feblik warsztaty rękodzieło
Marzena i Andrzej Kołodziejowie © Piotr Piskadło

Mieć Feblika do rękodzieła

231 udostępnień
231
0
0

– Ręce są zdolne do czegoś więcej niż scrollowanie ekranu smartfona. Mogą tworzyć – uważają Marzena i Andrzej Kołodziejowie, którzy wymyślili i prowadzą FEBLIK, platformę łączącą rzemieślników i artystów prowadzących warsztaty rękodzielnicze z ludźmi poszukującymi możliwości kreatywnego spędzenia czasu.

Emilia Baranowska: Co Wami kierowało przy wybieraniu nazwy? Bo to mało znane słowo, ludzie nie wiedzą, czego spodziewać się po tak nazwanym projekcie…

Marzena Kołodziej: Feblik to jest słowo, które kiedyś istniało, a teraz je przywracamy. Oznacza sympatię do drugiej osoby, do czegoś. Chcieliśmy, aby w naszym FEBLIKU też była taka chemia, chęć do wspólnego działania.

Nazwa została znaleziona przypadkiem w internecie i jej znaczenie spowodowało, że nam pasowała. Ponadto słowo to miało czystą kartę, nie jest ograne.

Andrzej Kołodziej: Mnie się to słowo spodobało, bo jest krótkie, wyraziste i dobre do nazwania czegoś, co budujemy od początku. Naszym celem jest powrót do tego, co kiedyś było bardzo popularne – do spędzania czasu z zajętymi rękoma. Więc zagospodarowanie starego słowa na użytek warsztatów twórczych wydawał nam się trafionym pomysłem.

Czym jest FEBLIK?

A.K: FEBLIK służy do łączenia ludzi poprzez spotkania. To portal warsztatów twórczych, rękodzielniczych, na którym kontaktujemy uczestników z prowadzącymi.

M.K: Tych, którzy szukają pasji albo chcą swoje pasje rozwijać łączymy z tymi, którzy chcą się nimi dzielić.

Skąd pomysł na taką platformę?

A.K.: Pomysł przyszedł do nas, gdy byliśmy na urlopie w górach. Na tym wyjeździe chcieliśmy sobie coś poukładać. Byliśmy zdeterminowani, żeby zacząć robić coś inaczej niż do tej pory. Któregoś dnia zatrzymaliśmy się na nocleg w Beskidzie Niskim. Natknęliśmy się tam na zakład stolarski. Zakład nie działał, bo było po sezonie, ale Marzena zadzwoniła do właścicieli i okazało się, że prowadzą warsztaty rzeźby w lipie. Postanowiliśmy wziąć w nich udział. Mocno nas to wciągnęło. Straciliśmy rachubę czasu.

feblik warsztaty sitodruku
Warsztaty sitodruku

Czego nauczyliście się na tych warsztatach?

M.K.: Ja chciałam wyrzeźbić dłoń. Stworzyć taką przestrzenną rzeźbę.

Ambitnie jak na początek…

M.K.: Tak. Niestety nastąpiło zderzenie pomysłu z możliwościami amatora, który pierwszy raz w życiu trzyma w ręku dłuto. Ale Ania Zając, która te warsztaty prowadziła, zaproponowała modyfikację mojego projektu – płaskorzeźbę z wystającym paluchem. Zrobiłam ją. Nie było to idealne dzieło, jednak dla mnie i tak główną wartością był czas spędzony w pracowni. Rzeźbiąc tym dłutkiem przez cztery godziny totalnie się wyłączyłam.

Dla nastawionego na wynik korpoludka fakt, że coś nie wyszło mu idealnie, musiał być swego rodzaju lekcją pokory?

M.K.: Musiałam skonfrontować swoje oczekiwania z miernymi umiejętnościami nowicjusza. Doceniłam ludzi, którzy potrafią tworzyć rzeźby przestrzenne. Jednocześnie sporo z tych warsztatów wyniosłam. Na przykład dowiedziałam się, że każde drewno ma swój kierunek, w którym musisz je obrabiać, bo inaczej nic z twojej pracy nie wyjdzie. Zyskałam wiedzę, zyskałam pewne umiejętności i świadomość, że na takich warsztatach nie ma znaczenia ani wiek uczestnika, ani pozycja zawodowa. Uczysz się czegoś dla siebie zupełnie nowego, więc jak w dzieciństwie, liczą się chęci, ciekawość, gotowość do poznania.

Warto przeczytać: Z korporacji na drzewo. Arborysta w pracy.

A.K.: Na tych warsztatach Marzena nie spełniła swoich oczekiwań, ja też zresztą nie zrealizowałem tego, co zaplanowałem, ale wyszliśmy z nich zadowoleni. Zaakceptowaliśmy fakt, że nasza praca była nieidealna. Ważne, że podjęliśmy się jej. Że spróbowaliśmy, coś stworzyliśmy własnoręcznie. Do dziś mam swoje dzieło na półce, choć w sumie nie ono – jak dla mnie – było najcenniejsze w tych warsztatach, ale właśnie czas spędzony na pracy manualnej. W naszych zawodach narzędziem pracy jest wzrok, umysł, ręce służą głównie do obsługi myszki lub klawiatury. Jestem inżynierem i zawsze mi mówili, że plastykiem raczej nie będę. W ten sposób powstała we mnie jakaś bariera, która sprawiła, że nawet nie spróbowałem nim być.

A jak już spróbowałeś, co wyrzeźbiłeś?

Wymyśliłem, że wyrzeźbię biegacza. A żeby było łatwiej, wyciąłem go z dykty. Za to podstawę misternie i żmudnie wyrzeźbiłem w drewnie.Dzięki wyobraźni i umiejętności prowadzącej, Ani, która z mojej koncepcji wyłuskała ideę i zaproponowała takie rozwiązanie, byłem w stanie ukończyć ten projekt. Finalnie jestem z niego zadowolony. A Ania pokazała nam na czym polega rola dobrego prowadzącego: ukierunkować, nie zniechęcić, zainspirować do rozwiązań, które na danym etapie umiejętności uczestnika są osiągalne. Skonfrontować fantazję z materią.

Ale nadal nie wiem, jak od tych warsztatów w Beskidzie doszliście do stworzenia FEBLIKA?

A.K.: Po powrocie do domu zaczęliśmy szukać podobnych zajęć w Warszawie. Okazało się, że jest ich sporo, ale bardzo ciężko jest je znaleźć.

M.K.: Nawet jeśli jakiś warsztat nam odpowiadał, nie mieliśmy pewności, że rzeczywiście oferuje coś wartościowego. Nie było możliwości weryfikacji takich ofert, nie istniała też żadna platforma, która skupiałaby takie oferty w jednym miejscu. Jako ludzie dość długo pracujący w korporacjach, zaraz zaczęliśmy układać cegiełki, myśleć jak by to wszystko usprawnić. I choć sami nie wywodzimy się ze środowiska rzemieślników, artystów, założyliśmy, że ludziom z tego środowiska moglibyśmy pomóc wejść w świat sprzedaży i marketingu.

może Ci się spodobać
miłość nie ma płci

Miłość nie ma płci

Nie trzyma ich przy sobie nic, co powszechnie uważane jest za spoiwo związku. Nie mają ślubu, nie mają…

Jak izolacja z powodu COVID-19 może wpływać na psychikę dzieci?

Od kilku miesięcy staramy się ograniczać kontakty z ludźmi, część z nas pracuje zdalnie, dzieci uczą się online. Jak tłumaczyć dzieciom tę trudną sytuację? Jak dbać o ich dobre samopoczucie? Na te pytania odpowiada psycholog Monika Socik.