Jesteś doskonały, jaki jesteś

35 udostępnień
35
0
0

Nie musisz się zmieniać, nie musisz nic w sobie naprawiać, wystarczy pozwolić manifestować się własnej autentyczności – twierdzi Dominika Radwańska, socjolożka i psychoterapeutka, z którą rozmawiamy o wolności, rozwoju, prawdzie i duchowości.

Nazwa twojej strony internetowej, jak i tytuł książki „Szalona, ale wolna”, sugerują, że aby stać się wolnym, trzeba poniekąd stracić rozum, wyrwać się z normatywnego systemu…
Dominika Radwańska: Chodzi tu przede wszystkim o zgodę na autentyczność. Jeśli ta autentyczność w obrębie jakichś norm nie może się przejawiać, trzeba dać sobie zgodę na odwrót, pozwolić sobie na bycie sobą, nawet jeśli to jest sprzeczne z tym, co uchodzi za normę, pozwolić sobie na łamanie wszystkich konwenansów i podążanie za samym sobą. Normalność, czyli to, co uznajemy społecznie za normę, nie jest nią faktycznie. Normalność jest arbitralna, jest systemem pewnych umownych określeń, jakichś ustaleń: „jesteś normalna jak uśmiechniesz się do jakiejś osoby”, „nienormalna jak wybuchniesz”. Jeśli zachowasz się „nienormalnie”, zaczynasz być oceniana. Za tą oceną lub lękiem przed nią pojawia się poczucie winy, poczucie, że coś ze mną jest nie tak. Zaczynasz postrzegać siebie samą jako problem. Zastanów się, jak wygląda klasyczna wizyta u psychoterapeuty. Ludzie przychodzą na terapię z problemem, który wynika najczęściej z tego, że uważają, iż w jakiś sposób odstają od tego, co uchodzi za normę. Porównują się z innymi, dostrzegają swoją inność na ich tle i wnioskują, że mają problem bądź sami są problemem. Każdy problem może zaistnieć tylko w odniesieniu do istnienia normy. Ale taki problem trudno rozwiązać, bo to oznacza, że musiałbyś zmienić to, co czujesz.

Ceną za rozwiązanie problemu, przy utrzymaniu normalności, jest więc zaprzeczenie swoim uczuciom?
Dokładnie. Można siebie kontrolować, można kontrolować swoje zachowania, można się zamknąć w jakimś ośrodku i zmieniać, naprawiać, modyfikować, ale gwarancja powodzenia jest tu wielce wątpliwa. Dlaczego tak wiele osób latami chodzi na terapie, kursy, szkolenia i wciąż mają poczucie, że stoją w miejscu? Na moich warsztatach zwykle jest mnóstwo ludzi, którzy mają za sobą ogromną ścieżkę tego typu „pracy nad ulepszaniem siebie”. Tymczasem wszyscy oświeceni mistrzowie mówią, że zmiana ma się zadziać teraz, oświecenie, uzdrowienie mają się zadziać teraz, a nie w przyszłości. Tak więc w kontekście tego, co powiedzieliśmy, uzdrowienie tu i teraz z problemu, który powstał w odniesieniu do norm, polega na dyskwalifikacji normalności. I nagle okazuje się, że problem znika. Jeśli uznamy normy za wytwór zbiorowego umysłu, a nie za Prawdę, wówczas pozostaje nam naga rzeczywistość, czyli to jakim NAPRAWDĘ jestem. I jeżeli zobaczymy człowieka w tej Prawdzie, okaże się on tak różny od tych wszystkich norm, że za chwilę dojdziemy do wniosku, że wszyscy są nienormalni. Cały myk polega jednak na tym, że mało kto ma świadomość tego, że ludzie w swej autentyczności kompletnie odbiegają od norm. To nasza największa tajemnica, ten pozbawiony masek obszar nas samych to nasz największy sekret. Na zewnątrz zwykle staramy się prezentować to, co innych szczególnie nie dziwi, co przystaje do normy, tymczasem wewnątrz borykamy się z różnymi własnymi „dziwactwami” czy to w obszarze zachowań, czy emocji. Rzecz w tym, że to co ukryte, staje się wynaturzone. Przeradza się w nasze wewnętrzne osobiste piekło. Nie byłoby takie, gdyby zostało wyciągnięte na powierzchnię. Prawda bowiem jest światłem, które rozpuszcza wszelkie zło. Możemy to zjawisko obserwować w sytuacjach, kiedy ktoś już nie wytrzymuje ciężaru skrywania owych odstających od normy rzeczy i postanawia ujawnić je czy to na terapii, czy w rozmowie z przyjacielem, partnerem czy w spontanicznym akcie szczerości i wtedy nagle to „coś”, ów wyciągnięty na światło sekret, zmienia swój ciężar.

Dlaczego tajemnica ciąży?
Bo nadbudowywana jest czarnymi scenariuszami przyszłości, dotyczącymi tego, co się stanie, gdy wyjdzie ona na jaw, obawami o to, jak tę naszą sekretną autentyczność odbiorą inni. Jednocześnie sami tę prawdę o nas samych wartościujemy, oceniamy jako złą, bo przecież odbiega od normy. Tajemnica potęguje negatywizm myślenia i staje się dla nas samych niezwykle destrukcyjna. Coś „anormalnego” jest w nas, my sami tego nie akceptujemy w sobie, wydatkujemy mnóstwo energii na to, by inni się o tym „czymś” nie dowiedzieli, odczuwamy przy tym nieustanną niespójność, bo np. na zewnątrz prezentujemy się jako altruiści, a wewnątrz mamy przekonanie o własnym egoizmie. To wszystko razem działa na nas jak trucizna.

Trzeba być niezłym mistyfikatorem, żeby inni nie dostrzegli tej naszej gry.
Ludzie mogą nie dostrzegać wprost, ale jako osoby czujące, wyczuwają, że coś z nami jest nie tak. My się potem dziwimy, dlaczego nas ktoś nie lubi, albo dlaczego trudno z kimś wejść w głębszą relację, choć na zewnątrz prezentujemy się tak „normalnie”, ale inni po prostu wyczuwają nasz brak autentyczności. Ktoś może nie dostrzec Prawdy o tobie, ale będzie czuł twoją niespójność. Szybciej jednak uwierzy temu, co jest przez ciebie pokazywane, niż własnej intuicji. Dlatego wielu ludzi daje się zwodzić. A to początek problemów w relacji, bo dyskomfort po obu stronach będzie rósł. U posiadacza sekretu rosnąć będzie poziom lęku przed wypłynięciem tajemnicy na powierzchnię, u obserwatora wewnętrzny konflikt pomiędzy tym, co widzi, a tym, co czuje.

Twierdzisz, że prawda może nas uzdrowić. Ale jak np. ktoś, kto krzywdzi innych może poprzez stanięcie w Prawdzie zostać uzdrowiony? Przecież nie jest tak, że uświadomienie sobie, że jestem krzywdzicielem, że lubię zadawać ból innym, sprawia, że przestaję odczuwać potrzebę krzywdzenia.
Rzeczywiście może być tak, że ktoś stając w Prawdzie, poczuje chęć krzywdzenia, wyrażenia złości itd. Ale spójrz też na to tak, że ty patrząc na niego jak na krzywdziciela, już go oceniasz. Ocenianie, wartościowanie wypływa z postawy egocentrycznej. Patrzymy na coś, widzimy coś i odnosimy to do siebie, stając się automatycznie sędziami danej rzeczywistości, rzeczywistości, która oczywiście jako pełnia mieści w sobie także krzywdę i zło. Zasadniczo jesteśmy uwięzieni w wąskiej klatce własnego, filtrowanego przez nasze ego postrzegania. Ale jednak, gdy spróbujemy zmienić perspektywę, spojrzymy na daną sytuację, osobę jakby z pewnego dystansu, z oddali, w przestrzeni, w której wszystko się nawzajem przenika i na siebie wpływa, to mamy szansę zobaczyć szerszy kontekst tego, co akurat się wydarza.

Spojrzenie systemowe?
Tak, podobnie rzeczywistość próbuje oglądać psychologia systemowa. W pracy z klientem stosuję takie podejście, bo pozwala mi ono spojrzeć szerzej nie tylko na klienta jako na indywidualną jednostkę, ale jako jednostkę w relacjach z innymi wokół, jednostkę w kontekście całości. I jak patrzę z takiej perspektywy, widzę jak to wszystko jest tam idealnie do siebie dopasowane. Wróćmy do podanego przez ciebie przykładu krzywdziciela. Pracowałam zarówno z osobami, które krzywdzą, jak i z tymi, które tych krzywd doświadczały. Patrząc z perspektywy na układ krzywdzący – krzywdzony, widziałam owo dopasowanie jednej i drugiej strony do siebie. Układ był zwarty, wiele lat stanowił spójną machinę, dopóki nie nastąpiło w nim przesycenie i krzywdzony nie poczuł w głębi siebie, że on już tak nie chce, że mówi dość. To musiało się wydarzyć, musiało osiągnąć ten przesyt, po to by w tym układzie jedna osoba mogła zyskać świadomość własnych, autentycznych potrzeb. Tego układu nie dało się przeciąć zewnętrznie. Takie próby były, ale wiele lat zewnętrznie rozerwane części łańcucha wciąż powracały do splotu. Często podobnie dzieje się w rodzinach alkoholowych. Alkoholik przez lata nie może wyjść z choroby, bo tkwi w układzie, który go chroni, który wspiera jego chorobę, dopóki dzięki układowi ma z tego korzyści, będzie w nim tkwił. Natomiast kiedy dochodzi do nasycenia, kończy się ochrona, tłumaczenie, wsparcie do zakłamywania rzeczywistości, otwiera się przestrzeń dla własnej woli, to ma on szansę stanąć w Prawdzie. Gdy układ zostaje nasycony, to co wcześniej było ukrywane, objawia się, staje się obecne. Widziane w świetle, staje się światłem.

A jednak, kiedy mnie ktoś krzywdzi, to przecież czuję ból tu i teraz, to też jest obecność.
Pytanie tylko, co z tym robisz? Czy dajesz się krzywdzić dalej, zaprzeczasz krzywdzie, wspierasz jej ukrywanie, czy wyciągasz na światło dzienne. Całe zło tego świata dzieje się z tego, że nie godzimy się na rzeczywistość, na Prawdę o nas samych, że robimy z tej Prawdy tajemnicę. Jeśli ja coś ukrywam, to jakimś kanałem to wychodzi, bo wcześniej czy później wszystko musi być odkryte. Ten kanał staje się destrukcją.

Czy zatem jeśli, np. jestem autentycznie na kogoś zły, to mam wyrazić tę swoją złość, nie zważając na to czy kogoś to zrani?
Coś może mnie wkurzyć, może to być nawet całkiem nieadekwatna sytuacja, ale chcąc być autentycznym, pozwalam sobie na jej wyrażenie. Widzę ją i wyrażam, i… jestem pusty, napięcie opada, nie ma we mnie potrzeby krzywdzenia. Natomiast w momencie, gdy nie pozwalam sobie na złość, bo mam być miła, grzeczna, cicha, mam być „dobrym członkiem społeczeństwa”: wzorowym ojcem, wzorową matką, wzorowym pracownikiem, bo tak dyktuje mi norma, to wówczas rodzi się toksyna. Rodzi się ona wtedy, gdy moje autentyczne „ja” wchodzi w konflikt z gorsetem normalności i gdy my postanawiamy to „ja” ukryć, zamiast pozwolić mu wyjść na powierzchnię. Jeśli za wszelką cenę realizuję ten gorset to energie, które się pod nim zbierają, zaczynają siać zniszczenie. Natomiast w momencie, kiedy ściągam owe pęto wzorowego członka społeczeństwa i pozwalam sobie na bycie świrem, na bycie porywczym, na bycie takim jakim jestem, wszystko pojawia się w świetle. Już nie muszę pretendować do bycia doskonałym, ja nim jestem. Jestem diamentem i nie potrzebuję szlifować się w brylant, to nie zmieni mojej wartości. Człowiek ma wciąż taką samą wartość, rzecz w tym, że postrzeganie w obrębie systemu jakichś norm, próbuje tę jego wartość wartościować. Tymczasem nie da się człowieka stworzyć bardziej doskonałym, niż on jest.

Różne szkoły psychologiczne sugerują, by stopniowo dochodzić do własnej autentyczności. Takie powolne obieranie się ze złudzeń, z warstw, które nam ciążą. Może to trwać latami. Zaczynasz zastanawiać się nad złością, skąd się bierze, czego jest manifestacją, jakie są jej przyczyny. Ty zdaje się widzisz to trochę inaczej?
To, co jest naprawdę rzeczywiste, to uczucia w tobie. Jeśli zaczynam dywagować nad uczuciami, analizować je, poddawać ocenie, nazywać, to staje się to ogromną karmą dla umysłu i może zapędzić nas w pułapkę. Chodzi po prostu o to, by uświadomić sobie, co się dzieje tu i teraz, co tu i teraz czuję i dać sobie na to odczuwanie pełną zgodę. Bo zobacz, co się dzieje, gdy np. czuję, że jestem zła na mamę. Prawda jest taka, że jestem wkurzona, że czuję złość i tyle, i nic więcej. Ale co my zaraz potem, gdy poczujemy tę złość, robimy? Zaczynamy się zastanawiać, czy to jest w porządku złościć się na mamę, a jak uznamy, że jednak nie POWINNIŚMY (słowo klucz) czuć tego, co czujemy, to pojawia się złość do siebie, że złościmy się na naszą rodzicielkę. Uważamy, że jeśli nie zaczniemy nagle odczuwać czystej, „nieskażonej” złością, doskonałej miłości do własnej matki, to nie mamy prawa czuć się ze sobą dobrze. Clue tego wszystkiego stanowi presja nakładana na siebie samych, a mówiąca, że nie mogę czuć tak, jak czuję.

Wspomniałaś o wyrzutach sumienia, które pojawiają się w związku z tym, co czujemy. W swojej książce mówisz, że wyrzuty sumienia to nic innego jak wątpliwości. Jak tych wątpliwości można nie mieć?
Wątpliwości dotyczą błędnych przekonań, np. że nie mogę jeść mięsa, że muszę jeść mięso, że muszę to lub powinnam tamto, ale one bazują na innych błędnych przekonaniach np. takich, że gdy będę autentyczna, spotka mnie jakaś kara: odrzucenie, samotność itp. Wątpliwości służą tylko temu, by oddalić nas od Prawdy. Rozwiewanie wątpliwości następuje wyłącznie w aktach doświadczenia, które polega na radykalnej autentyczności.

Jak się w tych wszystkich uczuciach nie zgubić?
Cokolwiek się dzieje w twoim życiu, zawsze chodzi tylko o to: czy jesteś wolna, czy czujesz ciężar. I co jest najlepsze, to czy ty czujesz wolność, czy ty czujesz ciężar, od tego zależy również to, co się dzieje na zewnątrz. Jeśli pytasz o ścieżkę, o kierunek, odpowiedź jest tylko jedna: podążaj za lekkością i przyjemnością. Wybór Prawdy musi być bezwarunkowy. Jeśli pojawiają się jakieś warunki, np. „mogę podążać za lekkością, ale…”, to nic tu nie działa, to w ogóle się tak nie da. Co znaczy podążać za lekkością? To znaczy, że ty stawiasz na lekkość, na siebie w każdej chwili, w każdym momencie. Nie zastanawiasz się, jak się zachowasz w jakiejś sytuacji, która zdarzy ci się kiedyś, nie snujesz scenariuszy. Na pytanie: jak się zachowam, odpowiedź jest jedna: „będę prawdziwa”, „będę autentyczna”. To jedyny azymut. Możesz mieć obawę, że gdy będziesz autentyczna (czyli wymykająca się niekiedy społecznym normom), ludzie mogą cię uznać za szaloną, ale to czego, będąc właśnie taką, sama doświadczam ze strony innych, to pełna zgoda na to, jaka jestem. Wbrew pozorom Prawda nie budzi sprzeciwu, znacznie częściej ludzie negatywnie reagują na naszą nieautentyczność.

Normy mówią, żeby jednak raczej trzymać emocje na wodzy. Jak tu podążać za lekkością, jeśli muszę iść do pracy, do której iść mi się nie chce, jak być autentycznym, kiedy nie lubię swojego szefa, ale ponieważ chcę utrzymać pracę, to jednak się do niego uśmiecham?
Po co pojawia się autentyczność? To nie jest jakaś reakcja buntu przeciwko systemowi. W codziennych relacjach autentyczność pojawia się po to, by każdy konflikt, każdy problem zakończyć jakby przecięciem nożem. I nie ma znaczenia czy mówimy o biznesie, domu czy relacjach z innymi. Weźmy chociażby sytuację rekrutacji, gdy ktoś przychodzi na rozmowę kwalifikacyjną i ma wątpliwości, czy autentyczność „mu się opłaci”. Prawda jest taka, że im więcej nakłamię, tym większą spuściznę tego kłamstwa potem dostanę. Jeśli prowadzę biznes i przedstawiam ludziom maski, zamiast własnej autentyczności, to to do mnie wróci, czy to w trudnych i niezadowolonych klientach, czy też w formie innych problemów.

Oferując ludziom autentyczność, automatycznie eliminujemy tych, którzy chcieli gdzieś z nami trzymać wyłącznie z powodu naszych masek. Już na wstępie więc zdejmujemy sobie z barków ogromny ciężar i zapobiegamy wielu przyszłym. Autentycznością oczyszczasz przestrzeń i dajesz początek poczuciu lekkości. Kiedy jest lżej i lepiej, od razu manifestuje się to większym przepływem, większą liczbą szczęśliwych zdarzeń, zwiększonym strumieniem obfitości.

Autentycznością uwalniasz kanał dla Prawdy, a jak wiadomo prawda wyzwala i ma moc czynienia cudów.

I mówisz, że to jest proste?
Bardzo proste, wystarczy „ukochać Prawdę ponad wszystko”. Wiele wartości, które cenimy wcale nie muszą być prawdą. Cenimy np. bycie pomocnym, ale wielokrotnie jest tak, że bycie pomocnym może być sprzeczne z byciem autentycznym. Ktoś niesie pomoc innym, ale w gruncie rzeczy wcale tego nie chce. On to robi, bo… tak POWINNO SIĘ, TAK WYPADA, bo to JEST DOBRZE WIDZIANE. Pomaganie, podobnie jak bycie miłym, uprzejmym, kulturalnym itd. to bardzo silne dogmaty społeczne, które zakleszczają nas w kłamstwie. Jeśli ich nie realizuję, czuję się winny albo zły, a to rodzi ciężar, oddala nas od lekkości. Postanowienie, że będę cenił Prawdę PONAD WSZYSTKO, także ponad wszystkie inne wartości, szybko skutkuje tym, że wiele z tych naszych wartości, których kurczowo się trzymaliśmy, stoi w sprzeczności z Prawdą. Bezwarunkowe ukochanie Prawdy to klucz do uzdrowienia.

Twierdzisz, że wszystko jest miłością, dlaczego w takim razie wydarzają się nam przykre rzeczy, dlaczego cierpimy?
Wydarzają się, aby nam wskazać drogę do Prawdy lub tę Prawdę przed nami odkryć. Wydarzają się, byśmy mogli zmienić nasze błędne przekonania, o tym, że nie możemy być absolutnie wolni (a możemy, jesteśmy). Mają nas skłonić do tego, byśmy zajrzeli w głąb siebie.

Mimo wszystko coś się we mnie buntuje, gdy słucham, o czym mówisz, bo trochę mam wrażenie, że choć to wszystko tak fajnie brzmi, ostatecznie nadaje się tylko dla kanapowych melancholików. Dla ludzi, którzy nie doświadczają prawdziwej niedoli. Bo jak można mówić o wyzwalającej Prawdzie, gdy się jest więzionym lub doświadcza się krzywd?
Tak jak już mówiłam, wybór Prawdy jest niezależny od sytuacji, w której się znajdujesz. Nawet jeśli jest to sytuacja ekstremalnie trudna, również w niej możesz szukać ulgi, możesz być autentyczny, wewnętrznie wolny. Pokażę to na przykładzie koni. Jak konia postawisz na łące, to on będzie całym sobą szukał przyjemności, najbardziej komfortowej dla siebie formy bycia w rzeczywistości. Ale jak go postawisz na betonie albo przywiążesz powrozem, to zrobi dokładnie to samo, tylko adekwatnie do możliwości, jakie daje taka sytuacja. Patrząc wąsko powiesz: „Ale ten koń luźno pasący się na łące odczuwa większą przyjemność niż ten uwiązany powrozem”. Nie, i ten, i ten odczuwają maksimum przyjemności, jakie dają im ich aktualne warunki. Zobacz, że jeśli szukać najpiękniejszych historii, opowiadających o wewnętrznej wolności, one najczęściej dotyczą ludzi po obozach koncentracyjnych, zewnętrznie zniewolonych. Warto zdać sobie sprawę, że jeśli jestem wolny wewnętrznie, natychmiast na zewnątrz przejawia się ulga. W życiu nie wydarza się nic, czego nie potrzebujesz, nic czego nie chcesz, nic, co nie będzie idealne dla twojego odkrywania Prawdy o tym, że jesteś wiecznie, absolutnie wolny. Wszystko, co ci się przydarza, to są najbardziej idealne dla ciebie warunki do tego, abyś odkrył Prawdę o swojej absolutnej, niezbywalnej, wiecznej wolności.

A jak to wpływa na świat? Mówisz, że wszystko wpływa na wszystko, że wszystko jest połączone…
A co to twoim zdaniem jest świat?

Hmm… Ja i cała reszta: społeczeństwo, przyroda, kosmos, drugi człowiek…
No właśnie, świat z twojej perspektywy jest światem oglądanym z pozycji „ja”. I OK, tak generalnie myślimy, wszystko oglądamy z tej właśnie perspektywy. Tymczasem świat jest niczym innym, jak odzwierciedleniem postawy względem twojej własnej Prawdy. Jeśli boisz się Prawdy, boisz się, że świat cię skrzywdzi, pochłonie, to jesteś na jego tle malutka. Z tej pozycji świat dla ciebie jest czymś wielkim. Uwięzienie w tej perspektywie sprawia, że zaniżasz swoją wartość. Jednak kiedy cała staniesz w Prawdzie, nagle okazuje się, że już się nie kurczysz, urosłaś i świat stał się mniejszy. I już nie jawi ci się jako zagrażający, już nie musisz się go tak obawiać, nie musisz więc również tak wszystkiego kontrolować. Stając w Prawdzie, dołączasz bowiem do panelu kontrolnego, który zarządza wszystkim. Zaufanie do tego, że on to robi tak, jak być powinno, czyni cię wolną. I nic nie musisz, nie musisz mieć marzeń, wyznaczać sobie celów, zastanawiać się, co będzie w przyszłości, jedyne co do ciebie należy, to zadbać o to, by tu i teraz być sobą.

Proste i daje poczucie lekkości.
Bo takie jest. Kiedy zajmujemy się tylko jedną rzeczą, a nie próbujemy kontrolować tysiąca spraw wokół nas, oceniać wszystkiego, co się pojawia, okazuje się, że wszystko płynie, wszystko przychodzi łatwiej, wszystko jakoś się układa. I dopiero wtedy, gdy dasz życiu się prowadzić, możesz się odwrócić i zobaczyć, że to wszystko, co się wydarzyło w przeszłości było po coś.

Wielu nauczycieli rozwoju mówi o tym, że możemy projektować, kreować swoją przyszłość, zmieniać siebie i ją. Ty mówisz, że my raczej mamy nie dać się wodzić za nos myśleniu, po prostu żyć.
Taka koncepcja wpływu na rzeczywistość znów jest podejściem do sprawy z perspektywy „ja”. Tymczasem „ja” nigdy nie ma szans być doskonałe. „Ja” jest tylko elementem rzeczywistości. Ja marzę, ja kreuję, ja stwarzam. „Ja” zawiera w sobie odrębność. Gdy myślisz „ja” – oddzielasz się od całości, pojmujesz siebie jako coś osobnego. Ale to nie jest Prawda. Prawda jest taka, że jesteś tej całości elementem. Niebycie w Prawdzie rozpoznasz po cierpieniu, bycie w Prawdzie rozpoznasz po lekkości. To jest właśnie sposób komunikacji Boga, Siły Wyższej, Inteligencji, która tym wszystkim zarządza. Ulga lub ciężar informują cię czy jesteś w Prawdzie, czy nie.

Zobacz, to tak jak z komunikacją, dajmy na to z kotem. Gdy patrzysz z perspektywy „ja” na zachowanie kota, który drapie ci meble, zaraz się na niego złościsz, myślisz, że on to robi złośliwie, ale gdy załapiesz, że owo drapanie to po prostu komunikat dla ciebie, iż kot chce, żebyś mu otworzyła drzwi na dwór, to mówisz „wow!” i widzisz, że to jest mądre, że to jest dobre, że ma sens, że to ty myliłaś się, projektując na niego zniekształconą przez swoje „ja” perspektywę, bo nie rozumiałaś języka, którym do ciebie mówiono. Wszechświat robi dokładnie to samo: jak może próbuje dotrzeć do Ciebie z wiadomością, że wszystko jest połączone, że Ty nie jesteś oddzielną osobą. To jest Prawda, której nie sposób zrozumieć, kiedy się jej szuka. Nie da się jej znaleźć i odkryć. Ona się objawia, kiedy zaczynasz ufać i żyć z lekkością.

Chyba jednak ciężko tak zacząć żyć z lekkością…
Ciężko jest wtedy, gdy nie chcesz się poddać Prawdzie. Komunikacja ze Wszechświatem, nauczenie się tego języka, jest trochę jak gra z Bogiem w ciepło-zimno. Ta gra z Bogiem polega na tym, że szukasz i próbujesz, zamiast zaufać. Próbujesz odpuszczać kontrolę – masz ciepło, ale zaraz myślisz: „nie, nie, ja nie mogę podążać za lekkością, ja powinnam to czy tamto” i znów pojawia się strach i – zimno. Znów oddalasz się od Prawdy, znów wchodzisz na ścieżkę ciężkości, do momentu, aż zorientujesz się, że jednak ci źle, że zboczyłaś z trasy. Ale wraz z praktyką coraz lepiej będziesz rozumieć język Wszechświata, coraz szybciej wyłapywać informacje od niego: Prawda – ciepło, lekkość, brak Prawdy – zimno, ciężar. Im ta komunikacja ze Wszechświatem będzie sprawniejsza, tym jaśniejsze stanie się dla nas to, z jak wielką Inteligencją mamy do czynienia oraz zobaczymy, że wszystko jest miłością.

W swojej książce napisałaś: „Innego nieba niż tu i teraz nie będzie”. Ja dodam, że innego piekła zapewne też nie.
Jeśli dostrzeżesz, że wszystko jest miłością, to innego nieba nie będziesz wyczekiwać. Ale żeby dostrzec niebo, żeby doznać ulgi, musi być też „piekło”, musi być dyskomfort. Nie poczujesz ulgi, jeśli nie założysz wcześniej niewygodnych butów.

Ty nawet idziesz dalej i mówisz: „cierpienie jest cudowne”.
Bo jest. Aczkolwiek nie chodzi o to, że cierpienie sprawia mi przyjemność. Mówię, że jest cudowne w kontekście informacji, jakich nam dostarcza. Cierpienie jest genialne, bo nie może przyjąć jednego poziomu, ma tendencję, by narastać, zmuszając nas do poszukania ulgi. Występuje tu i teraz po to, by pokazać nam Prawdę o nas samych. Wszechświat nie chce naszego cierpienia, on chce wyłącznie naszej lekkości, raju, nieba. Wystarczy mu nie przeszkadzać.


Dominika Radwańska, socjolożka, psychoterapeutka, diet coach. Prowadzi warsztaty z końmi, warsztaty pracy w polu, bazujące na autorskiej modyfikacji ustawień systemowych; prowadzi sesje indywidualne on-line i face to face; autorka książki „Szalona, ale wolna”, której kolejna część ukaże się wkrótce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać

Duchowość a religia

Pojęcia tożsame, sprzeczne, jedno zawiera się w drugim, a może jedno przed drugim należy „ocalić” – co sugeruje…