dzikie zwierzęta w mieście

Jak żyć w mieście w zgodzie z dzikimi zwierzętami?

8 udostępnień
8
0
0

Coraz częściej dzikie zwierzęta wkraczają do miast. Zdarza się, że po miejskich ulicach przechadzają się dziki, łosie, a nawet wilki. W naszych ogrodach kopce kopią krety, a po dachach domów skaczą kuny. Dlaczego to, co dzikie wkracza do miast i jak mamy się wobec dzikiego zachowywać? – rozmawiamy o tym z biologiem Radosławem Ratajszczakiem.

Edyta Brzozowska: „Kto spotyka w lesie dzika, ten na drzewo zaraz zmyka” pisał w znanym wierszyku dla dzieci Jan Brzechwa. Problem w tym, że dziki coraz częściej pojawiają się na ulicach miast. Dlaczego tak się dzieje?

Radosław Ratajszczak, biolog, dyrektor zoo we Wrocławiu i współtwórca kampanii społecznej „Dzikie w mieście”: Zacznijmy od tego, że dziki, jak zresztą wszystkie – i dzikie, i domowe świnie, to zwierzęta bardzo inteligentne. Są o niebo mądrzejsze od koni, krów, a nawet psów. Uczą się bardzo szybko, dlatego w mig zrozumiały, że miasto to miejsce ciepłe, pełne łatwo dostępnego pokarmu, a co najważniejsze: nikt tu do nich nie strzela.

Więc miasto to dla nich raj.

I przekazują sobie tę wiedzę z pokolenia na pokolenie. Dziki stanowią społeczność matriarchalną. Dlatego to lochy przyprowadzają w miejsca uczty swoje małe i uczą, gdzie mogą mieć pod dostatkiem jedzenia i w spokoju najeść się do syta. Nie dziwmy się, że one są coraz bliżej nas. Nie dokarmiajmy ich jednak, szczególnie pieczywem, bo chleb czy bułki są pełne soli i spulchniaczy, a to może szkodzić zwierzętom.

Czy dzik stanowi zagrożenie, gdy staniemy z nim oko w oko?

Nie. Przypadki zaatakowania człowieka przez dzika stanowią jedną setną albo nawet jedną tysięczną ułamka takich samych zdarzeń z udziałem psów domowych. Dziki z natury nie są agresywne i nie mają szczególnego powodu, by nas atakować. Nie stanowimy dla nich obiektu do zjedzenia, bo nie należymy do ich menu. Ale jeśli w okolicy śmietnika zaczniemy przepędzać lochę z małymi, stawać między nimi, wówczas u lochy, jak u każdej matki, uruchomi się instynkt obronny, a wtedy mama małych dzików może kogoś przewrócić i poturbować.

Całkiem niedawno środkiem ulicy w Grójcu spacerował łoś. To samo zdarzyło się w Warszawie, Świdniku, Poznaniu i wielu innych miastach. Jak reagować na widok łosia w mieście?

Łoś nie jest agresywnym zwierzęciem, wręcz przeciwnie – cechuje go wyjątkowa płochliwość. Owszem, łosie są częstymi gośćmi w naszych miastach, przechodzą także przez Wrocław, wzdłuż Odry. Gdy spotkamy łosia pamiętajmy, że jest to zwierzę migrujące. Ten gatunek jeleniowatych migruje także pływając, no i świetnie nurkuje. Zdarzyło się, że pewien osobnik przepłynął przez cieśniny ze Szwecji aż do Danii. Co zrobić, gdy spotkamy łosia? Najlepiej po prostu zostawić go w spokoju. Stanąć z boku i pozwolić iść dalej.

Rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że gdy budujemy sieci dróg i autostrad, to jednocześnie przecinamy naturalne szlaki komunikacyjne zwierząt.

A one starają się te szlaki pokonać. Natomiast doskonałym przykładem tego, że niektóre dzikie zwierzęta miasto traktują jak swoje naturalne środowisko jest kuna, zwierzę w Polsce bardzo rzadkie i – uwaga! – chronione. Łapanie kun, ich zabijanie jest zakazane i podlega karze.

Nie lubimy kun, bo wyrządzają liczne szkody.

W latach powojennych kuna leśna występowała nielicznie, w terenach skalistych, pełnych rozpadlin, gdzie wychowywała swoje młode. Teraz ta sytuacja diametralnie się zmieniła, bo człowiek zbudował kunom inne skały – w postaci miast. Które mają dachy, strychy, zakamarki – ulubione miejsca także dla myszy. A teraz mamy pretensje, że zwierzęta z nich korzystają. To tak, jakbyśmy zaprosili do stołu gościa, a potem zakazali jedzenia tego, co leży na stole.

Trudno polubić fakt, że kuny robią sobie przekąskę z kabli naszych samochodów.

Ojej, czasem im się zdarzy. Kuna po prostu szuka miejsca na gniazdo. Przecież nie wie, że to ciepłe, ciasne i ciemne miejsce, które sobie upatrzyła, to wnętrzności naszego samochodu. W jej oczach to po prostu element środowiska, który się nadaje do gniazdowania. W naturze, jeśli kunie przeszkadza jakiś korzonek, to go wygryza. Tak samo robi z kablami.

No i co z tym fantem zrobić?

Pokochać! A tak serio – jeśli ktoś lubi jeździć śmierdzącym samochodem, może zastosować preparaty odstraszające kuny. Te dostępne w handlu nie są dla nich szkodliwe, nie zabijają. Ale o wiele prościej jest włożyć pod maskę samochodu garść sierści psa. Na jakiś czas powinno wystarczyć. Jeśli kuna czuje zapach innego, większego zwierzęcia, zwłaszcza drapieżnika, to unika takich miejsc. Podobnie jest z lisami – jeśli czują, że w pobliżu są wilki, to nie wchodzą im w drogę.

À propos wilków. One też coraz częściej są gośćmi w miastach.

I zjawisko poszukiwania przez zwierzęta pożywienia w pobliżu ludzkich siedlisk będzie się nasilać. Na przykład w Bukareszcie, gdy ktoś wynosi śmieci, musi się najpierw uważnie rozejrzeć, czy w śmietniku nie grasują wilki, a nawet niedźwiedzie. Trzeba jednak pamiętać, że wilki same z siebie nie atakują człowieka, ale mogą to zrobić, gdy zobaczą psa. Bo w ich oczach pies to też wilk, tylko że obcy. A wilki żyją w watahach i mają swojego przywódcę, którego zadaniem jest obrona przed intruzami. Więc „obcego” trzeba przepędzić.

Jak się zatem zachować w takich przypadkach?

Zwyczajnie. Poczekać, aż zwierzęta najedzą się, odejdą i opróżnić swój kubeł.

W niektórych miastach szaleją też bobry, które budują swoje żeremia.

Zgadza się. W samym Wrocławiu żyje aż 60 bobrzych rodzin. Bobra nazwałbym zwierzęciem sukcesu, bo trzeba pamiętać, że II wojnę światową przeżyło tylko 20–30 rodzin tych ssaków. Całe szczęście udało się je rozmnożyć. To wyjątkowo środowiskotwórcze zwierzę.

Co to znaczy?

Bóbr buduje tamy, dzięki czemu rzeki spowalniają swój bieg. Dzięki pracowitości bobrów następuje też retencja rowów, co – podobnie jak tamy – zapobiega powodziom. Działalność bobrów jest bezcenna. W krajach, w których to zrozumiano, na przykład w Wielkiej Brytanii, bobry na powrót się wsiedla. Szanujmy bobra, to nasz sprzymierzeniec, a nie wróg. Zostawmy ich żeremia w spokoju. Także dlatego, że w miejscach pracy bobrów osiedlają się wydry i wiele rzadkich gatunków ptaków.

Skoro o ptakach mowa. Powinniśmy dokarmiać kaczki i łabędzie?

Problem dokarmiania ptaków jest dość skomplikowany. Bo z jednej strony, dokarmiając – pomagamy im. Z drugiej zaś, przyczyniamy się w ten sposób do sztucznego wzrostu ich populacji. Efekt? Mogą się zwyczajnie w środowisku nie pomieścić. Przed laty łabędzie odchowywały jedno lub dwa pisklęta, a dziś pary pływają z sześcioma małymi. To zdecydowanie za dużo.

Często się zdarza, że dopóki jest ładna pogoda, to chętnie rzucamy im w najlepszym przypadku ziarno, w najgorszym chleb. Ale gdy przychodzą mrozy, czyli najgorszy dla dzikich ptaków okres, to już mało kto się kwapi do ich karmienia. Więc giną, bo nie mają dostępu do naturalnego pokarmu ukrytego pod lodem.

Warto przeczytać: Miejski ptakolub o korzyściach z birdwatchingu

W przeciwieństwie do gołębi, którym zostawiamy chleb, na przykład na trawnikach pod blokami.

To błąd. Gołębi się nie dokarmia, gdyż są obcym elementem w naszej rodzimej faunie: w Polsce dziki gołąb skalny nigdy nie występował. Ten, którego spotykamy w naszych miastach, nie jest gatunkiem dzikim, tylko zdziczałym gatunkiem domowym. Należy do zwierząt synantropijnych, czyli takich, które przystosowały się do życia obok człowieka. Do takich zwierząt należą też szczury. Zresztą o gołębiach często mówi się, że to „latające szczury”. Poza tym konkurują o ten sam pokarm z turkawkami, których populacja znacznie zmalała właśnie przez gołębie. Wróble są na tyle bystre, że dają sobie radę.

Jak powinniśmy budować nasze miasta, żeby móc w nich żyć w zgodzie z dzikimi zwierzętami?

Na przyrodę patrzymy ze swojego, człowieczego punktu widzenia. Niestety, dotyczy to także architektów, którzy ściśle zapełniają miasta budynkami. A dzikim zwierzętom trzeba zostawiać korytarze ekologiczne, ponieważ stanowią dla nich trasy migracyjne. Jeśli nie będziemy o tym pamiętać, zwierzęta będą żyć w tym betonowym świecie niczym na wyspach, oddzielone od siebie drogami, autostradami, blokowiskami i zabudowanymi brzegami rzek.

Teraz panuje wielka moda na to, żeby miasta zwracały się ku rzekom.

No tak, ale oznacza to jednocześnie, że budujemy betonowe bulwary. A to całkowicie przerywa drogę przemieszczania się wielu gatunków. I to nie tylko tych czteronożnych, ale także ptaków i owadów. Dla niektórych pokonanie zaledwie stu metrów wybetonowanego chodnika nie jest możliwe. Niejedna populacja dzikich zwierząt może z tego powodu na zawsze zginąć.

Miejskie parki są dla dzikich zwierząt jakimś ratunkiem?

Pod warunkiem, że nie będą wymuskane, ułożone, oswojone i obsadzone egzotyczną, inwazyjną roślinnością. Na przykład bardzo promowane jako szybko rosnące „cesarskie drzewko szczęścia”, czyli paulownia. I ta paulownia zaczyna być problemem, bo jej drewno jest miękkie jak wata i nie wiadomo, czy nie zacznie się rozsiewać do naszych rodzimych lasów. W takim drzewie dzięcioł na pewno nie założy swojej dziupli. Do tego potrzebuje nieco spróchniałego drewna. Także w katalpie żaden ptak żyjący w naszym kraju się nie zagnieździ.

Budki lęgowe, jakie coraz częściej spotykamy w parkach, pomagają ptakom?

Tak. Ale pamiętajmy, że konieczność zakładania budek lęgowych też wynika z działalności człowieka. Tym razem chodzi o tzw. higienizację: obcinamy suche gałęzie w obawie przed tym, że mogą komuś spaść na głowę. A wspomniany już dzięcioł do założenia dziupli potrzebuje właśnie nadpróchniałego drewna. Pamiętajmy też, że dzięcioł nigdy nie używa tej samej dziupli drugi raz. Robi jeden lęg małych i zostawia. Ale z tej porzuconej dziupli korzysta potem wiele innych ptaków. Świadczy to o tym, że właściwie pojmowana ekologia polega na zrozumieniu, że świat istot żywych jest niezwykle skomplikowany i ściśle ze sobą powiązany.

W związku z tym nie powinniśmy walczyć nawet z kretami, które rozkopują nasze piękne trawniki?

To my, ludzie, nazwaliśmy niektóre gatunki zwierząt, w tym także ślimaki i mrówki „szkodnikami”. A krety są przecież bardzo pożyteczne, bo utrzymują w równowadze populację rozmaitych larw w glebie. Kret jest naszym wielkim sprzymierzeńcem. I nie zwierzęta są naszymi niechcianymi gośćmi. To my, wraz ze stale powiększającymi się miastami, wkraczamy na ich terytoria. A razem jesteśmy elementami jednej całości, dzięki której świat wciąż się kręci. I tak musimy zacząć to postrzegać.

Interesującą rozmowę z Radosławem Ratajszczakiem na temat wpływu cywilizacji na bioróżnorodność przeczytasz TUTAJ

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
marketing postpandemii pangolin

Postpandemiczny marketing będzie zielony

Marketing postpandemii – to nazwa nowego kierunku studiów podyplomowych, na który rekrutuje właśnie wrocławska Dolnośląska Szkoła Wyższa. Co…