Magdalena Parys
Magdalena Parys © Anna Powałowska

Magdalena Parys: W moim życiu ratunkiem zawsze była i jest literatura

32 udostępnień
32
0
0

Czy literatura może być remedium na bolączki rzeczywistości? Czy w czasach kryzysu może nam pomóc go przetrwać? O wartości literatury, czytaniu i pisaniu książek rozmawia z nami pisarka Magdalena Parys.

Agnieszka Meyer: Najważniejsze wartości, bez których nie wyobraża sobie pani życia?

Magdalena Parys: Bez rodziny, pisania i czytania. I to w tej kolejności. Kurczę, nie, raczej tak: czytania i pisania.

Pisanie i czytanie mogą być wartościami, dla których się żyje i działa, które nadają życiu sens, nawet w tak trudnym czasie jak obecny – pandemiczny?

Nastały trudne czasy, zwłaszcza dla ludzi kultury, dla teatrów, aktorów, reżyserów, dla osób pracujących w miejscach, które z racji lockdownu zostały zamknięte. Co prawda niektóre z tych instytucji otwierają się teraz w Polsce, ale na zachodzie Europy nadal wszystko pozostaje zamknięte. Pisarze może nie odczuwają tego aż tak dotkliwie. Pracują jak zawsze z domu, są tak samo samotni, jak byli, tylko biurko i oni. I pozornie prawie nic się nie zmieniło. Prawie, bo pisarze przecież nie tylko piszą – bardzo dużo też podróżują. Pandemia dotknęła zatem nawet i tych, którzy uprawiają najbardziej odosobnione i samotne zawody świata.

Moim zdaniem nie ma lepszego remedium na czas kryzysu niż właśnie literatura. Myślę jednak, że i dla ludzi niezwiązanych z pisaniem może mieć ona ogromną wartość. O tej wartości zresztą znakomicie opowiedziała 7 grudnia 2019 roku w swoim przemówieniu noblowskim Olga Tokarczuk:

Opowieść zawsze zatacza kręgi wokół sensu. Nawet jeżeli nie wyraża tego wprost, nawet kiedy programowo odżegnuje się od poszukiwania znaczenia, skupiając się na formie, na eksperymencie, kiedy dokonuje formalnej rebelii, poszukując nowych środków wyrazu. Czytając nawet najbardziej behawiorystycznie i oszczędnie napisaną opowieść, nie potrafimy powstrzymać się od pytań: „Dlaczego tak się dzieje?”, „Co to znaczy?”, „Jaki jest tego sens?”, „Do czego to prowadzi?”. Możliwe jest nawet, że nasz umysł wyewoluował ku opowieści jako procesowi nadawania sensu milionom bodźców, które nas otaczają i nawet podczas snu wciąż bezustannie i niezmordowanie snuje swoje narracje. Opowieść jest więc porządkowaniem w czasie nieskończonej ilości informacji, ustalając ich związki z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, odkrywaniem ich powtarzalności i układaniem ich w kategoriach przyczyny i skutku. Biorą w tej pracy udział i rozum, i emocje.

(…)

Kiedy piszę, muszę wszystko czuć wewnątrz mnie samej. Muszę przepuścić przez siebie wszystkie istoty i przedmioty obecne w książce, wszystko, co ludzkie i pozaludzkie, żyjące i nieobdarzone życiem. Każdej rzeczy i osobie muszę przyjrzeć się z bliska, z największą powagą i uosobić je we mnie, spersonalizować. Do tego właśnie służy mi czułość – czułość jest bowiem sztuką uosabiania, współodczuwania, a więc nieustannego odnajdowania podobieństw. (…) Literatura jest właśnie zbudowana na czułości wobec każdego innego od nas bytu.

W jaki sposób literatura pani pomaga?

W moim życiu literatura zawsze była i jest ratunkiem. Kiedy się wydaje, że nie ma wyjścia, wpada mi w ręce jakaś książka. Czasem daje rozrywkę, innym razem tę właśnie opisywaną przez Olgę Tokarczuk czułość, jeszcze innym razem nadzieję. Dodatkową wartość zyskuję przez fakt, że jestem pisarką, więc nie jestem wyłącznie odbiorcą literatury, ale i jej twórcą.

Sens nadaje mi tworzenie – wnoszenie sensu w życie innych ludzi – ale i sens zyskuję poprzez to, że staję się komuś potrzebna. Ile to razy, gdy pisanie kolejnej powieści wydawało mi się zbyt trudne, czytelnicy dodawali mi wiary, zachęcali, bym pisała dalej, bo oni czekają, bo im to, co piszę, coś daje.

To są wspaniałe momenty, za które jestem im bardzo wdzięczna. Podobnie jak ratunki, z którymi wkraczają w moje życie inni pisarze ze swoimi dziełami. Ostatnio dostałam książkę Ani Dziewit – Meller Od jednego Lucypera, czy Kroniki oporu i miłości Ingi Iwasiów, które właśnie okazały się takim ratunkiem. Są w nich zdania, sytuacje, które uświadamiają mi, że nie tylko ja zmagam się z pewnymi kwestiami, problemami.

Może zainteresuje Cię: Opowiadacz/opowiadaczka – ci, którzy dają głos tym, którym go odebrano

Dzięki książkom możemy poczuć się mniej wyobcowani, bardziej zrozumiani, podzielić troski?

Tak, możemy w nich znaleźć pocieszenie, nadzieję, motywację, pomysły na rozwiązanie niektórych naszych problemów, odpowiedzi na pytania, które sobie zadajemy.Choć ja widzę w literaturze zdecydowanie więcej niż tymczasową rozrywkę czy rozwój.

Wydaje się, że pandemia zweryfikowała rynek powieści. Na znaczeniu zyskują książki, które napisano, by przekazać w nich pewne wartości, a nie tylko wpisać się w jakiś aktualny trend. Obecnie życie na tyle wywróciło się nam do góry nogami, że na gwałt poszukujemy w nim jakiegoś sensu, więc może dlatego taka literatura jest dziś przez nas poszukiwana?

Zgadza się. To, co dziś przeżywamy, to taki totalny Weltschmerz (niem. ból świata). W Niemczech nasiliło się to zwłaszcza przy drugim lockdownie. Podczas pierwszego ludzie, w zetknięciu się z tym, czego nigdy wcześniej nie doświadczyli, doznali szoku, ale jeszcze mieli nadzieję, jeszcze wierzyli, że szybko się to wszystko skończy i za chwilę znów powrócą do normalności. Pierwszemu lockdownowi towarzyszyła masowa mobilizacja, nastawienie na działanie: zacznę uprawiać sport, będę się zdrowo odżywiać albo zacznę uczyć się języka hiszpańskiego.

Teraz mija już prawie rok od tamtej chwili. Rok obostrzeń, siedzenia z dziećmi w domu, noszenia maseczek, które stały się nieodzowną częścią naszej garderoby. Wiele osób wpadło w depresję, obojętność, zniechęcenie. Nawet wieść o dostępności szczepionki nie wpłynęła diametralnie na poprawę nastrojów społecznych, bo już przecież słyszymy z mediów o nowych mutacjach wirusa, o jakichś całkiem nowych pandemiach. Słyszymy też, że to wszystko nasza wina, bo niszczymy środowisko naturalne i w efekcie sami generujemy powstawanie chorób. Zaklęte diabelskie koło. Przy pierwszym lockdownie dużo było głosów, że pandemia ma swoje dobre strony, że jest to czas na zwolnienie, na refleksję. Przy drugim każdy zastanawia się już tylko, jak przeżyje. Bo przecież ludzi w takiej sytuacji jak uprzywilejowany pisarz czy właściciele marketów, które mogą być cały czas otwarte, jest niewiele. Większość traci, staje się biedniejsza, czasem wręcz traci podstawy egzystencji. Nie wiem jak powiedzieć tym wszystkim zdesperowanym ludziom, że literatura może im w takich chwilach przyjść z pomocą i stanowić dla nich, dla ich psychiki autentyczne wsparcie. Lecz mimo wszystko próbuję.

Ma pani na myśli literaturę przez wielkie L?

Niekoniecznie. Mam na myśli literaturę zrodzoną z potrzeby serca, a nie dla kasy czy sławy lub po to, by wbić się w jakiś aktualny rynkowy trend. Takiej literatury nie muszą doceniać krytycy literaccy, ale docenią ją czytelnicy. Dlaczego np. po Zmierzch Stephenie Meyer czy 365 dni Blanki Lipińskiej sięgnęło tak wielu ludzi? Wiem, że głoszę tu absolutnie niepopularne tezy, ale powiem tak: te książki zostały napisane z głębokiej wewnętrznej potrzeby autorek, z ich osobistego zaangażowania. Podstawą ich powstania była potrzeba, a nie chęć rozgłosu czy zysku. Nie jestem fanką Blanki Lipińskiej, ani przedstawionego przez nią w powieści obrazu kobiety (całe to porwanie nie jest krzewieniem dobrego podejścia do seksualności), niemniej Lipińska początkowo pisała tę powieść nie dla rozgłosu, ale dlatego że miała złamane serce, w momencie, gdy była głęboko nieszczęśliwa, przeżywała załamanie. Oczywiście kogo to obchodzi i kto by o tym pisał, skoro nie pasuje do raz ustawionej tezy. A jednak gdyby jej książka została napisana bez tych początkowych emocji, nigdy nie trafiłaby do tylu czytelniczek. Wiele z nich po przeczytaniu 365 dni zorientowało się, że ma waginę i prawo do przyjemności, do seksualności. I oczywiście, żeby to było jasne, to nie jest literatura, którą w jakiś szczególny sposób polecam, staram się tylko wyjaśnić pewne mechanizmy.

Właściwie to chcę przez to powiedzieć, że nie oszuka się ani tego, który w książce szuka wyłącznie rozrywki, ani tego, który szuka w niej wielkiej literatury, jeśli przy jej powstawaniu autorce czy autorowi nie towarzyszyła jakaś uniwersalna prawda i emocje.

Dla mnie takimi książkami były powieści Hansa Fallady Pijak czy Każdy umiera w samotności, a także chyba wszystkie książki Józefa Mackiewicza, Heniricha Bölla czy Stefana Zweiga. Za każdym razem, gdy do nich wracam czuję jakiś zatrważający niepokój, coś jakby drżenie ścian. Właśnie zauważyłam, że wymieniłam tylko mężczyzn. Dla równowagi podaję więc czym prędzej poetki: Emily Dickinson i Kazimierę Iłłakowiczównę. No tak, teraz przychodzi mi do głowy jeszcze całe mnóstwo innych kobiecych nazwisk (śmiech).

Według mnie, kryterium wartości danej pozycji literackiej niejednokrotnie stanowi więc intencja, jaka towarzyszyła jej powstawaniu, a także pasja, determinacja, wrażliwość, cierpliwość i szczególny rodzaj energii, potrzebnej do doprowadzenia dzieła do końca. Zatem to wszystko i coś więcej, czego nie potrafię nazwać, bo nikt nie wie, co to jest. To coś, co sprawia, że trzeba pisać właśnie tak, a nie inaczej. To się czuje w dobrych książkach, muzyce, fotografii. To punkt wyjściowy dla wszelkiego rodzaju sztuki. Dopiero później dochodzą takie kwestie, jak warsztat twórcy, merytoryka, wiedza na dany temat itd.

Obejrzałam wywiad z panią, w którym przyznaje się pani do marzenia o napisaniu powieści o miłości albo fantasy. Ale to marzenie nigdy się nie ziszcza, bo wystarczy, iż otworzy pani gazetę i… jak zwykle w pani przypadku powstaje powieść historyczno-polityczna opakowana w thriller, w dodatku z Berlinem w tle.

Tak, idę sobie spokojnie przez świat i nagle krzyczy do mnie jakiś nagłówek z gazety. Próbuję go zlekceważyć, ale on pozostaje w mojej głowie i nie daje mi spokoju, aż w końcu każe mi działać. Gdybym mieszkała w Stanach Zjednoczonych, zapewne pisałabym o Nowym Jorku czy Waszyngtonie, albo jakiejś małej mieścinie, jeśli bym tam akurat mieszkała. Ale tak się składa, że mieszkam w Berlinie, więc to on staje się miejscem, w którym rozgrywają się toczące się w mojej głowie historie. I rzeczywiście, raczej nigdy nie napiszę powieści stricte miłosnej.

może Ci się spodobać
biebrza

Ekspresówka zniszczenia

Ekolodzy protestują przeciwko planom budowy polskiego odcinka Via Carpatii na obszarze Biebrzańskiego Parku Narodowego. Poznaj ich argumenty i proponowane rozwiązanie.
świecki pogrzeb

Mój pogrzeb musi być wesoły

„Coraz więcej Polaków decyduje się na świecki pogrzeb. Bywa, że mam dwa, a nawet trzy pogrzeby dziennie. Od…