Japonia – marketingowa ściema

0 udostępnień
45
0
0

 

Już po paru tygodniach w betonowej dżungli, jaką jest Tokio, wiedziałam, co miał na myśli Oskar Wilde pisząc: „Tak naprawdę cała ta Japonia jest czystym wymysłem. Nie ma ani takiego kraju, ani takich ludzi” – opowiada Monika Ksieniewicz-Mil po dwóch latach spędzonych w Kraju Wschodzącego Słońca.

W 2014 roku, kiedy po raz pierwszy leciałam do Japonii, chciałam się dobrze przygotować – szukałam więc lektur i przewodników, które przybliżyłyby mi ten kraj i jego kulturę, i pozwoliłyby takiej jak ja gaijin (obcy, cudzoziemiec, do niedawna bardzo obraźliwe określenie) przeżyć w tym egzotycznym dla mnie, nowym miejscu.

Nie było wówczas na naszym rynku zbyt wielu publikacji na ten temat, głównie historyczne opracowania i literatura klasyczna. Filmiki o Tokio Krzysztofa Gonciarza dopiero podbijały YouTube’a, kilka lat wcześniej swoje literackie eseje o Japonii opublikowała Joanna Bator, a jeszcze wcześniej osobiste przygody zawodowe w tym zakątku ziemi w erze sprzed Internetu opisał Marcin Bruczkowski.

Tak więc przybyłam do Japonii z wiedzą literacką i – jak się szybko okazało – mocno nieprzystającą do realiów. Już po paru tygodniach w betonowej dżungli, jaką jest Tokio, wiedziałam, co miał na myśli Oskar Wilde pisząc: „Tak naprawdę cała ta Japonia jest czystym wymysłem. Nie ma ani takiego kraju, ani takich ludzi”.

Spodziewałam się pięknych symetrycznych ogrodów z dobrze przyciętymi krzewami ze spacerującymi po nich – jeśli nie gejszami – to chociaż żurawiami… Ale moje wyobrażenia boleśnie zderzyły się z rzeczywistością.

Pierwszy rok na nowym lądzie

Pierwszy rok w Japonii spędziłam na studiach w Tokio, drugi w regionie Kansai, 700 km od stolicy. Szok związany ze zderzeniem wyobrażeń z rzeczywistością natchnął mnie do pomysłu napisania książki o tym, jak „wylądowałam na księżycu”. Niestety (lub na szczęście) nie miałam na to czasu. Oprócz pisania pracy magisterskiej byłam wtedy zaangażowana w ruch kobiecy w Japonii i w przygotowania do Global Summit of Women w Polsce.

Akihabara, Tokyo © Adobe Stock

Moje pisarskie ambicje zaspokoiła publikacja w „Wysokich Obcasach” pt. „Myślicie, że w Polsce niełatwo jest być kobietą? Jedźcie do Japonii”. Dziś trochę wstydzę się tego tekstu. Ale z drugiej strony – jak czytam go z perspektywy czasu – widzę jak skomplikowana historia i zachwycająca kultura obcego kraju mogą wpływać na ogląd sytuacji i jak trudno opowiedzieć o tym doświadczeniu innym.

Po zorganizowaniu pierwszej konferencji o równości na rządowej uczelni dostałam ofertę pracy nie do odrzucenia – miałam aktywizować zawodowo młode, bogate Japonki z żeńskiego college’u. Proszono mnie, żeby wbić im do głowy, iż po tej drogiej uczelni warto podjąć zatrudnienie, a nie od razu wychodzić za mąż za podsuniętego przez rodziców kandydata i rodzić dzieci. A właściwie jedno dziecko, bo na więcej Japończyków nie stać. Dyplom ląduje w szufladzie, a po zostaniu mamą kobieta nie wraca już na rynek pracy, a jak wraca, jest to praca na pół etatu, a nie kariera zawodowa.

Ofertę przyjęłam i… każdego dnia przeżywałam kolejne zadziwienia pt. „Japonia z opowieści vs. Japonia na co dzień”.

Musiałam na przykład wyrobić sobie pieczątkę, żeby posługiwać się nią jako swoim oficjalnym podpisem! W kraju lansowanym na Zachodzie jako wzór nowoczesności, w urzędach nadal używane są faksy, a w większości sklepów (pomijając conbini, czyli japońskie odpowiedniki Żabki) nie zapłaci się kartą z Polski!

Poradnikowy bullshit

W czasie mojego pobytu w Japonii, w Polsce wydano kilkanaście poradników o tym, z jakim pietyzmem w tym kraju traktuje się zwykłe czynności typu chodzenie na spacer do lasu czy sprzątanie.

„Tokimeki. Magia sprzątania w praktyce”, „Ikigai. Japoński sekret długiego i szczęśliwego życia”, „Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych” – brzmiały tytuły tych książek, sugerując niejako, że Japończycy to naród, który ze sprzątania czy z chodzenia po lesie tworzy sztukę, a wszystko co japońskie ma wręcz magiczny charakter.

Cóż… przebywałam w naprawdę różnorodnym środowisku w Tokio i w Kobe, poznałam mnóstwo ludzi, ale nikt z nich ani codziennie nie medytował, ani nie fascynował się wabi sabi (w dużym skrócie: odnajdywanie piękna w nieperfekcyjnych przedmiotach), ani kitsugi (również w skrócie: sklejanie złotem pękniętych naczyń i nadawanie im nowego wyglądu), ani – uwaga! – nie znał tak rozchwytywanej na Zachodzie japońskiej specki od sprzątania Marie Kondo. Żaden z poznanych przeze mnie Japończyków nie jadał też sushi częściej niż z okazji świąt i nie mieszkał w apartamencie w stylu japandi.

W końcu dotarło do mnie, że Japonia w umysłach gaijin istnieje tylko jako marketingowa ściema. Jako piękny, egzotyczny, może też niebezpieczny kraj (yakuza!), bądź – ewentualnie w innym przekazie mediowym – mocno dziwaczny, w którym obywatele wstrzykują sobie sól w czoło, polują na używane majtki i żywią się żarciem z vending machine, których rzeczywiście w tym kraju jest pełno.

Czytając poradniki o życiu w Japonii można nabrać błędnego przekonania, że naród tego kraju jest wyjątkowo spokojny i nie ma nic innego do roboty, niż tylko relaksować się w cieniu kształtowanej sosny. O ikigai („powód do życia”) powstało tyle poradników, że można uwierzyć, że to naczelna zasada, którą kierują się spokojni Japończycy. Tylko że nikt nie wspomina na okładkach tych dzieł, że dotyczy to głównie mieszkańców Okinawy. Gdybyśmy mieszkali na subtropikalnej wyspie z białym piaskiem, uprawiali tai chi na plaży, to kto wie czy nie wydłużyłoby to długości życia przeciętnego znerwicowanego Polaka, bo mieszkańcy tego archipelagu znani są właśnie z długowieczności.

Okinawa stosunkowo od niedawna należy do Japonii – Amerykanie oddali ją całkowicie dopiero w 1972 roku (dlatego znajdują się tam amerykańskie bazy wojskowe), a jeszcze wcześniej (do XIX wieku) było to autonomiczne królestwo. Trudno – biorąc pod uwagę, że jest to jedyna prefektura całkowicie usytuowana w strefie klimatu podzwrotnikowego i to, że jej rdzenni mieszkańcy nie pochodzili z kontynentalnej Japonii – na tej podstawie definiować filozofię życia całej populacji! Specyficzny klimat subtropikalny powoduje też, że uprawiane są tam warzywa niespotykane nigdzie indziej, jak np. goya, czyli gorzki ogórek czy kokuto, czarny cukier, a bliskość oceanu – że mają dostęp do różnego rodzaju glonów, a z nich produkują m.in. zdrowy cukier czy naturalną żelatynę (agar) albo po prostu jedzą w postaci pysznych przekąsek jak umi budo, czyli morskie winogrona – jest to bardzo popularna przekąska do piwa, przebogata w minerały.

Twórcy poradników o Japonii zachwycają się filozofią małych kęsów (nie najadać się całkowicie), nie wspominają przy tym jednak, że wiąże się ona z faktem, iż w Japonii uprawianie czegokolwiek jest bardzo trudne i żeby ograniczyć głód, jedzono po prostu mniej! Albo opowiadają o silnych więzach społecznych. Zachwycają się, że sąsiedzi uprawiają wspólnie ogródki i odwiedzają się w ciągu dnia. To wszystko jest specyficzne dla życia wyspiarskiego, gdzie ludzie są zdani tylko na siebie w obliczu żywiołów (a tych akurat w Japonii nie brakuje) i to powoduje, że wolą trzymać się razem, żeby móc na siebie liczyć w ciężkich czasach.

À propos żywiołów.

Za każdym razem, jak w Japonii dochodziło do trzęsienia ziemi i moja koleżanka dziennikarka dowiadywała się o tym z telewizji, pisała do mnie na Messengerze z pytaniem, czy wystąpię na wizji. Mówiłam jej, że jestem jakieś 600 km od epicentrum albo że nic mi się nie stało, tylko maskotka spadła mi na głowę z półki nad łóżkiem, bo większość budynków (i 100 proc. nowych) ma tam podziemne szyny, które chronią je w trakcie trzęsienia ziemi. Te moje odpowiedzi budziły niezadowolenie znajomej. Newsy pochodzące z tak daleka, zwłaszcza te, które trudno zweryfikować, zawsze miały charakter sensacji, a tymczasem dla Japończyków to chleb powszedni. Japonia jest położona na styku płyt tektonicznych, wybuchy wulkanów, trzęsienia ziemi i fale tsunami to stały element tego regionu.


może Ci się spodobać

Wolimierz – dobra wspólnota

Jak z upadającej wsi stworzyć miejsce przyciągające kreatywne, wolne dusze? Jak w pozbawioną życia wioskę tchnąć energię i…
gdańsk

Gdańsk – miasto niebanalne

Gdańsk ma do zaoferowania o wiele więcej, niż fontanna Neptuna, drewniany Żuraw nad Motławą czy rejsy na Westerplatte.…