miłość nie ma płci

Miłość nie ma płci

31 udostępnień
31
0
0

Nie trzyma ich przy sobie nic, co powszechnie uważane jest za spoiwo związku. Nie mają ślubu, nie mają dzieci, a nawet wspólnego kredytu. A mimo to przeżyły razem już ponad ćwierć wieku. Z Ygą Kostrzewą i Anką (Zet) Zawadzką rozmawiamy o miłości.

W ubiegłym roku świętowałyście 25-lecie Waszego związku?

Anka Zawadzka: Miałyśmy świętować, i to hucznie. Ale przyszło to coś na „C” (COVID – red.) i plany wzięły w łeb.

Tak czy inaczej w tym roku stuknie Wam 26 lat. To naprawdę imponujący wynik jak na statystyki trwałości współczesnych związków partnerskich. Czy po tylu latach pamiętacie jeszcze, jak to się wszystko zaczęło? Jak się poznałyście?

Yga Kostrzewa: Na pierwszej randce spotkałyśmy się w Warszawie. Ja mieszkałam wtedy jeszcze z rodzicami pod stolicą, a Anka studiowała w Białymstoku. Poszłyśmy na lody do Zielonej Budki – na rogu ul. Marszałkowskiej bodajże, dziś tego punktu już nie ma – zamówiłyśmy rożek firmowy, a potem poszłyśmy na skarpę nad Wisłę.

A: Ale poczekaj, bo to wymaga pewnego wprowadzenia w specyfikę tamtych czasów – czasów bez internetu i telefonów komórkowych. Telefonów stacjonarnych też było zresztą jak na lekarstwo. Ja do najbliższego publicznego aparatu telefonicznego miałam przeszło kilometr. No więc w tych czasach nie tak łatwo było kogoś znaleźć i umówić się z nim na randkę.

Więc jak się znalazłyście?

A: Ukazywało się wtedy czasopismo „Inaczej”. W podtytule miało hasło: „Magazyn dla kochających inaczej”. Osoby nieheteroseksualne mogły w nim zamieścić ogłoszenie randkowe. I tak się akurat stało, że kiedy pierwszy raz kupiłam ten magazyn, natrafiłam w nim na ogłoszenie Ygi. I na nie odpowiedziałam.

Y: Tyle że wtedy to wszystko bardzo długo trwało, bo listy do osób, które się ogłaszały w „Inaczej” szły przez redakcję. Gdy Anka znalazła moje ogłoszenie, był rok 1994. Potem jakieś pół roku ze sobą korespondowałyśmy, a jak umówiłyśmy się na pierwszą randkę, był już 1995 rok.

A: Dowiedziałam się potem od Ygi, że pisałam fatalne listy.

Ale mimo to Yga się z Tobą spotkała?

Y: Cóż, to były inne czasy. Nie było tłumów, hurtu, przebierania, jak to jest dziś, gdy masz dostęp do telefonu, mediów społecznościowych i aplikacji randkowych. Chodziło się na wszystkie randki, które udało się zainicjować.

A dlaczego te listy były takie fatalne? Zbyt rzewne, zbyt suche?

Y: Nie, z tego, co pamiętam to Anka pisała je na jakichś wyrwanych kartkach, na tym, co jej pod rękę wpadło. Kurczę, pokazałabym ci, jak to wyglądało, ale one nam zaginęły. Ktoś nam je z piwnicy buchnął. No więc nie tyle, że one były jakoś fatalnie napisane, tylko dobrego wrażenia nie robiły, bo na takich skrawkach papieru.

A wrażenie na żywo?

Y: Pierwsza myśl była taka, że to jednak inna dziewczyna niż wszystkie, które dotąd miałam okazję poznać. Coś mnie w niej zaintrygowało. Złapała mnie na haczyk.

A: Ja zapamiętałam Ygę z bukietem kwiatków w ręce – to były niezapominajki albo szafirki. Serce nie podpowiedziało mi wtedy, że to jest ta jedyna. Żyłam wtedy heteroseksualnym życiem. Planowałam ślub z fantastycznym chłopcem, który pewnie do tej pory nie wie, że jego sobie wybrałam na męża. Chciałam to zrobić dla taty, bo zawsze mi mówił, że chce zatańczyć na moim weselu. W głębi ducha myślałam jednak: mąż będzie dla taty, a prawdziwą miłość stworzę z kobietą. Planowałam więc mieć kochankę, bo serce raczej wyrywało mi się do kobiet. Tak więc 1 czerwca 1995 roku wybrałam się na randkę z dziewczyną, zastanawiając się, co to będzie i jak mi się to będzie podobało. Zajadałyśmy się pychotkami, gadałyśmy o życiu, a ja pierwszy raz widziałam wtedy na żywo lesbijkę (śmiech).

W tamtych czasach to wszystko musiało być jeszcze trudniejsze niż teraz. Wychowujesz się w społeczeństwie kultywującym heteronormatywność i nagle dostrzegasz, że jakoś do tej normy nie pasujesz, a znikąd na ten temat żadnej informacji.

A: Zarówno wtedy, jak i dziś to łatwe nie jest. W naszym społeczeństwie nie było i nie ma edukacji seksualnej, więc myślę, że poziom trudności w tym względzie wcale nie jest dużo mniejszy, choć dostęp do globalnej sieci sprawia, że jakieś informacje na ten temat masz. Aczkolwiek nie zawsze sprawdzone, a wiele nieprawdziwych lub sprzecznych. Zresztą to, co obecnie dzieje się w Polsce w obszarze kobiet czy osób LGBT+, dobitnie o tym braku zmiany świadczy. Wtedy jednak, w czasie, gdy rodziła się świadomość mojej seksualności, żeby zrozumieć, co się ze mną dzieje, wszystkiego musiałam szukać na własną rękę. Pamiętam ten dzień, kiedy zobaczyłam w kiosku wspomniane tu już czasopismo „Inaczej”. Poczułam ekscytację, że może wreszcie znalazłam coś, co dostarczy mi jakichś odpowiedzi. Kioskarz nie chciał mi go sprzedać, przekonując, że to z pewnością nie jest lektura dla mnie. Po długich negocjacjach jednak się ugiął. Wsiadłam z tym magazynem do autobusu i tak się zaczytałam, że przejechałam swój przystanek i musiałam później drałować kilka kilometrów na piechotę do domu.

Tej autorki: Życie singla

A jak później rozwijał się Wasz związek? Bo przecież dzieliła Was od siebie znaczna odległość?

Y: Było to kłopotliwe, ale jakoś dawałyśmy radę. Jeździłyśmy do siebie. Chodziłyśmy razem do kina. Potem dość szybko przerodziło się to w naszym przypadku w randki pracujące, bo zaczęłyśmy razem pracować. W końcu Anka, która dużo wcześniej niż ja stała się samodzielna, bo już na studiach wyprowadziła się z domu, zaczęła mnie namawiać, byśmy razem zamieszkały. Mnie się nie spieszyło do tej samodzielności. Mieszkałam z rodzicami i było mi tak wygodnie, więc trochę opornie się do tego zabierałam. Ale jak trochę zarobiłyśmy, wynajęłyśmy od znajomych mieszkanie pod Warszawą. I tak mniej więcej po roku od pierwszej randki zamieszkałyśmy razem.

może Ci się spodobać