Katarzyna Błażejewska-Stuhr radzi: Jedzmy jak nasze babcie – prosto, sezonowo i lokalnie

15 udostępnień
15
0
0
Prywatnie: żona znanego aktora Macieja Stuhra, mama Stasia i Tadzia. Zawodowo: dietetyczka kliniczna i psychodietetyczka, która z pasją gotuje dla swoich domowników. Katarzyna Błażejewska-Stuhr napisała dziewięć książek, wszystkie o zdrowym żywieniu.

Edyta Brzozowska: Jako dietetyk kliniczny promuje pani w swoich książkach zdrowe odżywianie i w każdej powtarza, że właściwa dieta polega na odpowiednich proporcjach. Co to znaczy?
Katarzyna Błażejewska-Stuhr: Od czasu do czasu można zjeść wszystko! Nie znaczy to, żeby jeść słodycze i przetworzoną żywność w dużych ilościach, ale jeżeli nasza dieta będzie oparta na warzywach, roślinach strączkowych i od czasu do czasu pojawi się w niej coś niezdrowego, to nasz organizm poradzi sobie z konsekwencjami takiego posiłku.

Jemy, aby budować nasz organizm, enzymy, hormony. Dostarczamy paliwa do ciała, od którego oczekujemy siły i sprawczości. Gdy o to nie dbamy, to zachowujemy się jak mechanik, który wkłada podrobione, plastikowe części do superauta. Można, ale czy warto?

Namawia pani, aby w naszej diecie ograniczać ilość mięsa. Jednak większość ludzi je lubi.
Wszystkie badania pokazują, że nadmiar mięsa negatywnie wpływa na nasze zdrowie. Zarówno w kontekście układu krążenia, hormonów, zapobiegania nowotworom, jak i odporności. Mogę wymieniać dalej, narząd za narządem.

Wiele osób uważa przemysł mięsny za nieetyczny.
Tak, jest on niezwykle okrutny. Odbiega od naturalnego chowu zwierząt, powoduje ich męczenie i stres. To wszystko odbija się niekorzystnie na zdrowiu osób, które produkty tak prowadzonej hodowli zjadają. Zupełnie inaczej wpływa na nasz organizm mięso od zwierząt hodowanych tradycyjnie, w warunkach ekologicznych. Po trzecie wreszcie przemysł mięsny bardzo negatywnie wpływa na środowisko – emituje gazy cieplarniane i zużywa ogromne ilości wody. Wszystko to składa się na moje stanowcze przekonanie o tym, żeby jeść jak najmniej mięsa. A jeżeli jemy, to wybierajmy to z ekologicznego chowu. I od czasu do czasu, a nie codziennie.

Podpatruje pani czasem, co Polacy wkładają do swoich koszyków w sklepach spożywczych?
Swoje zakupy najczęściej robię na targu, bo wizyta w dużym sklepie to dla mnie ogromne wydarzenie. Ilość bodźców oraz produktów, które są dostępne nieco mnie otumaniają. Co ciekawe, najczęściej dochodzi do tego przed jakąś imprezą, więc bywam zawstydzona zawartością mojego koszyka i nie śmiem oceniać innych.

Mnie często zdarza się zerkać na zakupy innych i jestem przerażona ilością chipsów, słodyczy, rozmaitych batoników i parówek, jakie kładą na sklepowej taśmie.
Potwierdzają to dane Głównego Urzędu Statystycznego o spożyciu cukru, bo wynika z nich, że przeciętny Polak zjada go aż 45 kilogramów rocznie! Rodzi to oczywiście refleksję, że skoro takie produkty są w ofercie, to ktoś je kupuje. Niezmiennie szokuje mnie również ilość słodyczy w małych sklepikach. Połowa asortymentu w kiosku, gdzie kupuję gazety, to słodycze. Przestaję się zatem dziwić moim pacjentkom, że trudno im oprzeć się ogromnej ilości kuszących słodyczy i cukrzonych, kolorowych, a w dodatku gazowanych napojów.

Cukier to samo zło?
Uzależnia, szkodzi naszym jelitom, nie dostarcza żadnych cennych składników odżywczych. Jest go bardzo dużo w różnych produktach. Lepiej świadomie go unikać, bo nie daje nam nic, prócz kalorii.

Jakie inne kulinarne błędy popełniamy najczęściej?
Używamy zbyt dużo białej mąki, przetworzonej żywności i oczywiście cukru. Nasze posiłki są na ogół słabo urozmaicone, jemy za mało warzyw i kasz. Do tego wszystkiego konsumujemy o wiele za dużo.

A potem skarżymy się na wzdęcia.
I nic dziwnego. Wystarczy posłuchać bloku reklamowego w radiu. Przynajmniej połowa z zachwalanych w mediach produktów to preparaty na rozmaite dolegliwości gastryczne: zaparcia, zgagi, wzdęcia. Bohaterowie reklam narzekają na wysoki poziom cholesterolu, „boczki”, uczucie ciężkości po posiłku. Pamiętam, że kiedy pewnego razu zatrzymałam się w hotelu, włączyłam telewizję. W domu nie mamy odbiornika, więc bardzo się zdziwiłam, kiedy na ekranie zobaczyłam mężczyznę o urodzie i posturze drwala, który wymieniał prawie wszystkie wskazane wyżej kłopoty zdrowotne, na co usłyszał, że jest na nie proste rozwiązanie. Pomyślałam sobie: „Wow! Wreszcie ktoś zareklamuje jedzenie warzyw!”. Ale się pomyliłam, bo drwal dostał od żony… pigułkę.

Zdrowym żywieniem zaczęła się pani interesować, gdy pani tato zachorował na nowotwór.
Uświadomiłam sobie wtedy, jak bardzo dieta wpływa na nasze zdrowie i organizm. I że może zwalczyć ryzyko zachorowania na groźne dolegliwości. Oczywiście wpływ na to, czy zachorujemy mają geny – według Światowej Organizacji Zdrowia odpowiadają one za nasze zdrowie w około 20 procentach. Ale ostatnio dużo się dyskutuje o tym, że za ujawnienie się owych genów odpowiada także dieta. Niedawno pisałam książkę o diecie dla kobiet w ciąży. Zwróciłam w niej uwagę, że jeśli przyszła mama odżywia się produktami bogatymi w cholinę, czyli witaminę B4, która występuje między innymi w orzechach, jajach, szpinaku, to zmniejsza ryzyko zachorowania nie tylko swojego dziecka, ale także wnuków.

Katarzyna Błażejewska-Stuhr o koktajlach – czytaj TUTAJ

Co zatem zrobić, aby nie być pacjentem onkologicznym?
Każdy z nas ma na to duży wpływ. Stosujmy w naszej diecie dużo przeciwutleniaczy, które znajdują się w czarnych porzeczkach, pomidorach czy brokułach, bo one niwelują skutki stresu, zanieczyszczeń środowiska i działania promieni słonecznych. Korzystajmy z tego. Nasze ciało ma naturalne predyspozycje i umiejętności do oczyszczania. Po to właśnie mamy wątrobę i nerki. Ale jeżeli jemy dużo chemii, czyli barwników, aromatów, konserwantów czy chociażby suplementów diety, to wątroba musi radzić sobie nie z naturalnymi „zanieczyszczeniami”, ale tymi „szkodnikami”. Z kolei gdy za mało pijemy, nasze nerki nie pracują wydajnie. Dlatego do znudzenia powtarzam, żeby dużo pić, a siusiając – cieszyć się. Bo wtedy pozbywamy się syfu z naszego ciała!

Lansuje pani hasło: „Jedzmy jak nasze babcie”. Czyli właściwie jak?
Prosto, sezonowo i lokalnie. Tylko takie produkty mają największą wartość odżywczą. Można oczywiście kupić super foods w postaci jagód z Azji. Ale po co, jeśli właśnie trwa sezon na nasze własne jagody? Tamte, przywiezione z daleka, nie zaszkodzą nam rzecz jasna. Ale niech będą ciekawym dodatkiem do diety, a nie jej podstawą.

Spójrzmy w kalendarz i zobaczmy, jakie dary ma dla nas w tym momencie natura. A potem wybierzmy się na targ, kupmy to, co zostało przywiezione z pól i sadów. I jedzmy te produkty do woli. Trzeba jeść to, co rzeczywiście odżywia nasz organizm.

W przeciwnym razie będziemy coraz słabsi?
A także pozbawieni energii, z obniżonym nastrojem i brakiem odporności. To zaklęty krąg, bo ten, kto ma mało siły, sięga po przetworzone i gotowe pokarmy. W dawnej Polsce owszem, jadało się mięso, ale niezbyt często. Poza tym było ono zupełnie inne niż to pochodzące z intensywnych hodowli. Za to podstawą były kasze, mąka razowa i to, co rosło w ogrodzie.

Czym najczęściej karmi pani swoją rodzinę?
Staram się zawsze mieć w domu zupę, która poza tym, że jest łatwa do odgrzania, to zawiera dużo warzyw, kaszę lub ryż. Kilka razy w tygodniu jemy ryby, piekę razowy chleb na zakwasie, na śniadania często jemy owsiankę lub jaglankę. Dokładam warzywa do każdego posiłku, poza tym dbam o różnorodność w naszej lodówce i na talerzu.

A jeśli zgrzeszymy kilkoma gałkami lodów, to apeluje pani, żeby mimo wszystko nie mieć wyrzutów sumienia.
Czy można jeść coś ze skwaszoną miną i liczyć na pozytywne działanie? Nasi praprzodkowie szukali jedzenia, które było smaczne. Jeśli coś miało w sobie słodycz, to znaczyło, że jest dojrzałe i jadalne. Gorzkie mogło zatruć. Cieszmy się jedzeniem, bo nasz nastrój i energia mają znaczenie. Skoro już „grzeszę”, to niech mam chociaż z tego jakąś przyjemność, a nie wyłącznie poczucie winy i wyrzuty sumienia.

Bierze pani udział w projekcie „Kobiety bez diety”, taki tytuł ma również książka, którą wydałyście wspólnie.
Z pięcioma innymi koleżankami po fachu, dietetyczkami, założyłyśmy fundację. Mimo że teoretycznie jesteśmy dla siebie konkurencją, to postanowiłyśmy współpracować, aby ulżyć kobietom. Codziennie od lat obserwujemy te same problemy u pacjentek, które oglądają śliczne panie na okładkach magazynów czy na Instagramie i czują narastającą frustrację, że one tak dobrze się nie prezentują. Zapominają, że zdjęcia są poddawane retuszom, ulepszane, poza tym wygląd nie może być jedynym kryterium oceny. A jeżeli myślimy o tym, co jemy i czym karmimy swoją rodzinę, to powinnyśmy się kierować kryterium zdrowia, a nie szczupłej sylwetki. Każda z nas jest inna: różni nas kolor oczu, włosów, wzrost. To nie jest tak, że jeśli osiągniemy idealne wymiary, czyli 90-60-90, to będziemy szczęśliwsze. Zaakceptujmy siebie i żyjmy bez presji i oceniania. Dzięki temu zyskamy przestrzeń na inne przyjemności.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
alpakoterapia

Odkrywamy alpakoterapię

Towarzystwo zwierząt potrafi działać na ludzi kojąco. Nie bez powodu psychoterapeuci zalecają terapię z ich udziałem: hipoterapię, dogoterapię…
terapia ilona gajak

Kiedy i dlaczego warto skorzystać z pomocy terapeuty

Wiele osób, które mają problemy z radzeniem sobie z emocjami, ma opory przed skorzystaniem z fachowej pomocy. Ilona Gajak rozwiewa mity na temat psychoterapii i mówi, jaki cel można osiągnąć z pomocą terapeuty.