Kobiecość i męskość – dlaczego nie warto zacierać między nimi granic

23 udostępnień
23
0
0

Współczesne kobiety zatracają archetypowe cechy kobiecości, współcześni mężczyźni czują się bezużyteczni i wykastrowani. W tej walce płci gdzieś się pogubiliśmy. Mówimy „równouprawnienie”, myślimy „wszystko po równo”, ale w naturze nie ma „po równo” – twierdzi Natalia Jefimowa, założycielka Akademii Kobiecości i autorka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Izabela Marczak: Co to właściwie jest kobiecość?
Natalia Jefimowa: To pierwsze pytanie, które zadaję dziewczynom na moim warsztacie „Magiczna moc kobiecości”.

I co pani słyszy?
Okazuje się, że nie wiedzą. Zwykle wymieniają, że kobiecość to ich zdaniem: delikatność, uległość, atrakcyjność fizyczna z typowymi atrybutami płci, ale do końca nie potrafią tego zdefiniować. Mówię im więc o pięciu aspektach kobiecości: 1. aspekt fizyczny – czyli, żeby wyglądać jak kobieta, opowiadam, jak wygląda polaryzacja damsko-męska; 2. kobiece zachowanie – praktykujemy to na własnych ciałach, obserwując jak nasze ciała reagują, gdy działamy po męsku lub po żeńsku; 3. intelekt/wiedza – potrzebne, by poczuć się kobieco; 4. duchowość – niezwykle istotny aspekt; 5. żeńska energia – to „coś”, co odróżnia nas od mężczyzn, coś, co przyciąga i nadaje uroku, wdzięku, daje chęć do życia.

Dlaczego duchowość to tak istotny aspekt?
Jedna z moich wybitnych nauczycielek, profesor psychologii Marina Targakova z Moskwy mówi, że jeśli do niej na terapię przychodzi człowiek po 35 roku życia i twierdzi, że nie wierzy w Boga / Siłę Wyższą, to ona odmawia pracy z nim. Nie chodzi tu o to, czy jesteś religijny, ale czy wierzysz, że jesteś istotą duchową, kimś więcej niż czymś, co pojawiło się na tym świecie, by przeżuwać, trawić i wydalać. Po prostu trzeba zrozumieć, że bez rozwoju duchowego, bez pojmowania siebie jako istoty duchowej, trudno uzyskać satysfakcjonujące efekty terapeutyczne, trudno oczekiwać harmonijnego rozwoju człowieka.

A czym jest to „coś” w piątym aspekcie kobiecości?
Kobieca energia. Zapewne wielu z nas spotkało kiedyś kobietę, która pięknie wygląda: ślicznie ułożone włosy, sukieneczka, zachowuje się kobieco, intelektualnie OK, duchowo też, ale… mimo to wydaje się nieciekawa. Niby doskonała, ale jednak czegoś w sobie nie ma. A spotykasz inną, może już nie tak ładną i zadbaną, może nie tak dobrze wykształconą, a w kontakcie z nią rozkwitasz: „WOW, jaka cudowna” – myślisz. To właśnie ta żeńska energia.

A jak ktoś jej nie ma? Może taki się urodził?
Wszystkie jako kobiety rodzimy się z tą energią, tylko część z nas później ją zatraca: przez wychowanie, traumatyczne zdarzenia, przez różne społeczne, kulturowe czy mentalne blokady. Ale dobra wiadomość jest taka, że da się ją odtworzyć i rozwinąć.

Jak to zrobić?
Na moich warsztatach pracujemy z czterema stanami kobiecości: Dziewczynka, Kochanka, Pani Domu i Królowa. Archetypy te doskonale opisała w swoich siedmiu książkach Larisa Renar – niezwykle popularna w Rosji postać, profesor, doktor habilitowany psychologii, energoterapeutka, specjalistka od relacji damsko-męskich. To właśnie na jej wiedzy w dużej mierze bazuję, prowadząc swoje warsztaty. Larisa zbierała wiedzę na temat kobiecości podczas swoich wieloletnich podróży i spotkań z szamankami, indyjskimi nauczycielkami i wieloma innymi praktykami, przewodnikami duchowymi. Na podstawie ich relacji oraz swojej pracy doktoranckiej na temat jungowskich archetypów stworzyła koncepcję koła kobiecych mocy, w której znajdują się właśnie te cztery wyżej wymienione przeze mnie stany kobiecości. I teraz chodzi o to, by one wszystkie zostały zintegrowane i zrównoważone, by żaden nie dominował nad innym.

Pani też doświadczyła nierównowagi w tym zakresie?
To właśnie było powodem, dlaczego zajęłam się tematem kobiecości. W pewnym momencie mojego życia poczułam, że coś mi w nim szwankuje, że coś chyba robię nie tak. Od wczesnych lat młodości moja kariera zawodowa mocno poszybowała. Miałam 25 lat, gdy trafiłam do biznesu, w wieku 34 lat pełniłam już funkcję wicedyrektora w dużej spółce naftowej, współpracowałam z prezydentami, ministrami, prezesami korporacji naftowo-gazowych Azerbejdżanu, Gruzji, Ukrainy, Polski, Litwy. Moja kariera kwitła, tymczasem na polu prywatnym wszystko zaczęło się sypać. Nie układały mi się relacje z mężem, dzieci zachowywały się karygodnie. Nie wiedziałam, o co chodzi. Z domu rodzinnego nie wyniosłam użytecznych wzorców, ponieważ relacje mojej matki i ojca też pozostawiały wiele do życzenia. Musiałam więc szukać odpowiedzi gdzie indziej. Przeszłam tysiące różnych szkoleń, warsztatów. Spotykałam się z wybitnymi nauczycielami i trenerami. Chłonęłam od nich wiedzę, wypróbowywałam ją w praktyce i jeśli widziałam, że coś działa, kolekcjonowałam, resztę odsiewając. Po latach uznałam, że zdobyłam na tyle dużo informacji i umiejętności, że mogę się nimi podzielić z innymi kobietami.

Naprawiła pani swoje prywatne życie?
Inaczej nie śmiałabym nikomu podpowiadać, jak to można zrobić. Nie była to łatwa ścieżka. Czasem myślę, że gdybym wzięła udział w konkursie na najgrubszą książkę popełnionych w życiu błędów, pewnie bym wygrała. Kiedy już uświadomiłam sobie, że mam udział w tym, że w moim życiu się nie układało, to przestałam wytykać partnerowi jego błędy, a zajęłam się naprawianiem swoich. Jak zaczynasz bardziej rozumieć siebie, widzisz, jak to, co ty robisz lub nie robisz, odbija się na innych, to wtedy zaczynasz inaczej podchodzić do błędów popełnianych przez tych innych. Więc jak już to zobaczyłam, zaczęłam odpuszczać moim domownikom, jak zaczęłam odpuszczać, to opadło napięcie, zaczęło być lżej. Jak zaczęło się robić lżej między mną i mężem, to było między nami mniej konfliktów, jak było mniej konfliktów, dzieci się uspokoiły. W międzyczasie zrozumiałam, że właściwie to ja w ogóle nie lubię swojej pracy, w której od tylu lat działam i robię zawrotną karierę, że trzymam się jej wyłącznie z poczucia snobizmu. Kiedy przyszło to rozeznanie, postawiłam mocno na własny rozwój, wyciszyłam się, nerwy mi się uspokoiły, układ hormonalny wyrównał, odmłodniałam, poczułam lekkość.

A jakie archetypy u pani dominowały przed tą zmianą?
Dziewczynka i Kochanka.

Dziewczynka i Kochanka?! I mimo to doszła pani do stanowiska wicedyrektora w korporacji?!
Doszłam na szczyty kariery, ale moje pierwsze małżeństwo po dziewięciu latach się rozpadło. Kiedy wyszłam drugi raz za mąż za Polaka i przyjechałam do Polski, zrozumiałam, że dostałam od Boga drugą szansę. Nie chciałam jej zaprzepaścić. Niestety, szybko zauważyłam, że również w moim drugim związku nie dzieje się najlepiej. Wtedy zaczęłam drążyć. Oczywiście na początku moja logika była taka, że szłam za radami koleżanek, a te podpowiadały mi, że jak chcę męża utrzymać w domu, muszę być najlepszą kochanką. No dobrze, będę kochanką, ale wszystko się może przejeść, bo ile można zjeść ciastek. Jak bycie kochanką nie wypaliło, wtedy koleżanki poradziły: „Musisz być królową, być niezależna i dumna, a on musi cię zdobywać – musi cały czas mieć poczucie, że goni króliczka, musi cały czas o ciebie walczyć, musisz być dla niego wyzwaniem”. No to zawzięłam się i zaczęłam się dokształcać, żeby być dla swojego partnera ciekawa intelektualnie. Skończyłam pięć kierunków studiów: dziennikarstwo, PR, politologię, stosunki międzynarodowe, podyplomowo handel ze Wschodem, a potem jeszcze psychotronikę. Dodatkowo mnóstwo kursów.

Rety, kiedy to pani zdążyła zrobić?!
No, właśnie. Zamiast z dziećmi po lesie boso łazić, to spędziłam lata z nosem w książkach. A najlepsze, że okazało się, iż wciąż coś jest nie tak. W końcu ja do tego swojego mężczyzny mówię: „Czego Ty ode mnie właściwie chcesz? Najpierw byłam zbyt niepoważna, teraz zbyt poważna, ciągle coś ci nie pasuje!”. Dopiero później zrozumiałam, że we wszystkim musi być umiar, a pomiędzy czterema stanami kobiecości równowaga.

Rozmawiałam z uczestniczkami pani warsztatów. Są nimi zachwycone. Mówią, że odmieniła pani ich życie.
Piszą do mnie i opowiadają, co w ich życiu się zmieniło. Daję im to, co sama przetestowałam na sobie i co wiem, że w moim wypadku się sprawdziło. Są efekty, kobiety się tym dzielą między sobą, dzięki temu nie muszę w zasadzie w ogóle się reklamować, zabiegać o jakieś działania marketingowe, wszystko roznosi się pocztą pantoflową i przyznam, że na brak pracy nie narzekam.

Najciekawsze jest to, że pani klientkami są prezeski dużych firm, bizneswoman, kobiety, dla których w kwestiach zawodowych nie istnieją takie szklane sufity, których by nie przebiły. Gdyby rzeczywiście pani warsztaty nie zmieniły ich życia, nigdy nie przyznałyby się do tego, że z nich skorzystały. Mówiły mi, że jak się na nie wybierały, miały poczucie, że chyba upadły na głowę. One, takie rozsądne, a tu jakieś czary-mary, „Szkoła bogiń”, odkrywanie archetypów…
Tak, to prawda. Tłumaczę tym dziewczynom, że czasem jest taka wiedza, której nasz analityczny mózg nie może sobie po prostu wyliczyć i rozpisać w Excelu. Mówię im: „Nie ufajcie mi, kochane, sprawdzajcie same w działaniu. Jak sprawdzicie, dopiero będziecie mogły ocenić, co u was się sprawdza, a co nie. Bierzcie to, co jest wam potrzebne, co w waszym przypadku okaże się skuteczne”. Każda kobieta przychodzi przecież na moje warsztaty po coś innego. Jednej przyda się to, innej tamto. Jedne potrzebują więcej, biorą więcej, drugie wezmą tylko kawałek. Ale u wszystkich, które przychodzą i wprowadzają tę wiedzę w życie, zachodzą jakieś pozytywne zmiany, a wiele mówi też: „Rety, wszystko zaczęło się układać, w końcu jest, jak być powinno, a nawet lepiej niż mogłam sobie wymarzyć”.

Pracuje pani tylko z kobietami?
Pracuję głównie z kobietami, ale ostatnio otworzyłam się też na mężczyzn. Wielu pyta mnie, czy nie podjęłabym się pracy z nimi i ich archetypami męskości. Do niedawna odmawiałam, bo koncentrowałam się wyłącznie na warsztatach i sesjach indywidualnych z klientkami. Aktualnie jednak pracuję z jednym panem i na razie wzorowo sobie radzi. Ma świadomość, że jeśli rozczaruję się efektami naszej pracy, kolejnych mężczyzn już nie przyjmę (śmiech).

Może nie warto rezygnować tak szybko, skoro jest takie zainteresowanie ze strony panów w kwestii odkrywania w sobie męskości? Chyba że to wynika z tego, że lepiej rozumie pani kobiety, więc im bardziej może pomóc?
Rozumiem i kobiety, i mężczyzn, ale nie można być specjalistą od wszystkiego. Swoje warsztaty w Polsce prowadzę od 2012 roku. Na początku, gdy przekazywałam na nich wiedzę ogólną, przychodzili na nie i kobiety, i mężczyźni, czasem pary. Ale potem, gdy sama zaczęłam bardziej zgłębiać temat kobiecości: co ona daje, na czym polega, kiedy zrozumiałam, jak ogromną wartość w sobie niesie, podążyłam w tym kierunku i skoncentrowałam się na pracy z kobietami. Być może za jakiś czas coś innego równie mocno mnie wciągnie, wtedy pomyślę o zmianie kierunku. Grunt, żeby podążać za pasją.

Praca z czterema archetypami odbywa się w cyklu warsztatów zatytułowanych „Szkoła bogiń”. O co w nich chodzi?
Większość (jeśli nie wszystkie) filozofii wschodnich mówi o harmonii czterech żywiołów: ognia, wody, powietrza i ziemi. Larisa Renar, kiedy jeździła i zbierała te wszystkie praktyki związane z kobiecością od różnych nauczycieli i mędrców, słyszała od nich jak mantrę, że aby wszystko działało jak należy, to te cztery żywioły trzeba połączyć. Każdy z tych żywiołów wpływa na nasze zachowanie. W odniesieniu do kobiecości można powiedzieć, że kobieta, która ma w sobie dużo ognia – błyszczy, uwodzi, przyciąga, tworzy; ta zdominowana przez żywioł ziemi – będzie „uziemiona”, będzie twardo stąpać po ziemi, pracować, liczyć pieniądze, dobrze ogarniać rzeczywistość; ta z dominacją powietrza będzie nastawiona na mentoring, liderstwo, przekazywanie wiedzy, duchowość, prowadzenie innych; w przypadku wody – będzie to osoba delikatna, łagodząca spory, emocjonalna, czasem kapryśna, płaczliwa, ale szukająca jednocześnie lekkości, radosna. Tym czterem żywiołom odpowiadają cztery archetypy. Renar zaczerpnęła je z filozofii Junga, ale nadała im własne nazwy. I tak: ogniowi odpowiada Kochanka, ziemi – Pani Domu, powietrzu – Królowa, wodzie – Dziewczynka.

Kochanka – zdradza i uwodzi mężów, Pani Domu – kura domowa, Królowa – dumna i niedostępna, Dziewczynka – życiowo niezaradna lolitka?
Wiele osób tak je pojmuje, nadaje „etykiety”, jednak nie takie jest ich znaczenie. Kochanka to kobieta-kreatorka, twórcza i seksowna, jest niczym gwiazda, jak magnes przyciąga do siebie ludzi, możliwości, propozycje zawodowe oraz prywatne. To kobieta, która błyszczy, flirtuje, ale nie chodzi tu o zaciąganie mężczyzn, zwłaszcza tych żonatych, do łóżka, to po prostu kobieta, która jest bardzo atrakcyjna dla innych. Pani Domu – opisuje kobietę stabilną, uporządkowaną, pracowitą, zaradną, która wszystko ma ogarnięte, ale nie robi wszystkiego sama – potrafi delegować zadania, i nie buja w obłokach. Doskonale zarządza swoim życiem, swoimi finansami, jest płodna i troskliwa. Dziewczynka z kolei jest emocjonalna – lubi się pośmiać, pobawić, cechuje ją ufność. Umie okazać słabość i prosić o pomoc, potrafi przyjmować prezenty i cieszyć się życiem, ale gdy coś ją zasmuci, bez trudu wylewa łzy. Ostatni archetyp – Królowa, opisuje kobietę niezależną, liderkę, z poczuciem godności, wartości, dostojeństwa. Nie jest to jednak Królowa Śniegu, która idzie po trupach, bo to byłoby wynaturzeniem archetypu, ale kobieta z otwartym sercem, z głęboką mądrością.

Rozumiem, że każda z nas, chcąc być w pełni kobietą, móc swoją kobiecość wyrażać i przeżywać, musi mniej więcej po równo mieć w sobie coś z Królowej, coś z Dziewczynki, coś z Kochanki i coś z Pani Domu?
Dokładnie. Tymczasem większość współczesnych kobiet jest zdominowanych przez jeden, dwa archetypy. W Polsce najczęściej uczestniczki moich warsztatów to kobiety z dominacją Królowych i Pań Domu. Narobią się, zarobią pieniądze, ale brakuje im radości Dziewczynki, brakuje kreacji Kochanki. Przychodzą do mnie te Królowe i Panie Domu i mówią: „Byłam kiedyś taka fajna, radosna, dużo się śmiałam, kwiaty we włosach. A teraz tylko dom, praca, sprzątanie, gotowanie… Jak wrócić do tamtej dziewczyny?”.

Jakiś czas temu uczestniczyłam w spotkaniu kobiet pewnego klubu biznesowego, zaproponowałam uczestniczkom, że poprowadzę dla nich miniwarsztat. Miały do wyboru trzy tematy: „Koncepcja bogini” – przybliżający właśnie ten model czterech archetypów; „Miłość i akceptacja siebie” oraz „Szkoła flirtu – intryga, prowokacja, gra”. Wybrały ten ostatni. Pomyślałam: „W porządku, widocznie mają ochotę na trochę zabawy”. Zaczęłyśmy. Opowiadam o flircie, proponuję ćwiczenia i nagle… blokada. Któraś płacze, inne zaczynają opowiadać, jacy to okropni są dziś mężczyźni. Z trzech godzin warsztatu, ponad godzinę zajęło nam zdejmowanie skorup, jakimi się obudowały. Ale półtorej godziny później już się bawiły. Warsztat skończyłyśmy roześmiane, uchachane, z czerwonymi policzkami od energii, która w nas wstąpiła. Opowiadam o tym, bo chcę pokazać, że jeśli bazujemy tylko na dwóch archetypach, to naszemu życiu czegoś brakuje, wpadamy w monotonię, wydaje nam się szare i mało satysfakcjonujące. Podobnie jest z tymi kobietami, które są głównie Kochankami czy Dziewczynkami. Te kobiety z kolei dziwią się, że mężczyźni nie traktują ich poważnie, że potrzebują ich wyłącznie do łóżka, ale na życiowe partnerki nie chcą. Ale jak spojrzeć na to z boku, to czy tym mężczyznom można się dziwić? Skoro u takich kobiet zero poczucia odpowiedzialności i obrotności Pani Domu, zero poczucia własnej wartości Królowej. Jak pytam takie kobiety: „A czemu Ty idziesz z nim do łóżka?”, to wydyma usteczka i wzdycha. Królowa by powiedziała: „Halo, halo, proszę pana, nie tak prędko”, Pani Domu: „Ja tu poproszę najpierw się wykazać, że potrafisz zadbać o mnie, potem papierek z pieczątką (zawarcie związku małżeńskiego – red.), a dopiero później inne tematy”. Jak wprowadzamy równowagę pomiędzy tymi czterema stanami kobiecości, wówczas stajemy się spełnione. Ciekawe i dla siebie, i dla mężczyzn.

Jak kobiecość może przejawiać się w związku?
Proszę sobie wyobrazić, jak taka zharmonizowana kobieta zachowuje się, gdy mężczyzna wraca do domu. Otwiera drzwi i mówi: „O mój kochany, wrócił (cmok, cmok, cmok), stęskniłam się za tobą”, czyli działa tu Dziewczynka, która cieszy się, okazuje miłość, radość. Potem ona idzie do kuchni i przygotowuje obiad albo zajmuje się dziećmi itd. – tu działa Pani Domu. Następnie przy obiedzie czy kolacji kobieta rozmawia z mężem na różne tematy, wspólnie planują, podejmują decyzje – tu kobieta włącza stan Królowej. A gdy nadchodzi wieczór, uruchamia tryb kobiety-Kochanki i idzie z partnerem do łóżka, by fajnie spędzić z nim noc. Gdy podaję ten przykład na jakichś prelekcjach, gdzie wśród odbiorców na sali są również panowie, pytam ich, co by powiedzieli, gdyby mieli taką kobietę za partnerkę. I słyszę: „Przecież to kobieta doskonała, jakbym taką znalazł, to nigdy żadnej innej bym nie szukał”. Ale tu chcę podkreślić, że osiągnięcie pełni kobiecości ma być przede wszystkim dla nas samych. Zadowolony mężczyzna w tym wypadku to tylko pozytywny efekt uboczny, a podany przeze mnie przykład ma jedynie obrazować, jak taka zharmonizowana kobiecość może rozwiązać różne problemy w związkach.

Hmm, to mi wygląda trochę tak, jakby kobieta musiała grać pewne role, żeby sobie zasłużyć na miłość.
To na początku może wyglądać na grę, zwłaszcza jeśli ktoś dotychczas funkcjonował wyłącznie na jednym czy dwóch archetypach. To jak z wytwarzaniem w sobie nowych nawyków. Żeby powstał nawyk, musisz ćwiczyć, robić coś, do czego nie przywykłeś, co nie jest dla ciebie typowe. Uczysz się nowych zachowań. Tak samo tu. Jeśli przez większość życia byłaś Królową, jak zaczniesz budzić w sobie Dziewczynkę, będziesz się czuć niekomfortowo, będzie to trochę dla ciebie jak odgrywanie jakiejś roli. Ale jeśli chcesz coś zmienić w swoim życiu, bo czujesz, że jesteś zbyt poważna i brakuje ci lekkości, albo zbyt niedojrzała i brakuje ci poczucia własnej wartości, to warto tę „grę” podjąć. I kobiety, które ją podejmują, doświadczają pozytywnych zmian. Na moich warsztatach jest dużo płaczu. Bo kobiety nieprzeżywające życia w pełni swojej kobiecości po prostu cierpią. Pamiętam, jak na jeden z tych poświęconych archetypowi Dziewczynki przyszła bardzo poważna pani, która na wstępie oświadczyła: „Słuchajcie, dziewczyny, ja siedem lat chodziłam na terapię i ani łezki nie wycisnęłam. Po mnie psycholog poszedł na psychoterapię, więc może to wyda się wam nienormalne, ale już tak mam, że nie płaczę”. Powiedziałam: „Dziękuję, dobrze”. Minęło pół dnia, pierwsza płakała. Sama nie wierzyła, że to się stało, że puściły emocjonalne blokady, robiła sobie selfie i wysyłała znajomym, pokazując, że płacze. Wszystkie się cieszyłyśmy, bo płacz oczyszcza, blokady pękają, można pracować nad integracją.

Twierdzi pani, że harmonizowanie tych naszych czterech mocy zwłaszcza w obecnych czasach staje się bardzo ważne. Dlaczego?
Bo współczesne kobiety są bardzo zmęczone, dźwigają wiele ciężarów na swoich barkach, w dodatku mają poczucie, że silnych, odpowiedzialnych mężczyzn ktoś wyciął w pień i że ze świecą ich szukać. Kobiety zajęły się zarabianiem pieniędzy, niektórym całkiem nieźle to idzie, ale pytanie za jaką cenę? Pieniądze to jest męska energia, a dla kobiety działanie w energii męskiej jest wyczerpujące. Co prawda każda kobieta posiada około 25 proc. energii męskiej, ale ta jest im dana po to, by mogły wstać na czas, dążyć do celu, być poukładaną lub na wypadek, gdyby doszło do sytuacji ekstremalnych, np. kiedy nagle musiałyby bronić swoich dzieci. Gdy więc wykorzystują te zasoby do pracy na pełnych obrotach, non stop, to je to wykańcza. Takim kobietom sypią się związki, życie ciąży, osiągane cele nie przynoszą radości. Jednocześnie fakt, że kobiety przejmują role męskie, sprawia, że mężczyźni czują się nieprzydatni, wykastrowani, nie walczą o siebie, nie osiągają sukcesów, bo po co? Kobieta i tak tego nie przyjmie. Wie pani, ile ja na warsztatach natłumaczę się dziewczynom, jak ważne jest to, by od mężczyzn brać, by dawać się im obdarowywać, żeby oni mieli jakiś cel, żeby wiedzieli, że warto działać? „Natalia – mówią mi czasem panowie – weź ty powiedz tym swoim dziewczynom, żeby one pozwoliły nam coś dla siebie robić, a nie tylko same, wszystko same. A potem się dziwią, że my szukamy jakichś głupiutkich i mało ambitnych laluniek. No, szukamy, bo one przynajmniej prezenty od nas przyjmują, przy nich czujemy się do czegoś potrzebni. Kwiaty takiej przyniosę, to się cieszy, zaoferuję pomoc, też radość”.

A może to raczej mężczyźni powinni pomyśleć o zmianie?
Też powinni, ale za nich nie mogę odpowiadać. A skoro pracuję z kobietami, to mogę im pomóc zrozumieć, jak ich postępowanie wpływa na płeć przeciwną.

Może i wpływa, ale czy to oznacza, że dla satysfakcji mężczyzn mamy się cofnąć do średniowiecza lub może jeszcze do epoki kamienia łupanego, bo oni nie czują się męscy, gdyż nie mogą już pobiegać za mamutem. No, nie mogą. Mamuty wyginęły, patriarchat to przeżytek, świat się zmienia. Może więc czas się ogarnąć i dostosować?
I to prawda, co pani mówi, świat się zmienia, klimat, pogoda, wszystko się zmienia, tylko pytanie, dlaczego jesteśmy nieszczęśliwi? I kobiety, i mężczyźni. Jasne, że nie chodzi o to, by wrócić do tych czasów, gdy mężczyźni już tak przegięli ze swoją dominacją, że niechybnie musiało to wywołać sprzeciw kobiet. Ale czy teraz chcemy przegiąć w drugą stronę? Tu też potrzebna jest równowaga. Jasne, że gdy opowiadam o czterech archetypach i mówię o Dziewczynce, która jest taka słodka i w mężczyznę wpatrzona, Kochance, która zadba o to, by ten się dobrze bawił i Pani Domu, która urodzi dzieci, zadba o domowe ognisko, to wydaje się, jak by kobieta miała tylko podążać za mężczyzną i mu służyć. Ale nie zapominajmy o archetypie Królowej, który odpowiada za niezależność, godność, mądrość i poczucie własnej wartości. Kobiecość w harmonii pozwala nam po prostu żyć pełniej, a nie cofać się. Trzeba też brać pod uwagę to, że choć świat się zmienia, nasze archetypy w nas wciąż domagają się realizacji, ujawnienia. Mamuty wyginęły, ale archetypy lidera i karmiciela w mężczyźnie wciąż potrzebują się wypełnić. I możemy się przeciw temu buntować, temu zaprzeczać, ale do czego nas to zaprowadzi?

Czyli warto byłoby znaleźć dziś jakieś nowe sposoby na realizację naszych archetypów?
Zdecydowanie, ale najpierw trzeba dobrze poznać i zrozumieć, jak się one przejawiają. Dziś pełno wszędzie kobiet-Królowych. Częsty błąd w myśleniu o tym stanie kobiecości polega na tym, że myli się tu niezależność z przekonaniem, że wszystko muszę zrobić sama. Przecież mężczyznom też nie chodzi o to, by kobieta wisiała im jak kołnierz uwieszona u szyi. Wielu mężczyzn cieszy, że kobieta ma swoje hobby, ma grono swoich znajomych, pracę, ale jak jeszcze i torby sama poniesie, i gwoździe wbije, a jak ustąpią jej miejsca czy otworzą jej drzwi, wpuszczając przodem, to dostaną burę i zarzuty o seksizm, to czują się w tym wszystkim nie dość, że zagubieni, to jeszcze jak piąte koło u wozu.

Jest sporo logiki w tym, co pani mówi, choć wydaje się, że po stuleciach ciemiężenia kobiet przez mężczyzn, niedopuszczania kobiet do edukacji, polityki, pracy, wolności, mając świadomość tego, jak wiele kobiet na świecie żyje w roli męskich niewolnic, jest zbyt wiele obaw co do utraty tego, co kobietom udało się już w kwestii wolności i równości osiągnąć. Być może na kompromis w kwestiach związanych z płciowością jest jeszcze za wcześnie?
Na moje warsztaty przychodzą kobiety, które bądź do tego dojrzały, bądź czują się na tyle zmęczone i/lub nieusatysfakcjonowane jakością swojego życia, że szukają skutecznego sposobu, by coś w nim zmienić. I zmieniają, i czują się szczęśliwsze. A dla mnie to najlepszy wyznacznik tego, że jednak to, co robię jest potrzebne i to nie kiedyś, tylko już dziś.

Jasne, że każdy wybiera swoją ścieżkę i jeśli ona czyni jego i innych szczęśliwszymi, lepszymi, to nie ma co biadolić. Mimo to mam wątpliwość, czy czemuś dobremu może służyć karmienie męskiego ego?
Rzecz w tym, że mężczyźni mają ogromne i bardzo wrażliwe ego, o wiele większe niż kobiety. I to należy zaakceptować. Mówi się, że kobieta, która nakarmi ego mężczyzny jest wielka w jego oczach. Po co się przeciw temu buntować? Jak pani za coś podziękuje mężczyźnie, jak go pochwali, jak nagrodzi go za coś uznaniem, uśmiechem, dobrym słowem, to jakaś ujma?

Ujma nie, ale nie jest to jakieś infantylizowanie relacji? Postępować z mężczyzną jak z przedszkolakiem? Dorosły jest, powinien wiedzieć, co należy do jego obowiązków, tak jak i każda dorosła kobieta. Powiedzieć „dziękuję”, „proszę” to raczej podstawy kulturalnej, opartej na szacunku relacji, ale żeby od razu wpadać w zachwyt, że facet wyniósł śmieci?
To jest właśnie problem, gdy myśli się o kobietach i mężczyznach jak o równych sobie i gdy tę równość rozumie się także na poziomie zrównania potrzeb. Tak często rozumują feministki. Prawda jest jednak taka, że różnice płci oznaczają nie tylko różnice w atrybutach fizycznych, ale też umysłowych, oznaczają też różnice potrzeb. Możemy się na to nie godzić, tyle że to zapędza nas w ślepy zaułek. Według mnie znacznie lepiej i lżej by nam się żyło, gdybyśmy zaczęli szanować i akceptować to, że jesteśmy inni. Mężczyzna potrzebuje chwalenia, nie ciągłego, ale za konkrety, potrzebuje się wykazywać, potrzebuje zaznaczać terytorium, kobieta potrzebuje stwarzać, upiększać, rozkwitać, jest zmienna. Działamy w innych archetypach, w innych energiach. Tymczasem my zachowujemy się tak, jak byśmy nie potrafili pogodzić się z tym, że pralka działa tak, a nie inaczej. Choć w instrukcji obsługi wyraźnie napisano: „Aby uruchomić, naciśnij czerwony guzik”, my wolimy nie czytać instrukcji, tylko z uporem maniaka naciskać guzik czarny i dziwić się, że urządzenie się nie włącza. Złościmy się na pralkę, że to bubel, złościmy na producenta. A ja mówię: „Weź, człowieku, przeczytaj instrukcję i nie marudź”.

To dlatego zapewne nie jest też pani zwolenniczką koedukacji?
Jeśli chcielibyśmy wychowywać dzieci w zgodzie z ich archetypami i tworzyć dorosłych, którzy w pełni będą korzystać ze swoich atrybutów płci, to według mnie dziewczynki powinny być wychowywane inaczej, a chłopcy inaczej. Kobiety narzekają dziś na mężczyzn, że są tacy niemęscy, tacy wydelikaceni, wieczni Piotrusie Panowie. Ale proszę spojrzeć, jak oni są wychowywani. Wielu z nich wyrasta pod skrzydłami matek, cioć czy babć, które na nich chuchają i dmuchają: skakać po drzewach nie można, bo jeszcze coś sobie zrobi, jak rozbije kolano, od razu lament, jak pobije się z kolegą czy wybije szybę w oknie – kara. Potem idzie taki chłopiec do szkoły, a tam głównie panie nauczycielki, które zachowują się tak samo, jak matki. Chłopiec wiele lat uczy się być podległy kobiecie, uczy się, że każdy przejaw jego wynikających z archetypów zachowań jest zły, a kiedy już wychodzi z takiego chowu i próbuje się usamodzielnić, związać z kimś, nagle oczekuje się od niego, by zachowywał się jak mężczyzna. Ale skąd on ma to wiedzieć, co znaczy „być mężczyzną”? Zawsze był za przejawy męskości karany, a nagle musi zostać „bohaterem / macho”… No i taki chłopak, kierowany wzorcem wyniesionym z domu, szuka partnerki, która będzie mu dalej matkować. I jeśli taką znajdzie, to i owszem, mogą sobie jakoś życie ułożyć, ale z pewnością nie można będzie tego nazwać zdrową relacją. Można tak żyć, pewnie. Wielu ludzi tak żyje, tylko to życie smutne, przykre, mało satysfakcjonujące.

Mówi pani, że biznes, pieniądze to domeny mężczyzn, że one funkcjonują na męskiej energii. Czy to oznacza, że kobiety nie powinny się pchać do biznesu, do zarabiania pieniędzy, nie powinny zasiadać na stanowiskach prezesów, dyrektorów?
To nie jest tak, że coś się powinno lub nie, tu chodzi raczej o jakość i satysfakcję z naszych działań. Kobiety przecież pokazują, że mogą robić oszałamiające kariery, mieć wielkie sukcesy biznesowe i generować fortuny, powraca tylko pytanie: „Jakim kosztem?”. Sama działałam w wielkim biznesie, wiem, o czym mówię. Ale już nawet pomijając to. Energia męska jest kobietom potrzebna, żeby się ogarnąć. Ja, żeby poprowadzić warsztat, muszę działać w męskiej energii, inaczej wszystko by się posypało. Działając w męskiej energii organizujesz, zarządzasz, stawiasz granice. Ale ulgi doznaję dopiero wtedy, gdy wracam do swojej energii kobiecej. Dlatego mówię uczestniczkom swoich warsztatów, często właśnie prezeskom i bizneswoman, jeśli czerpiecie satysfakcję ze swojej pracy, jak najczęściej używajcie w niej energii żeńskiej, a jeśli w pracy się nie da, przynajmniej pozwalajcie sobie na nią w domu. Pozwól swojemu mężczyźnie przejąć stery, pozwól sobie na emocjonalność, na słabość, daj się sobą zaopiekować. Szukaj równowagi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać

Psychoterapia systemowa | Przegląd

Wychodzi z założenia, że postępowanie człowieka i jego stan psychiczny powinny być rozpatrywane przez pryzmat wzajemnych zależności i…

Kobieta z misją, Królowa we flow

Wszechświat jest studnią obfitości, możemy z niej czerpać garściami. Pytanie czy jesteśmy na to gotowe. O tej gotowości…