© Adobe Stock

Floating – relaks z perspektywy „wrażliwca”

18 udostępnień
18
0
0

Bycie osobą wysoko wrażliwą (WWO) niesie ze sobą błogosławieństwa i przekleństwa. Do tych ostatnich należy m.in. trudność zrelaksowania się. Gdy inne sposoby nie pomagały, postanowiłam skorzystać z luksusu relaksacji w tzw. kolebce czarownicy, czyli odciętej od bodźców komorze z mocno zasoloną wodą.

Zacznijmy jednak od tego WWO, czyli bycia osobą wysoko wrażliwą. Co to właściwie znaczy? Dla mnie znaczy przede wszystkim to, że jako WWO jestem przez większość czasu nadaktywna umysłowo. Co z tego, że od lat praktykuję jogę i niedługo będzie mi dane uczyć jej innych, kiedy wciąż trudność sprawia mi w niej Pratyahara (wycofanie zmysłów). Mój mózg nie chce się wyłączyć. Mogę leżeć w pozycji trupa piętnaście minut, z czego pierwszych dziesięć zajmą mi moje biegające, jakby się szaleju najadły, myśli, zaś kolejne pięć poświęcę na strofowanie się, że: przestań, uspokój się, już nie myśl. Wiadomo jak to się kończy, gdy ktoś nam zabrania myśleć o różowym słoniu, prawda? No właśnie. Dopiero po tych piętnastu minutach, gdy ciało wyleżało się już po wsze czasy, mój umysł dopiero łapie, że może dać mi jednak chwilę spokoju i pozwolić się zrelaksować.

Trudno pogodzić to wszystko z powszechnie funkcjonującym przekonaniem, że przecież relaks to raczej nasze prawo aniżeli obowiązek. I że relaks polega raczej na odpuszczeniu, popuszczeniu pasa. Co może być trudnego w leżeniu plackiem i nicnierobieniu? Nie mogę mówić za wszystkich wrażliwców, ale dla mnie…

Relaks to często ciężka praca

Człowiek skonstruowany jest w taki przepiękny sposób, że jego emocje i myśli wypływają na zewnątrz, używając do tego ciała. Dlatego jeśli pod przysłowiową „kopułą” nieustannie coś się dzieje, ciało chętnie bierze w tym udział. To dzięki temu mam takie piękne zmarszczki na czole, a nie dorosłam jeszcze do kremu 30+. To moje checklisty i plany generują napięcia mięśni, z którymi potem dzielnie walczy moja ukochana masażystka. Na szczęście działa to w obie strony. Oddziałując na ciało, mogę uspokoić umysł. Masaż, joga, spacery, spa, sauna, medytacja, wszystkie dostępne formy mindfulness są niczym balsam na wysoko wrażliwy mózg. Uważam, że są to niezbędne narzędzia w podstawowej higienie każdej osoby, która pragnie o siebie zadbać, zaś dla WWO powinny być wręcz obowiązkowe.

Zdawałoby się, że w takim razie sprawa załatwiona. Skoro jestem WWO, powinnam się więcej relaksować. Łatwizna. Otóż nie. Wspomnę tylko dość oczywistą kwestię zasobów takich jak czas i pieniądze. Może się zdarzyć, że nasze najbliższe otoczenie nie zrozumie, że niektóre podejmowane przez nas środki „higieny” to nie fanaberie, lecz konieczność. Z pewnością nie jest łatwo wytłumaczyć partnerowi, dlaczego wydaję miesięcznie kilkaset złotych na masaże, skoro mieliśmy oszczędzać na nowego robota kuchennego. Jeszcze trudniej wydzielić dla siebie godzinkę z książką na balkonie, kiedy jest się świeżo upieczonym rodzicem. Zachęcam jednak, by ze swoimi najbliższymi rozmawiać o tym, jakie są nasze potrzeby. Być może dobrym pomysłem będzie nakłonienie partnerów i członków rodziny, by zasięgnęli wiedzy o tym, co to oznacza, że ktoś jest WWO, na przykład z książki Elaine N. Aron „Wysoko wrażliwi”.

Gdy można zaszaleć

Jeśli jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że zarówno czas jak i pieniądze nie są dla nas problemem, z relaksem można zaszaleć. W moim przypadku stało się to możliwe, gdy otrzymałam w prezencie voucher na floating. Floating już od kilku lat stanowi modną formę walki ze stresem. Polega na relaksacji w specjalnej, odciętej od bodźców komorze, wypełnionej mocno zasoloną wodą (niczym ta w Morzu Martwym). Tak mocne zasolenie wody sprawia, iż wypycha nas ona na powierzchnię i przyjemnie unosi niczym mięciutki materac. Zamknięta w takiej „komorze” osoba, w ciszy i głębokiej ciemności, może ukoić przebodźcowane zmysły. O czymś takim właśnie marzyłam.

WWO floatuje

By zażyć trochę nowobogackiego luksusu, udałam się do punktu floatingowego na warszawskim Wilanowie.

Przyjechałam spóźniona. Nie mogłam zlokalizować parkingu dla rowerów, a następnie miałam trudność z odnalezieniem lokalu. To brzmi jak drobnostka, przecież nic wielkiego się nie stało. Być może, lecz nie dla WWO. Na recepcję wparowałam więc podminowana. Na szczęście miła pani recepcjonistka cierpliwie poinstruowała mnie, gdzie mam się kierować i jak postępować w komorze. Zaznaczyła przy tym, że gdyby słona woda dostała mi się do oczu, można w każdej chwili wyjść z „komory” i przemyć twarz pod kranem. Co trzeba wyrabiać w tej wodzie, żeby dostała się do oczu? – pomyślałam, choć nie powiedziałam tego głośno, bo nie wypada.

Już po pięciu minutach pobytu w „kołysce czarownicy” po omacku pełzałam do umywalki, by przemyć oczy. Co wyrabiałam? Nie wiem. Podrapałam się po czole? Za każdym razem, gdy przemyłam oczy, słona woda z włosów bezlitośnie spływała po czole i zaczynała szczypać na nowo. Po czterech wycieczkach do umywalki udało mi się jakoś dotrzeć do wody bez szwanku i bez szczypania. Wtedy moje zatyczki w uszach zaczęły wypadać. Potem znów zauważyłam, że nie zgasiłam światła w toalecie i teraz przedziera się ono do środka kabiny, rujnując efekt ciemności. Z obawy przed ponownym zalaniem oczu postanowiłam nie wstawać i go nie gasić.

Relaksacyjna muzyka, która miała ucichnąć po pięciu minutach pobytu w środku, nieubłaganie grała dalej, więc zamiast upragnionej ciszy dostarczyła mi kolejnej dawki przemyśleń: „Dlaczego muzyka wciąż gra?; miła Pani miała ją wyłączyć; może zapomniała?; może coś się stało?; sprzęt się popsuł?; może zrobiłam coś nie tak?; może to przez to, że nie zgasiłam światła w łazience?; pewnie miła pani obserwuje szparę między podłogą i drzwiami i widzi w niej światło, dlatego nie wyłączyła muzyki, ponieważ skoro nie zgasiłam światła, to wciąż przygotowuję się do zabiegu?; kiedy się zacznie ten relaks?; może powinnam się ubrać i po prostu iść do domu?”.

Gdy muzyka wreszcie ucichła, zatyczki w uszach się ułożyły, oczy nie szczypały, leżakowałam sobie spokojnie w wodzie i zastanawiałam się: co dalej? Mam się tu teraz moczyć kolejne 45 minut? Trochę nuda. Podczas gdy umysł jeszcze nie był gotowy na odpuszczenie, ciało postanowiło się tym szczególnie nie przejmować i robić swoje. Mój mięsień naramienny w prawej ręce zaczął drżeć, tak jak mają w zwyczaju mięśnie, gdy się je rozciąga lub gdy napięcie odpuszcza. Drżał w najlepsze pod słoną wodą, tak jakby sam postanowił się naprawić. Następnie poczułam niespodziewane, prawie spazmatyczne szarpnięcie i całe napięcie z tego miejsca zniknęło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A raczej czarodziejskiej wody. Podobnie postąpiła moja szyja – zaczęła „sama pracować”, aż pozbyła się napięcia. Byłam pod ogromnym wrażeniem. Ja sobie spokojnie leżę (i kotłuję z myślami), podczas gdy moje ciało korzysta z tych okoliczności i rozluźnienia, żeby się podreperować. Odkryłam, że kluczem do uzyskania efektu, jaki zapewne był pożądany przez pomysłodawców tego doświadczenia, jest ograniczenie ruchów do minimum. Im mniej się poruszałam, tym więcej działo się jakoby „od wewnątrz”, a słona woda zaczęła wydawać się coraz gęstsza, aż nabrałam wrażenia, że leżę w małym baseniku z ciepłym budyniem. I wtedy zdarzyła się jeszcze jedna iście czarodziejska rzecz. Mój umysł posłuchał ciała i słodko zasnęłam.

***

Doświadczenie floatingu wspominam bardzo przyjemnie i polecam wszystkim, nie tylko WWO. WWO muszą się jednak liczyć z tym, że taka „indukcja” relaksu będzie okupiona pewnym wysiłkiem. Sama w pewnym momencie byłam bardzo blisko powiedzenia: „Dość, wychodzę stąd i nigdy tu nie wracam!”. Właśnie dlatego postanowiłam podzielić się nie tyle opowieścią o tym, jak wygląda floating – można o tym przeczytać w co drugim modnym czasopiśmie. Zapragnęłam podzielić się tym doświadczeniem właśnie z perspektywy WWO, licząc, iż rzucę w ten sposób odrobinę światła na to, co wysoka wrażliwość może oznaczać w praktyce, w zwykły letni piątek po południu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać

Choroba psychiczna czy dar?

Depresja, choroba dwubiegunowa, psychoza i schizofrenia nie są przekleństwem, lecz przejawem nadzwyczajnej transformacji świadomości. Według afrykańskiego autora i…
muchomor

Zanim odlecisz – rzecz o muchomorach

Wiedza o właściwościach roślin była wykorzystywana przez zamieszkujące Ziemię ludy od tysięcy lat. Liście, bulwy, korzenie, pędy, kwiaty,…

Qi gong

Qi gong jest tak stary jak Chiny. Towarzyszył Chińczykom zawsze. To zdrowotna forma ruchu, uprawiano go terapeutycznie, by…