Załoga Niebostanu

Ludzkie historie: Jak przetrwać mimo pandemii?

13 udostępnień
13
0
0

Dla wielu osób pandemia to ciężki czas nie tylko na gruncie prywatnym, ale i zawodowym. Artyści, restauratorzy, przedsiębiorcy z branży turystycznej, zwłaszcza małe, jednoosobowe podmioty muszą dziś walczyć o byt. Jak sobie radzą w kryzysie? Jakie zmiany musieli wprowadzić w życie? O iście survivalowych okolicznościach swojej działalności opowiedziało nam kilkoro biznesowych bohaterów.

Kiedy w 2020 roku przechadzamy się ulicami miast, przykro patrzeć na pozamykane restauracje i punkty gastronomiczne. Pustkami zieją biura podróży. O przetrwanie walczą instytucje kulturalne i fundacje. Te ostatnie z racji covidowych przepisów otrzymały znacznie mniejsze kwoty z 1 proc. z naszych podatków, bo część tych wpływów państwo zabrało na walkę z pandemią. Im mniejsza firma, im bardziej osadzona w branży poszkodowanej skutkami lockdownu, tym trudniej jej utrzymać się na powierzchni. Co i raz w mediach usłyszeć można informacje o tym, że ktoś zamyka działalność, ktoś ogłasza bankructwo, ktoś błaga o wsparcie. Niektórzy psychicznie nie wytrzymują. Zdarzają się samobójstwa. Gabinety psychiatryczne odnotowują coraz więcej pacjentów. Ta chętnie prezentowana w medialnych informacjach atmosfera beznadziei nie jest jednak jedyną prawdą o czasie zarazy. Pandemia, choć wytrąciła nas z równowagi i zmusiła do wzmożonego wysiłku, na który wielu z nas nie było przygotowanych, uruchomiła też w ludziach pokłady sił i kreatywności, o które wcześniej część z nich nawet sama siebie nie podejrzewała.

reklama
reklama

I mimo że z musu, mimo iż nie do końca komfortowo ludzie ci radzą sobie w covidowych czasach całkiem znośnie. Nie poddają się, zdobywają nowe umiejętności, wyciągają lekcje z trudów codzienności, płyną z prądem. Choć generalnie pandemia odizolowała nas od siebie, dzięki niej odżyła wartość społecznych relacji i wagi nabrało wzajemne wspieranie się. Można by się spodziewać, że w dobie kryzysu staniemy się bardziej egoistyczni i nieufni, a tymczasem fala pomocowych akcji społecznych, jaka zalała Polskę w tym czasie, dowodzi, że wcale nie jest z nami tak źle. Jesteśmy wrażliwi, empatyczni, pomysłowi, potrafimy się dzielić z innymi i jednoczyć, gdy sytuacja tego wymaga. Nie dajmy sobie wmówić, że jest inaczej, że jest tylko fatalnie i że będzie jeszcze gorzej.

Nie musi tak być. Poniższe historie małych przedsiębiorców pokazują, że obecny kryzys da się przetrwać i że nie zawsze oznacza to stąpanie po zgliszczach.

Kryzys na świecie, a w Łodzi… Niebostan

Z tym niebostanem to może przesada, bo pewnie w niebie walka o przetrwanie raczej nie jest powszechnym zjawiskiem. Ale żyjemy na ziemi, a tu piszemy konkretnie o Łodzi, kierując nasz wzrok na Niebostan, czyli lokalną klubokawiarnię, która podobnie jak inne podmioty z branży gastronomicznej ledwo wiąże koniec z końcem.

– Jesteśmy miejscem, w którym ludzie spotykają się popołudniami, wieczorami, aby wypić kawę, posiedzieć przy lampce wina i muzyce, uczestniczyć w działaniach kulturalnych i społecznych, jakie organizowaliśmy – opowiada Maciej Stańczyk, współwłaściciel łódzkiego Niebostanu. – Przed pandemią oferta gastronomiczna stanowiła raczej dodatek do naszej działalności, ale w momencie pierwszego lockdownu musieliśmy zmienić priorytety.

Od marca tego roku Niebostan mocno postawił na gotowanie. Skoro klienci nie mogli przyjść do lokalu, lokal postanowił przyjść z ofertą do ich domów. W zespole nastąpiła ogromna mobilizacja. Wszyscy pracownicy klubokawiarni obudzili w sobie ducha walki i postanowili, że nie pokona ich żaden wirus.

– Nastawiliśmy się na dowozy – kontynuuje Maciej. – Sam wsiadłem na rower i dostarczałem jedzenie. Rozkręcało się bardzo wolno. Musieliśmy przyzwyczaić naszych gości do nowej oferty. Sami też musieliśmy się przyzwyczaić, np. do nowych godzin funkcjonowania. Wcześniej pracowaliśmy od mniej więcej południa do późnej nocy, w nowej formule, gdy zaczęliśmy rozwozić także śniadania, trzeba było inaczej zorganizować sobie czas pracy. Dużo się w tym czasie nauczyliśmy.

Niestety, drugi lockdown to dla Niebostanu był już cios poniżej pasa. Mimo stawania całego zespołu na rzęsach, mimo wkładania wielkiego wysiłku całej ekipy w zwiększenie obrotu, nie udało się osiągnąć takiego utargu, który pozwoliłby zarobić na pensje wszystkich pracowników.

– Byliśmy klubem działającym siedem dni w tygodniu, w weekendy do późnych godzin nocnych, mamy więc dużą ekipę przygotowaną do obsługi ludzi na miejscu – wyjaśnia współwłaściciel Niebostanu. – Chcieliśmy utrzymać wszystkie zatrudnione wcześniej osoby i na razie to się udaje, ale kosztem codziennych mniejszych lub większych strat finansowych firmy.

Łódzka kawiarnia wciąż nie składa broni. Aby nieco odbić się od dna, zaproponowała klientom vouchery, np. na konsultacje biznesowe czy „przybicie piątki z załogą”. Klienci nie zawiedli.

– Na naszą akcję zareagowali bardzo pozytywnie, okazali się przyjaciółmi w potrzebie – wspomina Stańczyk. – Sprzedaliśmy kilkaset takich voucherów, co było się dla nas ogromnym wsparciem. Skorzystaliśmy też z rządowego dofinansowania w ramach „tarczy antykryzysowej” i jakoś dajemy radę. Jest ciężko, odnotowujemy straty, ale mamy rzeszę klientów, którzy lubią Niebostan i gdy okoliczności na to pozwalają, odwiedzają nas regularnie. I ten fakt motywuje nas do walki o przetrwanie. Mam nadzieję, że niedługo spotkamy się na miejscu – przybijemy obiecane piątki, zrealizujemy vouchery, wrócimy do normalności.

Choć borykają się z własnymi problemami, w Niebostanie nie zapominają, że są częścią większej społeczności i że od tej społeczności także zależą. Dlatego zespołowo pojechali do Warszawy na Strajk Kobiet, dlatego piszą listy w ramach akcji Amnesty International, dlatego starają się pomagać, choćby w takich przedsięwzięciach, jak zbiórka środków higienicznych dla bezdomnych.

Może zainteresuje Cię: Prawda nie potrzebuje ładnych opakowań, sama się obroni. Jak żyć świadomie?

Mówią: „Skoromamy takie możliwości – mamy lokal, miejsce do magazynowania zgromadzonych przedmiotów, to dlaczego nie pomóc?”. Może dlatego dobra karma do nich wraca, może dlatego wciąż utrzymują się na wodzie?

W zdrowym ciele zdrowy duch

Ewa Błaszkowska, instruktorka tai chi, tuż przed pierwszym lockdownem zdecydowała się pójść „na swoje”, czyli ograniczyć pracę dla innych podmiotów (m.in. klubów sportowych) na rzecz własnego miejsca pracy z ciałem. Na początku marca wspólnie z dwiema innymi osobami otworzyła ich wspólne studio. Uczestnicy zajęć opłacili miesięczne karnety i…

– Zaraz potem rząd ogłosił lockdown. Zanim nas zamknięto, zdążyłam zrobić jedne warsztaty i jedne zajęcia – opowiada. – W takiej sytuacji musiałam podjąć jakieś działania, by wywiązać się z zobowiązania wobec swoich uczniów. Owszem, można było po prostu zwrócić pieniądze, ale wielu z nich nie tego oczekiwało. Choć zamknięci w domach, chcieli móc ćwiczyć i nie przerywać regularnych treningów. Postanowiłam więc przemóc się i stanąć przed kamerą, by poprowadzić dla nich zajęcia online.

Dla Ewy nie było to łatwe. Gdy 15 marca 2020 roku zrobiła w sieci pierwszy trening live, trudno jej było ukryć tremę. Stała przed kamerką laptopa na środku dużego pokoju w swoim mieszkaniu i próbowała, podobnie jak przez lata robiła to na treningach z grupą uczestników, przekazywać instrukcje i pokazywać kolejne sekwencje ruchów.

Jednak czuła się dziwnie, bo przecież w jej otoczeniu nie było żywego ducha. Żywe dusze czekały za to po drugiej stronie ekranu i było ich wcale niemało. Znacznie więcej niż kiedykolwiek w jakimkolwiek treningu grupowym w realu. Występ Ewy był wówczas jednym z pierwszych w tamtym czasie tego typu treningów online, więc obejrzało go ponad 1000 osób.

– Do końca marca przeprowadzałam treningi dwa razy w tygodniu – opowiada instruktorka tai chi. – W międzyczasie stworzyłam swoją stronę internetową, zainwestowałam w profesjonalną kamerkę i banner z logo, który zawiesiłam na drzwiach garażu. Garażu, który od tamtej pory służy mi jako miejsce pracy. Od kwietnia postanowiłam ruszyć z zajęciami płatnymi na Zoomie. Szczęśliwie okazało się, że moi uczniowie chętnie dołączyli do tej formy ćwiczeń. Udało mi się zebrać chętnych na cztery treningi w tygodniu.

Do czasu ponownego otwarcia klubów fitness, zamkniętych w czasie lockdownu, Ewa i uczestnicy jej zajęć spotykali się w sieci. Prócz treningów tai chi Ewa zaproponowała im dodatkowo wspólne poranne medytacje, a zamkniętej grupie na Facebooku dzielenie się ze sobą krótkimi filmikami motywującymi innych do dalszej aktywności.

Czym jest tai chi: Tai chi – sztuka walki, która uzdrawia

Latem życie jakby wróciło do normy. Kluby otwarto, można było prowadzić zajęcia na świeżym powietrzu. Ale część osób wolała zostać w kontakcie i przy treningach online.

– Kolejny lockdown przyjęłam już spokojniej – mówi Ewa. – Od kwietnia moje garażowe studio działa sprawnie i nieprzerwanie. Musiałam się przestawić i dostosować do nowych okoliczności, nauczyć nowych umiejętności, przezwyciężyć pewne opory w sobie. Ale udało się i jestem z siebie dumna. I myślę, że wielu moich uczniów również stara się dostrzegać w tej mało komfortowej sytuacji przede wszystkim możliwości, a nie problemy, szuka rozwiązań na miarę obecnego czasu, zamiast poddać się inercji. Ćwiczą, dbają o siebie, a jak wiadomo: w zdrowym ciele, zdrowy duch.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać

Stołówka marzeń

Działalność Gośki Mazur, szkolnej intendentki z Leżajska, to nie tyle przykład urzeczywistnienia kuchennych pasji, co dowód na to,…