to co ważne katarzyna żak
Katarzyna Żak

Katarzyna Żak: Ważne, by w życiu mieć kawałek świata tylko dla siebie

30 udostępnień
30
0
0

Po roli Solejukowej z serialu „Ranczo” – wiejskiej kobiety, która osiągnęła wszystko, o czym marzyła, dla wielu Polaków stała się symbolem, przypominającym im o tym, dlaczego warto w życiu walczyć o siebie i nie poddawać się przeciwnościom. Jak jednak w rzeczywistości, a nie na scenie wygląda droga Katarzyny Żak do realizacji siebie? O tym, co w jej życiu ważne, artystka opowiada nam w rozmowie z Beatą Pawłowicz.

Beata Pawłowicz: Słuchając wywiadu z Tobą, który przeprowadziła Agata Młynarska, pomyślałam, że wielu rzeczy nie osiągnęłam, bo byłam zawistną zazdrośnicą! Do tej refleksji doszłam, słuchając, jak poradziłaś sobie w tym czasie, kiedy twój mąż, Cezary Żak, robił już karierę, a ty jeszcze nie. I pomyślałam, że to twoja ważna cecha, że potrafiłaś go wspierać, cieszyć się jego sukcesami i znosić to, że jesteś przedstawiana jako jego żona.

Katarzyna Żak: A wiesz, że to nie bierze się z niczego? To wszystko bierze się z dzieciństwa. A ja byłam wychowywana przez silną babcię i silną mamę. Choć może babcia była jednak inna… Ale mama uważała, że kobiety mają generalnie ciężko w życiu i do niczego nie dochodzą, że cała ta kariera jest dla facetów. I w takim to duchu wyrosłam. Jak miałam pomysł na życie, to mama mówiła: „Daj spokój, przecież to ci się i tak nie uda”. No i wyobraźmy sobie, co się dzieje w głowie takiej dziewczynki, w którą mało kto wierzy? Ona zaczyna myśleć: „Jesteś po to, aby służyć innym!”. I potem idzie w świat z takimi przekonaniami. Moje zdawanie do szkoły teatralnej było apogeum braku wiary we mnie! Rodzice byli pewni, że wrócę z egzaminów z podkulonym ogonem. A jak już się to stanie, wtedy wreszcie przygotuję się i przystąpię do egzaminu na prawo.

Ale dostałaś się za pierwszym razem do Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu…

Tak, ale ta postawa dalej we mnie pracowała. Na trzecim roku studiów wyszłam za mąż, cieszyłam się, że spotkałam silnego mężczyznę! Pamiętam jak wtedy koleżanka mojej mamy, patrząc na mnie z politowaniem, zapytała: „No, ale gdzie będziecie mieszkać?”. A kiedy odpowiedziałam, że Cezary już skończył szkołę, dostał pracę i będzie miał mieszkanie służbowe, usłyszałam: „No nie, kto wam da mieszkanie?”. Kiedy więc dostaliśmy w teatrze początkowo pokój gościnny, byłam szczęśliwa, że one nie miały racji, że jednak coś się w życiu udaje.

Potem jednak każdy sukces Cezarego był potwierdzeniem tego, co mówiła mama: facet jest od robienia kariery, od tego, żeby pracował i utrzymywał rodzinę. A ja mam go w tym wspierać, otaczać opieką. Do głowy mi nie przyszło, że mogę być o jego sukcesy zazdrosna. Odwrotnie: byłam szczęśliwa, że on potrafi, że jest w stanie nas utrzymać, że jednak nam się udaje. Dlatego byłam zdziwiona, kiedy sama zaczęłam być rozpoznawalna i ludzie się nade mną litowali: „Ojej, dobrze, że pani też! Pani taka fajna! Dobrze, że się los do pani uśmiechnął!”.

„Litość” ludzi wpłynęła na Twoje relacje z mężem, przekonania na temat roli życiowej i zawodowej kobiety? 

A gdzie tam! Byłam wychowywana w poczuciu służebności mojego życia. I powiem ci, że z tego, co widzę, to tak ma większość kobiet. Uczestnicząc w wielu spotkaniach z kobietami, które chciały poznać aktorkę, grającą Solejukową w „Ranczo”, przekonałam się, że dopiero ta postać uświadomiła im, iż niezależnie od tego, gdzie która z nich mieszka, jakie ma wykształcenie i pozycję społeczną, ile dzieci i jakiego męża, może zrealizować swoje marzenia: zarobić pieniądze, nauczyć się języków, skończyć studia… Dzięki Solejukowej trafiłam nawet na Kongres Kobiet. Co zabawne, musiałam wyjaśniać, że ja tylko gram tę kobietę, a niekoniecznie już tak jak ona specjalizuję się w lepieniu pierogów (śmiech). Choć serial zakończył się pięć lat temu, nadal bywam proszona o pomoc, żebym przyjechała na jakąś wioskę rozkręcić pierogarnię. Bardzo mnie to zawsze wzrusza…

A wracając do przerwanego wątku, to wtedy, kiedy ludzie zaczęli mi współczuć, zrozumiałam tylko, że w tym zawodzie niezwykle ważna jest rozpoznawalność. No i to, żeby nie być postrzeganą jako gorsza od męża, czyli mniej znana. Ale ja sama nigdy nie czułam się gorsza od Cezarego. Przecież robię całkiem inne rzeczy. Nadal cały czas mu kibicuję. Teraz, kiedy jest przed premierą kolejnego spektaklu w jego reżyserii „Dziewczyna z pociągu”, jestem pierwszą osobą, która czyta scenariusz. Wspieram go. Rozmawiamy o jego pracy. Oczywiście, on wszystko wie najlepiej, bo jest facetem i sam podejmuje decyzje, ale nasze dyskusje są niezwykle twórcze dla nas obojga. Nadal jest też tak, że czekam, aż on wróci z próby, opowie mi co się twórczego wydarzyło, co musi zmienić, co poprawić, nad czym jeszcze pomyśleć. Ten tzw. program „wspomożenie potrzebującego” wciąż jest we mnie aktywny. I powiem ci, że tego chyba nie da się do końca wytrzebić.

Mimo takiego zaprogramowania na służenie, mimo takiego a nie innego wychowania, chyba jednak udało ci się zrealizować siebie?

Ależ uważam nawet, że to właśnie dzięki temu to mi się właśnie udało! Opowiem ci o mojej babci, Helence, która miała sześcioro dzieci i skończyła tylko szkołę podstawową. Dziadek za to był wykształconym człowiekiem. Przed wojną skończył Uniwersytet w Łodzi, mówił trzema językami, był nauczycielem, tłumaczem. Choć jako nauczyciel był w pierwszej grupie do likwidacji, dzięki temu, że mówił świetnie po niemiecku i tłumaczył jakieś pisma z niemieckiego na język polski, przeżył okupację.

Dziadek, już na emeryturze, co tydzień spotykał się ze swoimi kolegami profesorami, nauczycielami, intelektualistami. W kawiarni mieli swoje miejsce. Tam rozmawiali o sytuacji politycznej na świecie. Czasem też spotykali się u kogoś w domu i grali w brydża. Jako mała dziewczynka, ponieważ byłam grzeczna, kilka razy dostąpiłam zaszczytu pójścia z dziadkiem na takie spotkanie. Pamiętam jak brał mnie wtedy na ręce, abym mogła wybrać sobie coś z witryny ze słodyczami. Ten obraz właśnie i tamte rozmowy dorosłych zapisały się w mojej głowie.

No a babcia?

No właśnie, babcia. Babcia Helenka całe życie poświęciła dzieciom. I im była starsza, tym lepiej rozumiała, jaki jest dysonans pomiędzy wykształconym mężczyzną a niewykształconą kobietą. Dlatego walczyła o to, aby wszystkie jej dzieci, i dziewczynki, i chłopcy, miały wykształcenie. Dlatego też moja mama była wspierana, ale jednocześnie zmuszana do tego, aby zdawała na studia medyczne. I mama całe życie mi powtarzała: musisz mieć swój zawód, żeby być niezależna, bo nigdy nie wiesz, co cię w życiu spotka.

Może zainteresuje Cię: Mikołaj Marcela o nauczaniu on-line i edukacji hybrydowej

Dwa sprzeczne komunikaty: bądź niezależna, ale rób dokładnie tak i tak?

To są komunikaty przekazywane polskim kobietom przez pokolenia. I to przez kobiety! To jest presja. Rozwój też odbywa się pod ich presją. Młoda kobieta słyszy od matki czy babci: „Kobiety w rodzinie twojego męża zniszczą cię, jak nie będziesz miała wykształcenia”. Ja byłam w klasie humanistycznej w Toruniu i już mi zaplanowano przyszłość – miałam iść na prawo, bo prawnik to szanowany zawód. Ale rok przed maturą pani od matematyki, po jakimś szkolnym występie, powiedziała mi, że przyciągam uwagę na scenie. Zapytała czy nie myślałam, żeby zostać aktorką? To ona zasiała we mnie to ziarno. Jak powiedziałam w domu, czego chcę, wybuchło piekło. „Szkoła aktorska to ruja i porubstwo! A co będzie, jak ci się nie powiedzie?! Co ludzie powiedzą?”.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
Jolanta Mąkosa, poetka, malarka, scenografka i scenarzystka

Miejsce dla duszy

Znalezienie swojego miejsca jest ważne, bo to daje spokój – mówi Jolanta Mąkosa, poetka, malarka, scenografka i scenarzystka,…