marek krajewski
Marek Krajewski © Wydawnictwo Znak

Marek Krajewski: Nie czekam na śmierć, ale codziennie się do niej przygotowuję

53 udostępnień
53
0
0

Za co ceni starożytnych filozofów, czy napisze powieść o pandemii i dlaczego nie pije alkoholu – opowiada Marek Krajewski, autor bestsellerowych powieści kryminalnych.

Edyta Brzozowska: Pańska najnowsza powieść świetnie wpisuje się w mroczną pandemiczną rzeczywistość, jaka wokół nas zapanowała i nie chce się skończyć. Koronawirus pana zainspirował?
Marek Krajewski:
Nie, choć rzeczywiście powieść, której nadałem tytuł Moloch, określana jest mianem mojej najmroczniejszej powieści. Odkrywam w niej tajemnice praktyk tajemnych stowarzyszeń działających w Europie w dwudziestoleciu międzywojennym, dotykam tematu okultyzmu, sekt, przerażających rytuałów. Mam nadzieję, że czytelnicy sięgną po książkę i przeczytają o nowych perypetiach Eberharda Mocka. Zauważyłem bowiem, że w czasie pandemii literackie zainteresowania Polaków nie słabną, lecz wręcz się wzmagają. To dobry znak, choć oczywiście wszyscy byśmy sobie życzyli, aby ten marny czas, w którym żyjemy, jak najprędzej minął.

Całe szczęście nie należy pan do grupy tzw. koronasceptyków.
Absolutnie nie. Ufam specjalistom, słucham epidemiologów i stosuję się do zalecanych przez nich środków ostrożności. Noszę maseczkę mimo niedogodności, z parowaniem okularów na czele. Ale to żaden dyskomfort w porównaniu z okrutnymi skutkami choroby.

Nie kusi pana, żeby kolejną książkę poświęcić zarazie?
W pewnym sensie byłoby to dla mnie nęcące, gdyż powieść kryminalna wzbogaciłaby się w ten sposób o zintensyfikowanie zła. Z jednej strony mielibyśmy więc do czynienia z krzywdą, jaką człowiek czyni człowiekowi, czyli ze zbrodnią, którą stara się wyśledzić detektyw, a z drugiej strony pojawiłoby się zło w postaci pandemii. Tak opisana historia z pewnością miałaby ogromną siłę wyrazu.

W jednym z wywiadów mówił pan, że czasem wyobraża pan sobie własną śmierć.
Codziennie trzeba być na nią przygotowanym, ale to nie oznacza, że na nią czekam ani że jej pragnę. Ale jeśli myśl o śmierci jakoś mi towarzyszy, to każdą, nawet najbardziej prozaiczną czynność wykonuję jak najstaranniej. Następnego dnia już nie będę miał okazji niczego poprawić. Jak mawiał mój ulubiony filozof, stoik Marek Aureliusz: „Rób wszystko tak, jakby ten dzień, w którym żyjesz, był twoim dniem ostatnim”. Starożytni określali to mianem „melete thanatu”, rozpamiętywaniem własnej śmierci.

Marek Aureliusz i lektura jego myśli pomaga przetrwać trudne czasy?
Inną moją ulubioną sentencją Marka Aureliusza jest ta, która w tłumaczeniu brzmi: „Wiatr wiejący od boga znieść w milczącym znoju”, choć w greckim oryginale brzmi jeszcze piękniej. Doskonale wiem, że nie mam władzy nad procesami, które nie zależą ode mnie. Lubię medytować i często sobie wyobrażam, co złego może mnie spotkać. Jestem przygotowany na przeciwności losu niczym żołnierz, w każdej chwili gotów stawić czoła niebezpieczeństwom.

Dla realistycznych opisów w swoich powieściach nie waha się pan odwiedzać miejsc na co dzień niedostępnych przeciętnym zjadaczom chleba.
To prawda. Kiedy pisałem Widma w mieście Breslau, to dzięki doktorowi Jerzemu Kaweckiemu, specjaliście od medycyny sądowej, odwiedziłem wrocławskie prosektorium.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem martwe ciało, leżało na stole sekcyjnym i było rozdarte. Patrzyłem na zwłoki zimnym okiem badacza. Interesowało mnie, jaki kolor ma skóra, jakiej barwy jest tłuszcz czy wątroba, jak wygląda i jaką woń wydziela ciało w stanie rozkładu. Po tych wizytach myślałem o kruchości ludzkiego życia i tym, że może się skończyć przez nagły przypadek. Owocem przyjaźni z Jerzym Kaweckim jest książka, którą razem napisaliśmy – Umarli mają głos.

Polecamy również: Wywiad z Pawłem Huelle

Z kolei w Molochu opisuje pan wrocławski szpital psychiatryczny, mieszczący się w tych samych murach, co w czasach przedwojennych, a który również częściowo stał się powieściową scenerią.
Jest to piękny budynek położony nad Odrą, przy ulicy Józefa Ignacego Kraszewskiego z jednej, a wybrzeżem Józefa Conrada-Korzeniowskiego z drugiej strony. Sąsiaduje z równie monumentalnym więzieniem i jest otoczony parkiem. W parku znajduje się willa, w której kiedyś mieszkali lekarze. Szpitalny gmach kryje wiele zakamarków i tajemniczych miejsc. Ponieważ choroby psychiczne wciąż są traktowane jako zagadki, każdy szpital w którym są one leczone, jest również owiany jakąś mgłą tajemnicy. Jako taki jest bardzo kuszącą scenerią dla autora powieści tajemnic, bo do takiego podgatunku są zaliczane horrory i kryminały.

I właśnie we Wrocławiu, w 1928 roku, do Miejskiego Zakładu dla Nerwowo i Umysłowo Chorych – jak wówczas nazywano ten szpital – zajeżdża Eberhard Mock, aby dowiedzieć się czegoś o losach pewnej pacjentki, jego dawnej kochanki, której córkę i syna porwano i ślad po nich zaginął.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać