miłość nie ma płci

Miłość nie ma płci

62 udostępnień
62
0
0
I zostało tak przez kolejnych 25 lat.

Y: Tak, to długo. Ale trzeba pamiętać, że przez tych 25 lat były wzloty i upadki, np. dwa rozstania, które ostatecznie nie doszły do skutku. Były więc kryzysy, momenty przełomowe.

Trudno oczekiwać, że jakiś związek przez tak długi czas będzie wyłącznie sielanką. Jak udało się Wam wyjść z kryzysów?

Y: Raz poszłyśmy na terapię dla par. Ale jakoś nie wspominamy tego spektakularnie. Choć z każdej terapii coś się wynosi i czegoś się człowiek uczy.

A: Każda z nas pracowała nad sobą w ramach indywidualnych terapii. Bo wiesz, nas nikt od małego nie uczy, jak radzić sobie z emocjami. Nie uczy się nas, jak tworzyć dobre relacje ani ze sobą, ani z innymi ludźmi. I potem w dorosłym życiu to wszystko wychodzi. Na przykład wychodzimy w świat, znając tylko jakiś jeden aspekt miłości, zwykle miłość romantyczną, która zawiesza się na etapie motyli w brzuchu. Bajka kończy się na „żyli długo i szczęśliwie”, a clou miłości, związku, który następuje po tym etapie, to już biała plama.

My zadawałyśmy sobie pytania i szukałyśmy alternatyw. Wybrałyśmy drogę terapii, dokształcania się, uczestniczenia w warsztatach rozwoju osobistego. Bo miłość nie wystarczy do zachowania trwałości związku. Miało to swoją cenę. Było kosztowne i pod względem finansowym, i emocjonalnym.

Jak zatem teraz określiłybyście, czym jest miłość? Co może być podpowiedzią dla tych, którzy chcą stworzyć satysfakcjonujący, trwały związek?

Y: Kiedyś, jak byłam młoda, miłość pojmowałam właśnie tak bardzo romantycznie. Chciałam mieć jedną dziewczynę na całe życie i myślałam, że te motyle w brzuchu to będą na zawsze i że one właśnie oznaczają miłość. Życie to oczywiście później zweryfikowało. Więc dziś, z pozycji osoby dojrzałej, mogę powiedzieć, że miłość nie jest czymś jednowymiarowym. To proces obfitujący w wiele zmian, metamorfoz. To taki duży worek, w którym mieści się wiele bardzo różnych rzeczy.

Ostatnio przeczytałyśmy z Anką książkę Olgi Drendy i Małgorzaty Halber Książka o miłości. I tam dziewczyny fajnie piszą, że związek dwojga ludzi jest trochę jak spółdzielnia. Sądzę, że to dobre określenie. Rzecz w tym, że ludzie wolą wierzyć w tę hollywoodzką wizję miłości. Poza tym jeżeli znikąd nie dostajesz informacji, jak sobie radzić czy jak prowadzić związek, to skąd masz wiedzieć? Jeśli już słyszysz jakieś wskazówki, to na wysokim stopniu ogólności, np. że trzeba się szanować. Ale to taka sama wskazówka jak ta, że trzeba jeść śniadania. Ale co to znaczy? Czy każde śniadanie jest tak samo wartościowe? Co trzeba jeść, by ono najlepiej nam służyło? Musimy więc szukać na własną rękę, a ludzie różnie sobie z tym radzą. Skoro więc od początku nie wyrównało się w szkole tych szans edukacyjnych na wiedzę na dany temat, to jednym uda się ją zdobyć, a innym nie. I potem wiele związków się rozpada, wiele przybiera toksyczne formy. Inna sprawa, że obecnie wielu ludzi po prostu nie ma cierpliwości do takich poszukiwań. Jak znikają motyle w brzuchu, czują się znudzeni, rozczarowani, zawiedzeni i myślą: „miłość się skończyła”.

Za szybko się poddają, nie chcą walczyć o związek?

Y: Nie wytrzymują próby czasu, pierwszych kryzysów. Nie chce się im pracować nad daną relacją, tylko uciekają od trudności, łudząc się, że z inną osobą będzie lepiej. Albo też non stop poszukują tych motyli w brzuchu, nie potrafiąc przejść do kolejnego etapu związku. Ciągle skaczą w nowe relacje, tymczasem w kolejnym związku za chwilę będą mieli to samo. Przy czym nie mówię tu o związkach przemocowych, bo tu krótka piłka jest jak najbardziej na miejscu.

A: Ja bym w ogóle nie używała wyrażenia „poddają się”, bo to nie jest wojna, żeby się poddawać. Według mnie związek dwojga ludzi to po prostu wspólna droga. Różne mogą być cele tej drogi, ale można nią dobrze, satysfakcjonująco razem iść. Trzeba tylko pamiętać o asertywności. Ale nie o asertywności w tym powszechnym rozumieniu, jako o mówieniu „nie”, lecz w znaczeniu szerszym, które oznacza sztukę stawiania granic. Jak sama potrafisz wyznaczać granice, jak potrafisz je chronić i zadbać o swoją strefę komfortu, reszta jakoś się układa.

Wy chyba dajecie sobie dużo wolności w związku?

Y: Tak, i myślę, że dlatego też nasz związek cały czas trwa i się rozwija. Wydaje mi się, że gdy w związku brakuje przestrzeni, gdy ludzie nie szanują nawzajem swoich prywatnych stref, gdy się zasysają, zlewają ze sobą, to staje się to niezdrowe, a nawet niszczące. Jak słyszę teksty typu: „Ja nie muszę mieć wyższego wykształcenia, bo mój mąż ma, a to tak jak i ja bym miała” albo że żona nie puszcza męża, żeby pojechał na spotkanie klasowe, choć ten już dawno osiągnął dorosłość, to myślę: „coś tu chyba jest nie tak”. Dla mnie to absurdalne.

My z Anką nie kontrolujemy nawzajem każdego naszego ruchu, nie informujemy się o wszystkim, co zamierzamy zrobić, gdzie pójść czy z kim się spotkać. Owszem mówimy sobie o tym, kiedy mniej więcej wrócimy do domu, żeby ta druga się nie martwiła, co zwłaszcza dziś – przy sytuacji politycznej i tym, co dzieje się na ulicach – wydaje się zasadne. Ale nie wisimy na sobie non stop i nie uzależniamy każdego swojego działania od planów tej drugiej strony. Mamy wspólną przestrzeń, wspólne zainteresowania, ale też każda z nas ma własny świat.

A: I nie ma czegoś takiego jak wypytywanie się wzajemne: A co?, A z kim?, A gdzie?”. Albo co już w ogóle koszmarne: „czy mogę?”.

Z cyklu „To, co ważne” przeczytaj: Katarzyna Żak: Ważne, by w życiu mieć kawałek świata tylko dla siebie

A nie jesteście o siebie zazdrosne?

Y: O zazdrości to chciałabym kiedyś napisać książkę, bo miałam z nią sporo do czynienia. To jest takie dziwne uczucie, nad którym można trochę pracować, ale chyba nie do końca jest ono plastyczne. Na pewno wynika częściowo z poczucia własnej wartości. Im ktoś ma niższe, tym częściej może zazdrości doświadczać. Kiedyś Anka była zazdrosna o to, że spędzam czas z kimś innym niż z nią. Ja też byłam zazdrosna o różne jej relacje, ale teraz już nie jestem. Ktoś może powiedzieć: „Ooo, czyli już się nie kochacie. Bo przecież nie ma miłości bez zazdrości”, ale myślę, że to nie tak. Tu chodzi raczej o zaufanie. Jak ufasz, jak czujesz się w danej relacji bezpiecznie, jak sama ze sobą też czujesz się dobrze, zazdrość odchodzi.

A: Jak byś mnie zapytała, czy mi zależy na relacji i byciu z Ygą, to odpowiedziałabym: „tak”. Ale fakt, że zależy mi na Ydze, nie oznacza, że traktuję ją jak swoją własność. Więc gdyby Yga postanowiła teraz, że chce być z kimś innym niż ze mną, nie utrudniałabym jej tego. Niektórzy uważają, że to oznacza, że jej nie kocham. Według mnie jednak na tym właśnie polega miłość. Jeśli kogoś kochasz, chcesz, żeby ten ktoś był szczęśliwy, nawet jeśli to oznacza, że tego szczęścia nie będzie dzielił właśnie z tobą.

może Ci się spodobać

Po co ludzie chodzą do wróżki?

– Dziś korzystanie z porad wróżki lub tarocistki to nie tylko poszukiwanie rozwiązań swoich problemów i ciekawość tego,…
pingwin zoo wrocław

Ratujmy pingwiny!

We fraku i peruczce Pingwiny to jedyne żyjące ptaki o idealnie spionizowanej sylwetce. W dodatku są zwierzętami eleganckimi,…
Sonia Alicja Bednarek

Uwolnić kobiecość

Gdzie w ciele lokalizuje się kobiecość?Jej domem jest całe nasze ciało, dlatego ważne jest, abyśmy czuły się w…