Jaromir Nohavica
Jaromir Nohavica, fot. archiwum prywatne

Jaromir Nohavica – Ten Który Pisze Pieśni A Potem Je Śpiewa i Gra

42 udostępnień
42
0
0

Bohaterami jego piosenek są prości ludzie z Cieszyna czy Ostrawy. Opowiada o ich miłościach, sukcesach, niepowodzeniach, razem z nimi śmieje się i płacze. Z Jaromirem Nohavicą – czeskim bardem, który kocha Polaków, rozmawiamy tuż przed koncertem we Wrocławiu.

Edyta Brzozowska: Podobno psychiatrzy włączają pana utwór „Czarna dziura” swoim pacjentom w głębokiej depresji.

Jaromir Nohavica: Tak, opowiadali mi o tym czescy psychiatrzy. Mówili też, że „Czarna dziura” była lekarstwem dla chorych. Sądzę, że Polak tak ironicznie o śmierci by nie napisał i to nie tylko dlatego, że nasze podejście do Kościoła i wiary jest mocno sceptyczne.

Ale pan tak napisać potrafi?

Piszę pieśni i gram dla publiczności już od ponad czterdziestu lat. Robię to, bo inaczej nie umiałbym żyć. Czasem odrobinę zarozumiale mówię o sobie, że odnalazłem swoje indiańskie imię i jestem „Ten Który Pisze Pieśni, A Potem Je Śpiewa i Gra”. Ale moje granie i śpiewanie traktuję też jako swego rodzaju posłannictwo, jakie spełniam na tej ziemi. Piszę normalne, nieudziwnione i bez misternych konstrukcji teksty o życiu, miłości czy futbolu.

Zawsze, kiedy słyszę, że moja satyryczna, liryczna czy ironiczna twórczość przynosi komuś radość czy ukojenie, bardzo mnie to cieszy. To dla mnie wielkie podziękowanie i jeszcze większe honorarium.

Bierze pan udział w czeskich mistrzostwach w grze w scrabble, uwielbia planszówki, kibicuje swojej ukochanej drużynie piłkarskiej Baník Ostrawa i pasjami ogląda inne mecze, a teraz pracuje pan nad tłumaczeniami oper Wolfganga Amadeusza Mozarta. Kiedy znajduje pan czas na układanie swoich pieśni?

Piszę je w nocy. I zawsze mi się wydaje, że one gdzieś tam w przestrzeni są już gotowe, a ja je tylko ściągam. Ponieważ jestem Czechem, to powiem nieco ironicznie. Czasem – szczególnie gdy śpiewam moje stare pieśni – to tak sobie myślę: „Jarek, dobrze to napisałeś”.

Co potem potwierdzają tłumy na pana koncertach, jak choćby dziś, we Wrocławiu. Polacy lubią pana słuchać. A czy pan lubi Polaków, bo sprawa polsko-czeskiej sympatii nie jest oczywista?

Bardzo was lubię. Mało tego, uważam, że jesteśmy jak bracia. Mamy podobne gęby, podobne nogi, tylko nosy mamy inne. Poza tym jesteśmy tacy sami, więc tym bardziej się cieszę, że mogłem i nadal mogę obok was mieszkać. To jest miłe, bo w Polakach znajduję to, czego nie ma w Czechach.

Czyli co na przykład?

Natchnienie. Bo Polak potrafi się natchnąć. I nie oglądając się na nic – leci, na ustach z tym swoim hasłem: „Jedziemy!”. Czesi są bardziej zdystansowani. I niczym wojak Szwejk trzy razy się zastanowią: „Jak to – jedziemy? Po co? Dlaczego?”.

To, że jesteśmy narodem zadufanym w sobie i łatwo się obrażamy panu nie przeszkadza?

Nie. Przecież człowiek, który lata dwa metry nad ziemią nie może być inny. Co mu tam będzie ktoś przeszkadzał i pytał „Dlaczego?”. Dlatego uważam, że trochę my możemy wziąć coś z Polaków, a trochę Polacy z Czechów. Tak jak w kuchni – ja robię takie jedzenie, ty trochę inne. Przychodzę do ciebie i mówię: „Aaa, to jest dobre, ja też tak mogę gotować. Dlaczego nie?”. Ty przychodzisz do mnie i też stwierdzasz, że mojej kuchni niczego nie brakuje: jest w sam raz słona, w sam raz słodka.

Możemy z siebie nawzajem czerpać, uczyć się siebie.

Warto przeczytać: Kamil Witkowski: Fascynuje mnie siła kobiet

Jest taka scena w czeskim filmie „Straszne skutki awarii telewizora” Jaroslava Papouszka, kiedy w lesie ktoś wzywa pomocy, a wszystkie rodziny spędzające tam piknik w panice z tego lasu uciekają. My chyba nie potrafimy się z siebie śmiać w ten sposób, jak robią to Czesi.

No ale czy to jest złe? Albo dobre? Po prostu Polacy wiedzą, że my umiemy się śmiać z naszych ułomności i część z was może się na nas wzorować. Widzę to na swoich koncertach. To, co czeskie przynoszę na pieśni, a Polacy je lubią, gdyż znajdują w nich to, czego w polskich pieśniach nie ma.

Polski bard to bardziej Jacek Kaczmarski, taki poważny, wzniosły, poruszający ważne historycznie tematy. Czeski „pisnieká” to zupełnie coś innego niż polski „bard”, który dla was był zbawcą. U nas więcej jest prywatności, realizmu, codzienności. I lęku. No i dlaczego Polacy tak lubią dobrego wojaka Szwejka? Z tego samego powodu, dla którego tak lubią moje pieśni, ale nie potrafiliby ich napisać. Wy umiecie pisać inne teksty, które z kolei lubię ja. Mało, że lubię. Ja je po prostu kocham.

Ale nigdy nie umiałbym ich ułożyć. Z prostego powodu – bo jestem Czechem.

Pana znajoma z Czeskiego Cieszyna, Trudka Chowaniokowa, która była kierowniczką ośrodka kultury Strzelnica, powiedziała kiedyś, że bez Cieszyna nie byłoby Nohavicy.

To prawda. Urodziłem się w Ostravie i do Czeskiego Cieszyna przyjechałem za żoną, bo tu mieszkała ze swoimi rodzicami. Po obowiązkowej służbie wojskowej pracowałem w bibliotece pełnej nie tylko czeskich, ale i polskich książek. I właśnie dzięki tym książkom zrobiłem pierwszy krok do olbrzymiego polskiego morza: poznałem bohaterów Henryka Sienkiewicza, Jarosława Iwaszkiewicza i wielu innych.

Jednak dawniej tylko przez granicę widziałem, co dzieje się po polskiej stronie. Teraz całe szczęście mogę jeździć w jedną i drugą stronę, kiedy tylko mam na to ochotę. Spotykam się z Polakami, uwielbiam też polskie empiki, bo tam jest wszystko, co lubię: książki, poezja, płyty, gry. Więc kupuję sobie kawę i plik polskich tygodników. Wiem, że Polacy są teraz mocno podzieleni i z tego powodu czytają różne czasopisma. Ja kupuję wszystkie, od prawa do lewa. Jako Czech mogę to robić, to dla mnie bardzo inspirujące.

Często pan podkreśla, że ceni sobie twórczość Czesława Niemena, Czesława Miłosza i Bułata Okudżawy. Z którym z nich chciałby pan się spotkać, gdyby była taka możliwość?

Chyba z Wojciechem Młynarskim. Co prawda widzieliśmy się kilka lat temu w Krakowie, na kilka sekund. Był już mocno schorowanym, starszym człowiekiem. Zdążyłem mu powiedzieć „dzień dobry” i że bardzo go kocham. To był człowiek, o którego pieśniach mógłbym rozmawiać godzinami.

Miłosz to zupełnie inny kosmos, z nim mógłbym tylko siedzieć. A Niemen to był taki muzyk, że w porównaniu z nim – ja znam jedynie parę chwytów na gitarę. Gdybym dziś go spotkał, mógłbym tylko zapytać: „Czy mogę popatrzeć, jak pan gra?”. Jeśli chodzi o Okudżawę, to byłem w jego moskiewskim mieszkaniu, gdzie poznałem jego żonę. Podarowała mi niezwykły prezent – maleńki stakanik, z którego Okudżawa pił koniak.

Pana nowa płyta nosi tytuł „Máma mi na krk dala klíč”, czyli „Mama mi dała na szyję klucz” i jest wspomnieniem dzieciństwa.

Ta płyta jest inna niż moje poprzednie albumy. Występuję już od wielu lat, mam za sobą dużo muzycznych doświadczeń. Zaczynałem śpiewać tylko z gitarą, grałem z zespołem, a także z filharmonią. Na płycie „Máma mi na krk dala klíč” powróciłem do źródeł: wziąłem gitarę i cofnąłem się do dawnych czasów, gdy jako mały chłopak siedziałem na podwórku i śpiewałem dla kolegów. To taka rekonstrukcja i podsumowanie tego, co mi się kiedyś przydarzyło. Na dzisiejszym koncercie zaśpiewam ją specjalnie dla pani po polsku.

Tej autorki: Mądra Babcia z internetu

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać