Macierzyństwo Matki Natury

0 udostępnień
0
0
0

 

Ludziom macierzyństwo kojarzy się z opiekuńczością, łagodnością, z troską. W naturze istnieje wielka różnorodność w tym zakresie. Niemniej między macierzyństwem ludzkich mam i tym innych gatunków zwierząt można znaleźć wiele podobieństw.

Słowo „macierzyństwo” wyraża znacznie więcej niż jedynie wydanie potomstwa na świat. Chodzi w nim przede wszystkim o proces, jaki następuje od momentu narodzin nowego osobnika do jego wejścia w dorosłość. W tym procesie najważniejsze wydają się ochrona, a następnie takie przystosowanie (wychowanie) młodej istoty do funkcjonowania w nowych dla niej okolicznościach, aby ta usamodzielniła się i jak najlepiej radziła sobie w dorosłym życiu.

Do prawidłowego przebiegu takiego procesu potrzeba nierzadko ogromnego hartu ducha i wielu poświęceń. W świecie natury niejednokrotnie matki potrzebują do tego wsparcia partnerów, a nawet wielu innych członków stada. Aczkolwiek w wielu wypadkach ciężar macierzyństwa spada wyłącznie na nie. W ekstremalnych przypadkach matki-heroiny oddają swoje życie za życie dziecka, muszą poświęcić istnienie jednego dziecka, by uratować resztę potomstwa, a niekiedy zapewnić swoim dzieciom opiekunów zastępczych, gdy same nie są w stanie podjąć się trudów ich wychowania.

Zupełnie jak u ludzi. Co w zasadzie nie powinno dziwić, bo przecież my też jesteśmy częścią całości – dziećmi Matki Natury.

Ludzkie vs. zwierzęce

Niejednokrotnie obserwując zachowania niektórych zwierzęcych matek i mierząc je ludzką miarą (wedle ludzkiej moralności), uznamy ich praktyki za barbarzyńskie (np. dzieciobójstwo, aborcje, matkożerstwo). Oczywiście przykładanie takich miar jest pozbawione sensu. To jak ocenianie strategii przetrwania ludzi znajdujących się na polu bitwy z pozycji sytego, niczym niezagrożonego mieszczucha, moszczącego się przed kominkiem w wygodnym fotelu.

W naturze najważniejsze to przetrwać. I właśnie na tym przede wszystkim skupia się wiele zwierzęcych mam. Tak jak my, ludzie, wykształciliśmy swoje strategie przetrwania, tak samo poszczególne gatunki w procesie ewolucji wykształciły własne. Wśród jednych gatunków dobro potomstwa będzie najważniejsze i matka w imię tego dobra da się nawet zjeść swoim dzieciom (robią tak m.in. niektóre pajęczyce). U innych ważniejsze będzie przeżycie dorosłego osobnika (np. baribale nie tracą energii na wychowywanie pojedynczego miotu, wychowują małe tylko wtedy, gdy urodzi się ich więcej, pojedyncze egzemplarze porzucają; z kolei pandy wielkie odwrotnie – uważają, że dwa osobniki to już za dużo, więc zajmują się tylko jednym dzieckiem, a drugie spisują na straty). Matki jeszcze innych gatunków w ogóle przerzucą odpowiedzialność za wychowanie na inne matki (np. kukułki, które podrzucają swoje jaja do gniazd innych ptaków), na partnerów (np. pingwinice tuż po złożeniu jaj czasowo przenoszą ich wysiadywanie na samców, a same w tym czasie regenerują siły) lub na allomatki – matki zastępcze (np. u wielu gatunków ptaków i ssaków). Lwice są w stanie zaakceptować zabójstwo swoich dzieci, gdy władzę w stadzie przejmuje nowy wódz – lew. Norka amerykańska roni zygotę samca, który ją zapłodnił, jeśli „spodoba jej się” inny samiec i uzna, że to z nim woli spłodzić potomstwo.

Być może gdybyśmy zaczęli przyglądać się naturze, rozumieć ją, przestalibyśmy tak srogo oceniać matki z naszego własnego gatunku, które wykraczają poza standardy wyznaczonych w naszej społeczności konwenansów.

Warto przeczytać: Drzewa – kosmici są wśród nas

Różne oblicza macierzyństwa

Gatunek ludzki usilnie dąży do oddzielenia się od natury. Jednym z takich priorytetów naszego gatunku w tej mierze jest dążność do wyzwolenia się spod władzy naturalnych instynktów. Im mniej tej, jak sądzimy „niskiej” natury w nas, tym uznajemy się za bardziej cywilizowanych. Nie jesteśmy jednak w tej dążności zbyt konsekwentni ani szczególnie logiczni. Kiedy nam wygodnie, powołujemy się na naturę (np. kobiety do rodzenia, mężczyźni do płodzenia), a kiedy nie – na stricte ludzkie prawa (np. obowiązkiem matki i przede wszystkim jej jest troszczyć się o dziecko). Oprócz zysków z takiego oddzielenia się od natury (mamy większe szanse na przetrwanie niż inne gatunki), ponosimy też tego spore koszty (uznawszy wiele instynktów za zło, tępimy je, ograniczamy, doprowadzając do rozmaitych patologii, np. celibat, rytualne okaleczanie kobiet, ochrona uszkodzonych letalnie płodów). Oddzielenie to sprawia, że nie czujemy się częścią natury (dlatego tak bezceremonialnie ją niszczymy) i nie dostrzegamy jak wiele mamy z nią podobieństw. Te zaś łatwo dostrzec chociażby na przypadkach zwierzęcego macierzyństwa. Matki ludzkie i matki innych gatunków zwierząt często mierzą się z podobnymi problemami, z podobnymi emocjami. Od niektórych z tych zwierzęcych mam sami moglibyśmy się jeszcze wiele nauczyć.

1. Macierzyńska miłość

Czy tylko ludzkie matki potrafią kochać swoje dzieci, a zwierzęcymi mamami kieruje wyłącznie instynkt?

Trudno w to uwierzyć, gdy obserwuje się np. słonice i widzi jak zapalczywie potrafią one bronić swoich małych czy jak silnie przeżywają żałobę po nich. Stowarzyszenie Otwarte Klatki przytacza badania Think Elephants International, które dowodzą, że słonie wykazują się wysokim poziomem empatii: gdy zauważą zdenerwowanie i zaniepokojenie swoich towarzyszy stada, pocieszają je, wykorzystując do tego kontakt fizyczny, a także dźwięki.

Oczywiście wiele zwierzęcych mam gotowych jest wydłubać oczy intruzowi, który stanowi potencjalne zagrożenie dla ich potomstwa. Trudno jednak uznać, że to wyłącznie instynkt.

Jeffrey Moussaieff Masson w swojej książce The Pig Who Sang to the Moon: The Emotional World of Farm Animals opisuje historię pewnej krowy, która przez kilka miesięcy od chwili, gdy zabrano jej cielaka, stała w miejscu, gdzie widziała go po raz ostatni. Stała i rozpaczliwie nawoływała utraconego potomka. Poruszała się tylko, gdy została do tego zmuszona. Co rano, gdy opuszczała oborę, rytuał się powtarzał.

Instynkt, nadmierna antropomorfizacja? A może zaprzeczanie, że zwierzęta też mają uczucia i jak my, potrafią kochać, tęsknić, przeżywać rozpacz po stracie?

Trzy lata temu naukowcy obserwowali żałobną podróż orki, nazwanej przez nich Tahlequah, która przez 17 dni, nie jedząc, nie polując, narażając tym samym swoje życie, płynęła przez tysiące milu wybrzeży Kanady, podtrzymując martwe ciało swego dziecka.

Trudno wątpić, iż był to akt rozpaczy.


może Ci się spodobać

Nienazwanego nie ma

13 na 50 metrów – takie wymiary ma dzika działka, przylegająca do mojego płotu. Jeszcze tam nikt nie…

Świnia też człowiek

Przejmujemy się losem psów czy kotów, z powodu ich straty przeżywamy żałobę, potrafimy je rozpieszczać, traktujemy je nawet…
pingwin zoo wrocław

Ratujmy pingwiny!

25 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Pingwina. Nie dlatego jednak, że to tak sympatyczne zwierzę, uhonorowaliśmy je globalnym świętem.…