Kocha szkło i potrafi rekonstruować cenne przedmioty

Pan Dariusz Szymański kocha szklane przedmioty i potrafi je naprawiać. Opowiada, jak zrekonstruować szklane rzeczy, aby nadal cieszyły.
10 udostępnień
10
0
0

Szkłodziej – od szkła znachor i czarodziej. Naprawa szkła użytkowego i dekoracyjnego, współczesnego i wiekowego – przedstawia się pan Dariusz Szymański. A ci, którzy skorzystali z jego wiedzy i umiejętności potwierdzają, że jest mistrzem w swoim fachu i cudownym człowiekiem.

Emilia Baranowska: Czy jest jakaś szkoła, w której można nauczyć się reperowania szkła?
Dariusz Szymański: Ja nauczyłem się tego przez przypadek. Moja pierwsza praca polegała na szlifowaniu szkła. I tak się złożyło, że przyszła jedna osoba, aby jej oszlifować kieliszek, druga z wykruszonym korkiem od karafki. Tak się zaczęło. Naprawiłem jeden przedmiot, drugi, potem kolejny, bo potrafiłem szlifować, aż zająłem się szkłem artystycznym, ozdobnym, użytkowym, a porzuciłem szkło techniczne. Szkłem laboratoryjnym zajmował się mój dziadek i zajmuje się mój ojciec. W trakcie szkoły zacząłem pracować w pracowni ojca – szlifować, a czasami również obrabiać szkło na gorąco; w tym drugim profesjonalistą jest mój ojciec. Ja pracy ze szkłem laboratoryjnym nie czuję tak dobrze, dlatego poszedłem w naprawianie szkła użytkowego. Ale umiejętność obrabiania szkła na gorąco przydaje się, kiedy trzeba np. dorobić jakiś korek, dzióbek do kurki, grzebień do bażanta, inne drobne elementy, które się stłukły.

A jaką szkołę pan kończył?
Technikum elektryczne, a następnie uzupełniające studium informatyczne.

Poszedł pan w zupełnie innym kierunku, a potem wrócił do fachu rodzinnego.
Kiedy byłem dzieckiem, ojciec czasami zabierał mnie do swoich pracowni na Politechnice Łódzkiej i w Polskiej Akademii Nauk. Kiedyś placówki naukowe miały swoich dmuchaczy, którzy dokonywali napraw szkła laboratoryjnego. Pracował tam mój ojciec, a wcześniej dziadek, a ja bywałem. Tak więc styczność ze szkłem mam od najmłodszych lat. I jakoś tak wyszło, że kontynuuję rodzinną tradycję, tylko lekko zmodyfikowałem zakres działania.

Na polskim rynku są szkoły, które uczą naprawiania szkła?
Nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że jest ktoś, kto zajmuje się naprawą szkła, podobnie jak ja. I nie wiem czy nie prowadzą tam warsztatów naprawczych. Ale to jest wiedza zaczerpnięta z internetu. Nie dzwoniłem, nie dopytywałem i nie znam nikogo, kto by z takiej opcji skorzystał i mógł te warsztaty ocenić.

Mógłby pan być tam wykładowcą…
Mnie samemu trudno ocenić czy to, co robię, robię fachowo. Nie mam porównania, jak to by mogło wyglądać… Zdarza się, widzę, że ktoś naprawi jakieś szkło. Jedni radzą sobie z tym lepiej, inni gorzej. Czasem jestem proszony o naprawienie naprawy (śmiech). Ale widziałem też zdjęcia pięknie zrekonstruowanych przedmiotów. Chyba przez byłych pracowników hut.

Jest pan nazywany szkłodziejem. Na podstawie zdjęcia mocno uszkodzonego przedmiotu potrafi pan ocenić, czy naprawa jest możliwa, jaki będzie efekt. Skąd ta wyobraźnia?
Z doświadczenia chyba. Ze szkłem pracuję ponad 20 lat. W szkle laboratoryjnym myślenie koncepcyjne nie było aż tak mocno potrzebne, choć też trzeba było wymyślić, jak niektóre rzeczy połączyć. A teraz… Patrzę na przedmiot i wiem, co z nim zrobię. Po prostu.

Jeśli brakuje jakiegoś fragmentu w przedmiocie, który pan dostaje do naprawy, to w jaki sposób uzupełnia się ubytek?
To zależy, jaki to jest ubytek, w którym miejscu. W zasadzie każdy przypadek jest rozpatrywany indywidualnie. Szkło może być przezroczyste, może być gładkie, może mieć jakiś odcisk od formy na sobie i dla każdego przypadku techniki napraw są różne. Zdarza się, że umiejscowienie ubytku dyskwalifikuje szlifowanie i trzeba rekonstruować inaczej. Najbardziej lubię, jak przedmiot jest oszlifowany. Wówczas można zniwelować wykruszenie i nie ma śladu po naprawie. Wadą jest to, że szlifowanie leciutko zmienia kształt przedmiotu, bo aby pozbyć się wykruszenia, trzeba oszlifować okolice naokoło niego. Przez to szkło w tym miejscu robi się cieńsze, ale staram się pracować na dużej powierzchni, żeby przy obracaniu przedmiotu w rękach to było niewyczuwalne.

Natomiast uzupełnianie jest fajne, bo nie zmienia się kształtu przedmiotu. Tyle że z kolei daje to mniej satysfakcji, gdyż takie uzupełnianie jest widoczne. Tak samo klejenie – kiedy przedmiot pęknie – różnie wychodzi. Rzadko tak, że nie zostawia śladu. Choć i tu zależy to od tego, jaki przedmiot ma kolor, jaki ma kształt, od grubości ścianki. Jeżeli nie rozleciał się na dwie części, ważne jest, kiedy nastąpiło uszkodzenie, bo im pęknięcie jest świeższe, tym większa szansa, że naprawa będzie mniej widoczna. Nie można mieć pewności, że ścieżka naprawy, którą się wybierze, będzie tą najlepszą. To trochę loteria. Zdarza się, że podczas pracy wychodzi coś, czego nie było widać. Wtedy trzeba zmienić koncepcję naprawy.

Czy są przedmioty, których nie da się uratować?
Uratować da się każdy przedmiot. Wszystko zależy od właściciela i jego oczekiwań. Ponieważ osobiście lubię naprawić tak, żeby po wszystkim nie było absolutnie nic widać, to niektórych napraw się nie podejmuję lub mam przed nimi duże opory. Klient zawsze może powiedzieć: „Ale spodziewałem się, że to będzie zupełnie niewidoczne”. Dlatego przed podjęciem jakichś działań staram się ostrzec. Część osób wówczas rezygnuje. Myślę, że to ci właśnie, którzy – jak ja – lubią jak po naprawie nie widać miejsca uszkodzonego. Albo boją się mi zaufać, skoro jestem takim asekurantem. Jednak część klientów mimo wszystko prosi o naprawę, mówią: „Ale żeby to tylko dalej istniało, trzymało się, w miarę wyglądało, cieszyło oko”.

Prawdopodobnie tu wchodzi w grę wartość sentymentalna przedmiotu. Czy reperował pan taki przedmiot, na którym klientowi bardzo zależało, bo na przykład dostał go w prezencie od kogoś ukochanego?
Czy ja naprawiałem taką rzecz? Na pewno. Tylko czy sobie teraz przypomnę?

Tu z pomocą przychodzi mama pana Dariusza:

– Był ten chłopak, co przyniósł cukierniczkę. Potłukł dziewczynie, a to była pamiątka po babci. Twierdził, że zrobi wszystko, żeby ją naprawić. Był szczęśliwy, że udało się zreperować.

Pan Dariusz dopowiada:

– A pamiętasz jak przyszedł ten pan z żardinierą i powiedział, że jak nie uda się naprawić, to go żona do namiotu wyśle? Dało się i kryzys małżeński został zażegnany.

Tata pana Dariusza przypomina:

– Prezent ślubny jakiś był. Te papugi…

– A papugi! Rzeczywiście… – pan Dariusz uśmiecha się na wspomnienie kolorowego cacka.

– One się skróciły, ale nie do poznania – zdradza tata pana Dariusza.

Ale szkłodziej natychmiast prostuje:

– Tam się drzewko tylko zmieniło. A papuga miała ten sam kształt, co miała.

To są piękne historie…
A, piękna to jest ta historia. Był pan, któremu naprawiałem owocarkę i kieliszek na takiej cienkiej nóżce. Pocztą to przysłał. On chciał pęknięcie skleić, ja przekonałem go do innej naprawy. Podczas rozmowy wyszło, że pan jest niewidomy. A jak to odebrał, to cieszył się, że żona nie widzi, w którym miejscu było uszkodzenie, a on nie wyczuwa miejsca naprawy.

Mama pana Dariusza zdradza rodzinne sekrety:

– A ja się dziwię, że on to robi. Bo w ogóle się na to nie zapowiadało…

– No, nie zapowiadało się – śmieje się szkłodziej.

– A jak czasem poczytam w internecie, że takie czary mój syn robi. To miałam kiedyś napisać, że ja te czary widzę na żywo i znam do nich zaklęcia…

– Zaklęcia czasem są takie, że aż się widno robi. W zasadzie to nie ma dnia, żeby jakieś zaklęcia tu nie padały (śmiech). A niektóre to są całkiem mocne – pan Dariusz nie ukrywa, że czasem nerwy mu puszczają.

Szczerze powiedziawszy, nie pomyślałam. Sądziłam, że w tej pracy trzeba mieć anielską cierpliwość…
Ale wie pani, ile tej cierpliwości można mieć? W pewnym momencie to tak w człowieku siedzi, że to musi gdzieś ujść. Mimo wszystko ktoś, kto się zajmuje takim dłubaniem, musi być podobny do mnie. Trzeba się na tyle skupić i przez dłuższy czas wykazywać się cierpliwością, gdy coś nie idzie, że w końcu to musi gdzieś ujść. Sądzę, że tak reaguje większość osób, które mają taką pracę żmudną i precyzyjną.

I odpowiedzialną…
No, to jest najgorsze. Czasem trafiają do mnie przedmioty, których właściciele boją się dotknąć, wyjąć z kartonu, żeby nie zepsuć. A ja mam to naprawić. Jak ja mam to naprawić, skoro od początku jestem obarczony taką odpowiedzialnością?

Ale to są tak wartościowe rzeczy?
Niektóre są wartościowe. Ja czasami nawet nie chcę wiedzieć, jaką to ma wartość, kiedy coś reperuję. Bo pewnie bym się do tego nie zabrał (śmiech). Ale tak, są to przedmioty dość cenne, trudno je zdobyć. Czasem wiążą się z nimi sentymentalne historie i wspomnienia.

Jakie najcenniejsze przedmioty pan reperował?
Myślę, że to mogły być wazony Émile Gallé’a.

Co się w nich uszkodziło?
Najczęściej są jakieś wyszczerbienia, jakieś rysy.
Miałem w warsztacie kilka przedmiotów Rene Lalique. To też dość drogie szkło. Te papugi Swarovskiego, o których wcześniej mówiłem, butle Alicji projektu profesora Zbigniewa Horbowego, w zależności od koloru i rozmiaru, też do tanich nie należą. Teraz mam piękne pingwiny prof. Z. Horbowego (na zdjęciu dzięki uprzejmości Szklana Amfora), też sporo warte. Potłukły im się dzióbki, ale po naprawie są jak nowe.

Pingwin, projekt prof. Zbigniew Horbowy, fot. Dariusz Szymański

O polskich projektantach szkła czytaj: Zapomniany kryształ z babcinego kredensu

Potrafi pan rozpoznać hutę, z której pochodzi przedmiot, jego projektanta?
Niektóre tak. Do tej pory głównym moim zadaniem było naprawić szkło, a nie znać producentów i projektantów. Cały czas się tego uczę, a jest taka mnogość tych przedmiotów, że aby pochłonąć tę wiedzę, to trzeba by chyba nic innego nie robić, tylko studiować polskie szkło. Są osoby, które mnóstwo czasu spędziły nad katalogami, a i tak nie potrafią niektórych przedmiotów sklasyfikować. To jest trudny temat, bardzo obszerny.

Czy teraz szkło może być lokatą kapitału?
Każda lokata, w cokolwiek, jest lepsza niż trzymanie pieniędzy w skarpecie . Cokolwiek by to nie było. Czy to będzie szkło, czy inne przedmioty. Więc tak, myślę, że kolekcjonowanie szkła to dobry pomysł, choć niestety podatny na uszkodzenia.

I co polecałby pan zbierać?
Ciężko jest mi powiedzieć, co warto zbierać. Nie potrafię tego ocenić. Najlepiej to, co się komuś podoba. Wtedy, jeżeli się na tym nie zarobi, to chociaż oko będzie cieszyło.

A pan ma swoją ulubioną hutę, projektanta?
Ja w większości szklane przedmioty kupuję dlatego, że mi się podobają. Część tych przedmiotów jest kupiona, bo mi się podobały i u mnie zostały. A część, bo miały być naprawione i sprzedane. Ale tego nie zrobiłem, bo zasiedziały się u mnie i ciężko jest mi się z nimi rozstać (śmiech). Długo zbierałem karafki i kieliszki. Potem trafiły się inne przedmioty i wszystkie u mnie zostały.

I wszystkie są w domu?
Nie, tutaj, w pracowni. W domu tak naprawdę mam tylko trzy przedmioty. Na przykład pierwszą karafkę, którą kupiłem.

Jaka to była karafka?
Niesygnowana, ale najprawdopodobniej karafka Mosera. Ale nie dociekałem, nie przeglądałem katalogów. To była sama karafka, bez kieliszków, ładna, miodowa, gruby płaszczyznowy szlif. Naprawdę fajna. Później udało mi się dokupić do niej kieliszki, więc jest komplet.

A pozostałe dwa?
Drugi przedmiot to też karafka. Ale to już nasz polski wyrób, z Hortensji. Zbieram karafki, ale nie liczy się ich pochodzenie. Taka karafka po prostu musi mieć coś w sobie. Ostatnio bardziej zainteresowałem się projektami profesora Zbigniewa Horbowego, ale innymi również. Jeśli natomiast chodzi o wybarwienia, to osiołki rządzą (ozdobne wazony zaprojektowane przez Czesława Zubera – red.). I właśnie niedawno kupiony osiołek jest uzupełnieniem kolekcji domowej.

Zreperowane przedmioty mogą być używane, czy są już tylko ozdobą?
To zależy od tego, jaki to przedmiot, jaka naprawa. Jeżeli naprawi się korek od karafki czy wyszczerbienie w wazonie, czy coś jest oszlifowane, to można normalnie użytkować. Zawsze należy mieć wtedy świadomość, że jeśli ulegnie ponownie uszkodzeniu, to może już nie nadawać się do naprawy, ponieważ może już nie być z czego szlifować.

Co się najtrudniej reperuje?
Nie ma konkretnego przedmiotu, który jest trudniejszy od innych. Najmniejsza satysfakcja jest z tych klejonych rzeczy, bo to mimo wszystko widać po naprawie. Dość trudno naprawia się nóżki w kieliszkach, bo trzeba bardzo precyzyjnie dopracować miejsce klejenia tak, żeby kieliszek przy obracaniu się nie chwiał. Poza tym kieliszki są czasochłonne, przez to że jeżeli jest komplet sześciu i jeden jest wykruszony, to należałoby wszystkie skrócić. Pewnie tu do głosu dochodzi moja perfekcja, bo niektórzy producenci w ogóle nie zwracają na to uwagi i kieliszki były różnych wysokości. Ja lubię, jak są równe. Ale wtedy rośnie ryzyko, bo łatwiej naprawić jeden, który jest uszkodzony, a poprawiając tych pięć, które naprawy w zasadzie nie wymagają, można nieźle narozrabiać.

Czy zdarzyło się, żeby ktoś poprosił pana o sklejenie bardzo uszkodzonego przedmiotu?
Aż tak źle chyba nie było. Na grupie na Facebooku kiedyś był taki przypadek, nawet nie pamiętam teraz, co to był za przedmiot, ale był rozwalony w pył i ktoś pytał, czy to można zrekonstruować. Napisałem, że nie da się. To znaczy może by się nawet dało, tylko nie będzie to dobrze wyglądało. Im więcej jest klejeń obok siebie, tym gorszy efekt wizualny. Więc to nie ma sensu. Chyba że ktoś ma olbrzymi sentyment do jakiegoś przedmiotu, wtedy sugeruję przerobić, np. skrócić, zrobić z niego coś innego. Niektórych rzeczy nie da się zreperować tak, żeby były ładne. Czasem ludzie proszą o prawdziwe cuda, przysyłają kury, żeby posklejać z takich maleńkich kawałeczków.

Ile czasu zajmuje taka naprawa?
Na przykład takiej kury?

fot. Dariusz Szymański

Na przykład kury.
Często takie naprawy nie są robione od początku do końca z marszu, jednak podliczając czas może to być około dwóch dniówek roboczych.

To sporo. Ile wtedy zaklęć pada?
Też sporo. Taka kura trochę czasu wymaga, żeby te części do siebie dopasować, żeby je skleić. Od środka zdarzają się na linii pęknięcia drobne wyszczerbienia, które są oszlifowywane, żeby została tylko rysa po pęknięciu.

Czy z przedmiotów, których nie warto reperować można stworzyć coś nowego, np. biżuterię.
Można.

Pan to robi?
Potrafię, ale nie robię tego nagminnie. Do tej pory ludzie czasem pytali, czy można, ale nie prosili o wykonanie. Ja robiłem jakieś próby. Zdarzyło się, że klient zamówił stworzenie ze szkła uranowego takich elementów jak oczka do pierścionków. Miały ozdobić jakieś misy, ale nie pamiętam dokładnie, bo nie kleiłem do tego przedmiotu. Ja też nie jestem taki, żeby kogoś na siłę przekonywać, namawiać: „Proszę wysłać, to wymyślimy coś fajnego”.

Czy praca pana satysfakcjonuje?
Zadowolenie z pracy mam ogromne, jednak wielkim minusem jest dopasowanie ceny za naprawę. Często reperacja trwa dłużej, niż na początku szacowałem.

Ale szkło stało się modne. Coraz więcej osób je zbiera i będzie potrzebować fachowca do naprawy, wszak to kruchy materiał…
Dlatego jest jakieś światełko w tunelu, że na tym rynku zacznie się coś dziać. Ale na razie to jest walka. Może gdyby się zainwestowało jakieś większe pieniądze w obróbkę… Jednak to też nie, bo w momencie gdyby to trafiło w jakąś maszynę, jeśli chodzi o obróbkę, to najprawdopodobniej nic by z tego szkła nie zostało. Wszystko trzeba robić ręcznie, a to jest strasznie czasochłonne. W tej chwili nie jestem w stanie usprawnić swojej pracy. Przypadki usterek są tak różne, że zdarza się, że narzędzie do wykonania jakiegoś zadania przydaje się tylko raz, a potem już nigdy więcej nie jest wykorzystane. Na przykład srebrne solniczki, do których dorabia się wkłady. Żeby dorobić ten wkład, trzeba zrobić formę, później w tę formę wdmuchnąć szkło. Należy obrobić ten gipsowy odcisk i dopiero w niego można próbować wdmuchiwać szkło. Tak się złożyło, że taka dorobiona forma jeszcze nigdy mi się powtórnie nie przydała. Solniczki są tak różnorodne, indywidualne, że jedna forma pasuje do jednej solniczki. Mam dużo takich przypadków. Przygotuję jakieś narzędzie, a ono później już się powtórnie nie przydaje.

Może powinien pan nie tylko naprawiać, ale także tworzyć rzeczy ze szkła?
Mam rozrysowanych kilkanaście projektów, lubię stworzyć coś swojego ze szkła. Są to limitowane egzemplarze – zazwyczaj powstaje jeden (śmiech). Niestety, w tej działalności także jestem perfekcjonistą, wszystko szlifuję i poleruję ręcznie. To zajmuje bardzo dużo czasu. Na przykład prototyp wieży Eiffla (na zdjęciu) będzie jeszcze podświetlany, żeby efektownie wyglądał wieczorem. A cokoły do tej podstawki na kieliszki (na zdjęciu) są wytoczone z mosiądzu. Czy znalazłby się ktoś, kto chciałby kupić takie tworzone przeze mnie szkło artystyczne? I za jaką kwotę? Pewnie musiałbym trochę zejść z precyzji, oszczędzając czas, aby cena była przystępniejsza.

Ja bym chętnie kupiła koniczynkę, choćby na prezent ślubny dla przyjaciół…
Ta nie jest w tej chwili na sprzedaż. Ale muszę pomyśleć o stworzeniu kilku takich sztuk. Tylko nie mam pewności, czy wystarczy mi czasu (śmiech). Za to niedługo zacznę realizować pomysł na biżuterię, do której stworzenia posłuży szkło z Ząbkowic.

Przedmioty zaprojektowane przez Dariusza Szymańskiego

  • szkło
  • szkło
  • szkło
  • szkło
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać

TRE – uwolnić się od stresu i traum

TRE (Tension and Trauma Releasing Exercises) to zestaw ćwiczeń, polegających na uruchomieniu w ciele wibracji neurogenicznych, umożliwiających uwolnienie…