo jest śnieżyca. Albo zapominam, dokąd mam dojechać i jak na imię ma zmarły. Że jestem mocno spóźniona, a rodzina i przyjaciele niecierpliwie na mnie czekają. Ale najgorszy jest sen, w którym nie wzięłam ze sobą tekstu przemówienia. W rzeczywistości żaden z tych snów się nie spełnił. I przyznam, że po pogrzebach ludzie podchodzą do mnie, proszą o wspólne zdjęcie, biorą wizytówki i deklarują, że chcą, abym to ja – gdy umrą – ich żegnała.

Na wszystkich zdjęciach widać panią zawsze w czerwonych butach.

Wymyśliłam sobie, że to będzie taki mój znak rozpoznawczy. Mam czarną togę z czerwonymi wyłogami, białą koszulę z kołnierzykiem, do tego złoty łańcuch. A buty zawsze w kolorze hiszpańskiej czerwieni i zawsze na wysokiej szpilce, niezależnie czy to letnie czółenka, czy zimowe kozaki.

Myśli pani czasem o własnym pogrzebie?

Oczywiście. Przede wszystkim mój pogrzeb ma być wesoły. I naturalnie będzie ceremonią świecką, spotkaniem rodziny, przyjaciół, współpracowników. Kocham góry, morze i jeziora. Jeśli umrę zimą, to zażyczę sobie, aby ceremonia była wśród górskich szczytów, w formie biesiady, przy prawdziwym ognisku, z dobrą góralską kapelą, z projekcją multimedialną, komicznymi filmikami z mojego życia. Bo ja lubię się śmiać, żartować. A jeśli umrę latem, to pożegnanie nastąpi nad Bałtykiem lub na Mazurach, na plaży. Z lampionami i żaglówkami w tle, oczywiście przy wtórze żeglarskich szant. Laudacja na moim pożegnaniu nie może być „sztywna”. Chciałabym, aby wygłosiła ją wybrana przeze mnie osoba, a opowieści o mnie mają być wesołe, wręcz komiczne. Smutny pogrzeb byłby zupełnie niezgodny z moją pogodną osobowością. Organizatorzy będą mieli nie lada wyzwanie, bo jestem niezwykle wymagająca. Ostrzegam, że jako mistrzyni świeckiej ceremonii pogrzebowej bylejakości nie toleruję!

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Kobieta z misją, Królowa we flow

Wszechświat jest studnią obfitości, możemy z niej czerpać garściami. Pytanie czy jesteśmy na to gotowe. O tej gotowości…