Kobiety rocka: czarodziejki i czarownice – lata 70.

20 udostępnień
20
0
0

Na arenie międzynarodowej lata 70. to czas spadku napięcia. USA i ZSRR rozsądnie uznały, że może niekoniecznie trzeba się wzajemnie pozabijać atakiem rakiet atomowych. Nic, tylko cieszyć się życiem. A jeśli radość, to trudno, by udziału w niej nie brała wspaniała muzyka.

Na starych zdjęciach lata 70. wyglądają zachęcająco. Patrząc na nie, aż nie dowierzamy, że w tamtych czasach w Teheranie czy Kabulu dziewczyny chodziły w krótkich spódnicach i nosiły modne fryzury. Być może też sami w rodzinnych albumach odkrywamy fotografie naszych rodziców w kwiecistych koszulach, spodniach-dzwonach i z bujnymi fryzurami. W takiej atmosferze powstawało mnóstwo rewelacyjnej i bardzo zróżnicowanej muzyki.

Oczywiście kobiety jak zwykle stały w pierwszym szeregu. W przeciwieństwie do artystek z poprzednich dekad, coraz rzadziej zaczynały karierę w kościelnych chórach. Coraz częściej natomiast upominały się o swoje prawa.

Carly Simon

Mówi się, że dobre życie kłóci się z dobrą sztuką. Artysta powinien być głodny i odrzucony, wtedy wzniesie się na wyżyny. Rzeczywiście, wiele wokalistek miało bardzo ciężki start. Ale nie Carly Simon. Jej tata był współzałożycielem wydawnictwa Simon & Schuster (współcześnie trzeciego co do wielkości wydawcy książkowego w USA) i znakomitym pianistą. Sielanka? Nie bardzo. Jeśli zajrzymy do jej biografii, dowiemy się, że jąkała się od ósmego roku życia, a przyczyną tego była trauma związana z molestowaniem seksualnym. Lekarze próbowali różnych sposobów, jednak najlepszym okazała się muzyka: gdy Carly śpiewała, jąkanie ustępowało.

Zanim Simon rozpoczęła na poważnie karierę solową zdążyła nagrać trzy płyty razem z siostrą, tworząc zespół o niezbyt wyrafinowanej nazwie The Simon Sisters. Zagrała też małą rólkę, śpiewając swoją piosenkę w filmie Miloša Formana „Odlot”. A potem przyszły solowe sukcesy – już jej pierwsza płyta z 1971 roku, zatytułowana po prostu „Carly Simon”, trafiła na listy przebojów, a wokalistka dostała za nią Nagrodę Grammy dla najlepszej nowej artystki.

Drugi album, „Anticipation”, też cieszył się powodzeniem. Tytułowy singiel odnosił się do świeżo nawiązanej relacji z Catem Stevensem, którego kariera niedługo wcześniej wręcz eksplodowała (m.in. za sprawą piosenki „Wild World”):

Możemy nie wiedzieć nic o nadchodzących dniach,
ale i tak o nich myślimy
A ja zastanawiam się, czy naprawdę jestem teraz z tobą
czy po prostu gonię za lepszym dniem.

Związek długo nie przetrwał; Carly rzeczywiście goniła za lepszym dniem. Pośród jej wybranków byli m.in. Mick Jagger i Warren Beatty (piękny jak z obrazka, pamiętny gangster Clyde Barrow z „Bonnie & Clyde”).

A jednak oni też chyba rozczarowali Carly. A przynajmniej jeden z nich. W wydanej w 1972 roku piosence „You’re So Vain” („Jesteś taki próżny”) śpiewała tak:

Miałeś mnie kilka lat temu / Wtedy gdy byłam jeszcze bardzo naiwna
No cóż, mówiłeś że tworzyliśmy piękną parę / I że nigdy nie odejdziesz
Ale porzuciłeś rzeczy, które tak kochałeś

Kto tak zawiódł Carly Simon, że wypuściła tę piosenkę jako pierwszy singiel albumu „No Secrets”? Tajemnica! Dziennikarze dociekali, piosenkarka za nic nie chciała udzielić jasnej odpowiedzi. Mówiła, że to recenzja postępowania wielu panów. Wiele lat później uchyliła rąbka tajemnicy, mówiąc, że rzeczywiście Beatty’emu poświęciła fragment (ale tylko fragment!) piosenki. O, ten:

Jesteś taki próżny
I założę się że myślisz,
że ta piosenka jest o Tobie
Czyż nie?

Lata 70. to dla Simon dekada licznych sukcesów. „You’re So Vain” zawędrowało na szczyt list przebojów w USA i nie tylko. Kolejne albumy cieszyły się wielkim powodzeniem. W roku 1977 artystka zaśpiewała „Nobody Does It Better” – piosenkę do kolejnego Bonda („Szpieg, który mnie kochał”) – jeden z najlepszych utworów „bondowskich”.

Na przełomie dekad było trochę gorzej. Ale w 1988 oku przyszedł kolejny „filmowy” sukces – Carly Simon poproszono o skomponowanie i zaśpiewanie piosenki do filmu „Pracująca dziewczyna”. Z zadania wywiązała się genialnie: za „Let the river run” otrzymała i Grammy, i Złote Globy, i Oscara.

Stevie Nicks

Dawno, dawno temu był sobie bardzo zacny, choć trochę niszowy brytyjski bluesowy zespół. Założony w 1967 roku przez wspaniałego gitarzystę Petera Greena, a nazwany od nazwisk panów z sekcji rytmicznej: Micka Fleetwooda i Johna McVie, Fleetwood Mac. Potem Green odszedł z powodu narkotyków, a „na wokal” przyszła Christine McVie, żona basisty. I pewnie zespół jakoś by tam w historii muzyki przemknął, gdyby nie para bezczelnych Amerykanów.

Stevie Nicks i Lindsay Buckingham stanowili parę i w życiu, i na scenie. Poznali się jeszcze w szkole, potem grali razem, a w 1973 roku ukazał się ich wspólny album, zatytułowany po prostu „Buckingham Nick”. Liczyli na sukces, podczas sesji okładkowej fotograf, z poparciem Buckinghama wymusił na Nicks, by wystąpiła topless, ale nic z tego. Ani muzyka, ani okładka nie przyciągnęły specjalnej uwagi. Oprócz jednego słuchacza. Mick Fleetwood usłyszał gdzieś tę płytę, spodobało mu się brzmienie gitary i gdy niedługo później z zespołu odszedł kolejny gitarzysta, Fleetwood zaprosił Buckinghama, by go zastąpił. Ten powiedział, że jest do wzięcia tylko razem z Nicks.

I się zaczęło. Amerykanie zmienili bluesowe brzmienie zespołu na pop-rockowe. Już pierwsza wspólna płyta (a już w sumie dziesiąta w historii zespołu) zatytułowana po prostu „Fleetwood Mac” trafiła na szczyt listy przebojów. Promowała go piosenka napisana i śpiewana przez Nicks, „Rhiannon”, o historii walijskiej czarownicy:

Druga płyta z Nicks w składzie, „Rumours”, okazała się jeszcze większym sukcesem. Przeszła do historii jako jeden z najlepiej sprzedających się albumów wszech czasów – kupiono jej ponad 40 milionów egzemplarzy.

Wielka w tym zasługa Stevie Nicks jako kompozytorki i wokalistki – z charakterystycznym, lekko zdartym głosem.

Sukces miał też i swoje koszty. W tym czasie wszystkie małżeństwa w zespole się rozpadły: i McVie, i Fleetwoodów, i Nicks z Buckinghamem. Ale nawet z rozstań Amerykanie potrafili zrobić biznes. Buckingham śpiewał o Nicks w „Go Your Own Way”:

Gdybym mógł, kochanie, oddałbym Ci mój świat
Ale jak, skoro nie chcesz go ode mnie przyjąć?

Nicks odpowiedziała mu w „Silver springs”:

Czas rzuca na Ciebie czar, ale mnie nie zapomnisz
Wiem, że mogłabym Cię kochać, ale byś mi nie pozwolił

Oba utwory ukazały się na jednym singlu! Tyle że „Silver springs” nie zmieściły się na album „Rumours”. Nicks była wściekła, czemu trudno się dziwić. (Po latach sytuacja się odwróciła: Nicks chciała umieścić ją na swojej indywidualnej składance, ale zespół wolał, by trafiła na reedycję płyty „Rumours” z 2004 roku).

A potem muzyczne drogi Nicks, Buckinghama i Fleetwood Mac schodziły się i rozchodziły. Nicks nagrywa solo, ale – nie licząc pięcioletniej przerwy w latach 90. – do dziś jest też ostoją zespołu.

Ann Wilson

Tę historię można zacząć podobnie jak poprzednią. Dawno, dawno temu był sobie zespół, który cierpiał na brak popularności, aż przyszła do niego para… Jednak historie te różnią się w szczegółach. Zespół założony w 1967 roku przez gitarzystę Rogera Fishera nie mógł znaleźć dobrej nazwy. Pierwszą była The Army, co może przyniosło trochę pecha, bo niedługo później młodszy brat Rogera, Michael, musiał uciekać do Kanady przed poborem do wojska (pamiętajmy, wojna w Wietnamie skończyła się dopiero w połowie lat 70.). Po Army było White Heart, następnie Hokus Pocus. Ta ostatnia nazwa okazała się szczęśliwa, bo jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w zespole pojawiła się Ann Wilson.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco