© Adobe Stock

Konwencja stambulska – czy jej wypowiedzenie uderzy w ofiary przemocy domowej?

0 udostępnień
0
0
0
W dyskusji o przemocy domowej wydajemy się raczej cofać niż rozwijać. Tylko dlaczego? Z pewnością w dyskursie ważna jest wiedza o temacie temu dyskursowi poddawanemu. Dlatego w kwestii „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”, która aktualnie budzi wiele społecznych emocji, poprosiliśmy o wypowiedź dra Marcina Górskiego z Komisji Praw Człowieka Krajowej Rady Radców Prawnych.

Celem Konwencji Rady Europy z 2011 roku o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej („konwencji stambulskiej”) jest stworzenie Europy wolnej od przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Nie jest ona narzędziem ideologicznym, chyba że ktoś uznaje ściganie damskich bokserów i oprawców dzieci za ideologię – wówczas tak, jest to w tym sensie dokument ideologiczny, w tym samym stopniu co polski Kodeks karny.

Konwencja definiuje pojęcie „płci społeczno-kulturowej” („gender”), wyjaśniając, że chodzi w nim o „społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i atrybuty, które dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla kobiet lub mężczyzn”. Innymi słowy, chodzi np. o przekonanie, co jest „rolą kobiety w gospodarstwie domowym” (sprzątanie, gotowanie, pranie i dostarczanie usług seksualnych). Pojęcie to funkcjonuje w konwencji stambulskiej, dlatego że przemoc wobec kobiet ma najczęściej charakter przemocy ze względu na płeć. Szerzej zaś, społeczne postrzeganie kobiet jest uwarunkowane właśnie płcią. Przykładów nie trzeba szukać daleko, wystarczy zajrzeć do internetu: kiedy internauci (obu zresztą płci) komentują kobiety aktywne politycznie, to dużo częściej niż w przypadku mężczyzn skupiają się na kwestiach związanych z ich płcią (wygląd, zachowanie), a nie na ich merytorycznych osiągnięciach (wykształcenie, zrealizowane projekty polityczne itd.).

Konwencja stambulska zobowiązuje strony (państwa) do tego, że przyjmą one „środki ustawodawcze i inne środki, konieczne by promować i chronić prawa wszystkich, zwłaszcza kobiet, do życia wolnego od przemocy w sferze publicznej i prywatnej”. Z polskiego punktu widzenia nie powinno to budzić żadnych wątpliwości, bo polska konstytucja zakazuje tortur oraz nieludzkiego i poniżającego traktowania (art. 40) oraz zobowiązuje władze publiczne do zapewnienia każdemu nietykalności i wolności osobistej (art. 41). Pewien wiceminister sprawiedliwości rzekł był, że konwencja jest dokumentem neomarksistowskim. Otóż mylił się, oczywiście. Konstytucja PRL z 1952 r. (a więc niewątpliwie dokument „marksistowski”), odmiennie niż „konwencja stambulska” i Konstytucja RP z 1997 r., nie zawierała zakazu tortur oraz nieludzkiego i poniżającego traktowania, w którym mieści się zobowiązanie władzy publicznej do przeciwdziałania przemocy wobec kobiet. To walka z „konwencją stambulską” jawi się więc jako bardziej „neomarksistowska” niż konwencja.

Kontrowersje wokół konwencji

Do najbardziej krytykowanych przez środowiska proprzemocowe postanowień „konwencji stambulskiej” należy jej art. 12 ust. 5, zgodnie z którym „strony zapewnią, by kultura, zwyczaj, religia, tradycja lub tzw. honor nie były uznawane za usprawiedliwiające wszelkie akty przemocy objęte zakresem niniejszej konwencji”. Przepis ten dotyczy eliminacji „usprawiedliwień” dla przemocy, które wynikają z uwarunkowań kulturowo-religijnych. Należą do nich m.in. motywowane tradycją „usprawiedliwienia” dla tzw. female genital mutiliation, czyli wycinania małym dziewczynkom warg sromowych, mordowanie dziewcząt, które „splamiły honor rodu” (np. wiążąc się z nieodpowiednią osobą), czy też tłumaczenie kobietom, że powinny „cierpieć w milczeniu”, znosząc przemoc ze strony męża, zamiast się z nim rozwieść, chroniąc w ten sposób dzieci i siebie. Wyznam, że nie pojmuję, jak ten przepis (przedstawiany w narracji niektórych środowisk jako narzędzie walki z religią) może budzić czyjekolwiek wątpliwości. Jeżeli jakakolwiek religia usprawiedliwia mordowanie czy okaleczanie kogokolwiek z powodu jakichś chorych przekonań, to chronienie takiej „religii” jest po prostu chronieniem bestialstwa. Żaden prawnik nie powinien do tego przykładać ręki.

Czytaj też: Władza i kontrola – jak przerwać krąg przemocy

Inny „kontrowersyjny” przepis „konwencji stambulskiej” to jej art. 12 ust. 1, zgodnie z którym: „Strony podejmą konieczne środki, by promować zmianę społecznych i kulturowych wzorców zachowań kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn”. W narracji krytyków konwencji przepis ten miałby oznaczać zobowiązanie państwa do przebierania w przedszkolach dziewczynek w stroje chłopców, a chłopców – w stroje dziewczęce. O ile nie rozumiem, co takiego straszliwego jest w założeniu spódniczki przez chłopca (wszak Szkoci i duchowni różnych wyznań jakoś to znoszą z godnością, bez uszczerbku dla swojej płci), o tyle chyba dla każdego, kto posiadł zdolność czytania, jasne jest, że nie o to w tym przepisie chodzi. Przepis ten dotyczy tego, że państwa powinny robić wszystko dla osiągnięcia rzeczywistej równości płci. Nie rozumiem, co takiego oburzającego widzą w tym niektórzy politycy (w tym ci udający prawników), skoro art. 33 Konstytucji (którego, jak rozumiem, nikt chyba nie chce jeszcze uchylać czy zmieniać) stanowi, że „kobieta i mężczyzna w Rzeczypospolitej Polskiej mają równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym”.

Konstytucja nie jest martwą literą, ale zobowiązaniem władz państwowych do zapewnienia rzeczywistej ochrony praw i wolności, o których w niej mowa. Jeżeli tak, to i bez „konwencji stambulskiej” władze publiczne w Polsce mają obowiązek „wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowych rolach kobiet i mężczyzn”. Chyba że ktoś traktuje Konstytucję RP jako rodzaj nieciekawej książeczki, na którą składa się przysięgę obejmując urząd, a potem się już do niej nie zagląda. Ale przecież żaden prawdziwy prawnik nie może pochwalać takiego obłudnego podejścia do fundamentu ustrojowego państwa.

Wypowiadać czy nie? I co to właściwie zmieni?

Wypowiedzenie „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej” jest oczywiście złym pomysłem, bo stanowiłoby sygnał (nie pierwszy jednak) władz państwowych wobec więcej niż połowy społeczeństwa (czyli obywatelek RP), że państwo popiera przemoc wobec kobiet i przemoc domową. Byłoby też fatalne wizerunkowo, bo byłby to ruch odczytywany przez społeczeństwa europejskie jako cofanie się Polski w rozwoju społecznym. Wreszcie, byłoby to także niewytłumaczalne. Nie ma żadnej godnej poparcia tradycji, uwarunkowania kulturowego czy wartości, które mogłyby usprawiedliwić jakąkolwiek formę przemocy, w tym przemocy wobec kobiet czy przemocy domowej.

Ale paradoksalnie, wypowiedzenie tej konwencji niewiele zmieniłoby w poziomie ochrony polskich kobiet przed przemocą. Dlaczego tak uważam? Otóż „konwencja stambulska” stanowi element instrumentarium prawnego Rady Europy, które wpływa na wykładnię i stosowanie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Obecnie – według danych z bazy orzeczeń Europejskiego Trybunału Praw Człowieka – konwencja ta została powołana już w 50 wyrokach ETPC. Co najistotniejsze, jest ona powoływana, dla ustalenia treści zobowiązań wiążących państwa europejskie na podstawie EKPC, również w sprawach przeciwko państwom, które nie ratyfikowały „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”zanim Trybunał strasburski wydał przeciwko nim wyrok, np. przeciwko Czechom, które do dzisiaj nie ratyfikowały tej konwencji (wyrok z 27 stycznia 2015 r., Rohlena przeciwko Czechom), Chorwacji (wyrok z 3 września 2015 r., M. i M. przeciwko Chorwacji – przy czym Chorwacja stała się stroną „konwencji stambulskiej” dopiero w 2018 r.), czy Zjednoczonemu Królestwu, które również nie jest stroną konwencji (wyrok z 24 października 2019 r., J.D. i A. przeciwko Zjednoczonemu Królestwu). Zatem „konwencja stambulska”, nawet jeśli Polska ją wypowie, będzie nas wiązać niejako „pośrednio”, wywierając wpływ na wykładnię Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, której stroną jesteśmy od ponad ćwierćwiecza i którą oczywiście moglibyśmy teoretycznie również wypowiedzieć, ale tylko wraz z członkostwem w Unii Europejskiej. Będzie ona powoływana przez ETPC w „polskich sprawach”, dla ustalenia, jakie konkretnie zobowiązanie prawne spoczywało na polskich władzach. Z prawnego punktu widzenia wypowiedzenie „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”jest więc nie tylko bezsensowne, ale też i uderzające w polską rację stanu. Stracilibyśmy szansę wpływu na monitorowanie tej konwencji, ponieważ w tzw. mechanizmie monitorującym „konwencji stambulskiej” uczestniczą bowiem tylko jej strony.

Dyskusja publiczna na temat „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej” jest nacechowana ignorancją prawną, ale też dokładnie tymi uprzedzeniami, które ta konwencja zwalcza. Dyskusja ta jest więc najlepszym dowodem na to, że „konwencji stambulskiej” potrzebujemy.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
najem okazjonalny

Najem okazjonalny

Media donoszą o problemach właścicieli lokali z byłymi najemcami, którzy nie chcą opuścić lokalu. Rozwiązaniem może być najem okazjonalny
referendum

Referendum o rozwiązaniu Sejmu?

Czy w demokracji społeczeństwo dysponuje instrumentami prawnymi, aby nie czekać do wyborów, tylko zmienić władzę wcześniej? Dr hab. nauk prawnych Marcin Górski omawia możliwości i skutki przeprowadzenia referendum o rozwiązaniu Sejmu.