Mniej

47 udostępnień
47
0
0

Mniej słów, mniej myśli, mniej dźwięków, mniej bodźców, mniej rzeczy, mniej ludzi, mniej wrażeń, mniej uczuć… mniej problemów, mniej lęku, mniej zmartwień. Chcę mniej.

Przytłacza mnie poczucie życia w śmietniku. Śmietnik w głowie, w trzewiach, w domu, w ogrodzie, na ulicy, w sieci, w mediach, w relacjach. Wszystkiego jest za dużo, za bardzo, za mocno, za głośno. Chaotycznie, nieskładnie, bez sensu.

– Jakiej muzyki słuchasz? – pyta mnie znajomy.

– Żadnej – odpowiadam zgodnie z prawdą, bo przecież zamiast dźwięków nieustannie szukam ciszy.

Pandemia jeszcze bardziej nasiliła we mnie potrzebę dążenia do mniej. W zasadzie przestałam bywać w sklepach i cokolwiek kupować (prócz jedzenia). Każdy nowy przedmiot wydaje mi się nadmiarem. Choć przecież już wcześniej z wielu rzeczy zrezygnowałam. Od lat nie mam telewizora, radia czy odtwarzacza płyt CD. W zasadzie nie kupuję ciuchów, książek, bibelotów, kosmetyków, przetworzonego żarcia. Trzymam się prostej diety, nie stołuję się w restauracjach, nie chodzę do kina, teatru, na koncerty, nie podróżuję, nie eksploruję świata, ograniczam życie towarzyskie do minimum i do niewielkiego grona przyjaciół. Zrezygnowałam z wielu rzeczy z bogatej oferty, jaką przedstawia współczesny świat konsumpcji, a jednak wciąż mam poczucie przesytu, wciąż poczucie nadmiaru i przebodźcowania.

Z uwagą słucham więc mojej koleżanki, która opowiada, jak zamówiła kontener i zaczęła pozbywać się z domu wszystkich rzeczy, które uznała za zbędne. Meble, książki, ciuchy, papiery, pamiątki. Wszystko out!

– Wyrzucałam to i płakałam – mówiła. – Tyle wspomnień. Tyle historii związanych z poszczególnymi przedmiotami. Ale potem…, gdy już to zrobiłam… Potem usiadłam w tym pustym domu i… odetchnęłam. W końcu poczułam, że mogę oddychać.

Myśl o zamówieniu kontenera przyjemnie lokuje się w mojej głowie. To byłoby takie gwałtowne cięcie. Pozbyć się zbędnych rzeczy, oczyścić przestrzeń. Choć jak znam siebie, raczej tego nie zrobię, bo świadomość, że rzeczy te wylądują na śmietniku i nikomu już nie posłużą totalnie mnie blokuje. Raczej więc zacznę je rozdawać – tym, którzy jeszcze chcą mieć, którym jeszcze wydaje się, że posiadanie jest fajnym stanem.

O tym, jak można dać przedmiotom drugie życie przeczytasz TUTAJ

Dla mnie chyba też takim kiedyś było, skoro otoczyłam się tyloma rzeczami. Kiedyś wszystko wydawało mi się potrzebne. A nawet jak w danej chwili nie było, to zawsze po głowie pałętała się myśl, że może kiedyś się przyda. Dziesiątki pędzli, bo kiedyś malowałam. A potem przestałam. Ale wciąż je trzymam, bo… może jeszcze będę malować, może się przydadzą. Książki, do których zwykle nigdy nie wracam, ale może kiedyś będę chciała wrócić. Szafeczki, które może kiedyś odrestauruję, słoiki, w których kiedyś może znajdą się przetwory, jak tylko będę miała czas je zrobić, kosa, którą kiedyś nauczę się kosić. Pamiątki – z podróży, ze spotkań z ludźmi… jakbym miała czas wspominać, gdy życie ciągle pędzi i absorbuje, i domaga się nowego.

Poza tym i tak to, co najważniejsze zapisane jest pod kopułą mojej czaszki, na co mi więc fizyczne tych wspomnień potwierdzenia? I jeszcze terabajty zdjęć na dyskach. Zdjęć, do których też w zasadzie nigdy nie wracam. Właśnie… to ciągłe robienie zdjęć – próby złapania chwil, zakonserwowania ich, odłożenia na później, w zasadzie bez kontaktu z tu i teraz.

Te wszystkie rzeczy nieustannie przypominają mi tylko, że coś powinnam. Powinnam o czymś pamiętać (rzeczy nawiązujące do przeszłości) lub powinnam coś zrobić (rzeczy nawiązujące do przyszłości). W szafie nienoszone od lat ciuchy krzyczą: „Powinnaś się odchudzić, w to już się nie wciśniesz! Dlaczego się tak zaniedbałaś? Weź się za siebie!”. Inne komunikują o nietrafionych decyzjach zakupowych: „Jak mogłaś kupić coś tak tandetnego? Pieniądze wyrzucone w błoto. Dlaczego jesteś tak nie rozsądna?!”. Jeszcze inne pytają: „Kiedy w końcu zdarzy się okazja, by to założyć? Może chociaż oderwiesz metkę?”. Oczekiwania i roszczenia. Rozczarowania i wyrzuty. Rzeczy wciąż mówią, wciąż o czymś komunikują, a ich głosy stają się hałasem. Otoczona rzeczami czuję zmęczenie zgiełkiem, który robią. Mam ochotę uciekać.

Nie potrzebuję tego cyrku. Nie potrzebuję tych wszystkich rzeczy. Po cholerę mi 30 różnych noży w kuchni, skoro od lat używam tylko jednego. Po co 20 kubeczków, skoro i tak pijam tylko w dwóch ulubionych. Po co mi pary butów na różne okazje, skoro od lat te okazje się nie zdarzają i wcale o nie nie zabiegam. To wszystko uzbierało się z powodu koncepcji, że „kiedyś się przyda”. I pewnie nigdy nie zostałoby kupione, gdybym w chwili zakupu zapytała sama siebie: „Czy jest mi to niezbędne? Czy istotnie poprawi mój komfort życia na co dzień, czy tylko od święta? Czy mogę się bez tego obejść?”.

Pandemia i kolejne lockdowny uzmysłowiły mi, że w zasadzie do życia dziś, tu i teraz, naprawdę nie potrzeba wiele. Przynajmniej ja nie potrzebuję. Jeśli moja głowa nie produkuje sztucznych potrzeb, nie uruchamia zbędnych ambicji, dość łatwo osiągnąć poczucie dobrostanu. Jeśli jest mi ciepło, nie czuję głodu, ani nic mnie nie boli, jeśli mam co do garnka włożyć, gdzie spać, nie zagraża mi bezpośrednie niebezpieczeństwo, narządy i zmysły działają sprawnie, to jeśli dorzucę do tego jeszcze obecność przyrody, przyjaciół i dobrą książkę, w zupełności mi to wystarczy.

Pewnie w napędzanym wszelkimi sposobami kole konsumpcji można by nazwać mnie czarną owcą. Niektórzy nawet powiedzieliby, że z takimi konsumentami jak ja świat niechybnie by zginął. Moim zdaniem jednak na obniżeniu konsumpcji wszyscy raczej byśmy zyskali. Gdybyśmy żyli prosto i niezachłannie, i stosowali te zasady na różnych szczeblach naszej egzystencji, wyszłoby to na zdrowie nam, naszym relacjom, środowisku.

– To niesamowite, ile energii we mnie wstąpiło, gdy posprzątałam ten śmietnik wokół siebie – mówi mi znajoma (ta od kontenera). – Muszę tylko uważać, by na tej pozytywnej fali za chwilę znów wszystkiego nie zagracić, nie zapełnić tej pustej przestrzeni nowymi meblami, sprzętem, jak to robiłam dotychczas. Kupując na pocieszenie, dla małej uciechy, dla poprawienia sobie nastroju, co zwykle radowało w chwili zakupu, a zaraz potem traciło na znaczeniu i trzeba było znów nabywać. Nabywać i być na haju.

Ja chciałabym w swoich porządkach pójść jeszcze krok dalej niż tylko wysprzątać swoją przestrzeń z rzeczy. Chciałabym maksymalnie uprościć swoje codzienne menu, uprościć mowę, ważyć słowa, nie komplikować myśli, robić tylko to, co trzeba, zatrzymywać się, ruszać i znów zatrzymywać. Iść przez życie spokojnie, bez pośpiechu, bez forsowania. Nie walczyć z nikim, z niczym i o nic. Ufać, że nic nie dzieje się bez przyczyny, a wszystko, co się wydarza, jest po coś. Pamiętać, że jeśli sama nie chcę żyć w śmietniku, nie mogę produkować śmieci w żadnym aspekcie życia.

Tej autorki: A gdyby tak mówić, co się myśli?

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Trzy oblicza czasu

Odkąd pamiętam, byłam z czasem na wojnie. Deptał mi po piętach, poganiał, dyszał za plecami, że za wolno,…

Dobre intencje

Podobno w piekle posadzki i ulice wyłożone są szlachetnymi pobudkami ludzi. Czyżby nasze dobre chęci wcale nie zbliżały…
nieuczciwość

Nieuczciwość

O nieuczciwości myślimy wtedy, gdy słyszymy o jakimś przekręcie, oszustwie na dużą skalę czy innej haniebnej niegodziwości. Kojarzymy…

Uratuje nas śmiech

W nowy rok wchodzę, konając ze śmiechu. Boli mnie przepona, bolą mięśnie twarzy i narządy wewnętrzne. Przez cały…