Feminatywy – woda na młyn snoba

2 udostępnień
2
0
0

Naukowczyni, architektka, biolożka – skandal! Jak można tak mówić czy pisać?! Użycie feminatywu dyskwalifikuje cały tekst. Już nic się nie liczy: ani wartość merytoryczna artykułu, ani jego przekaz. Najważniejszy jest językowy puryzm.

W SiedemÓsmych używamy feminatywów – zwykle z szacunku do naszych rozmówczyń, które życzą sobie, by zapisywać ich tytuły naukowe czy zawodowe z żeńskimi końcówkami.

Osobiście jestem przyzwyczajona do męskich nazw. Słowa takie jak np. architektka zdecydowanie trudniej wymówić niż architekt. Ale przyzwyczajenie nie jest tu żadnym argumentem. To, że przyzwyczajono mnie w szkole i na studiach do nazewnictwa przeważnie opartego na męskiej formie, nie znaczy, że reguły te muszą nadal obowiązywać. Język żyje, zmienia się, zapożycza, dostosowuje do przemian społecznych.

Dla mnie jako redaktorki istotna jest poprawność językowa i wspomniany już tu szacunek do rozmówcy. A językoznawcy uznają feminatywy za formę poprawną językowo. Tak więc czy się to komuś podoba, czy nie nazwy żeńskie typu: adiunktka, ochroniarka, wykładowczyni, sołtyska, socjolożka, chirurżka są zgodne z regułami języka polskiego.

Zresztą w 2019 roku Rada Języka Polskiego wydała w tej sprawie oświadczenie, w którym zakomunikowała: „W polszczyźnie potrzebna jest większa, możliwie pełna symetria nazw osobowych męskich i żeńskich w zasobie słownictwa. Stosowanie feminatywów w wypowiedziach jest znakiem tego, że mówiący czują potrzebę zwiększenia widoczności kobiet w języku i tekstach”.

Z przykrością stwierdzić więc trzeba, że wszyscy którzy „jojczą”: „Biolożka?!!! A kto to jest? Nie będę czytać dalej tekstu, skoro nie potraficie pisać po polsku!” – nie są na bieżąco z językową ewolucją. Przykre jest zwłaszcza to, że dbałość o czystość języka (niczym w innych grupach oburzonych dbałość o czystość rasy) przesłania im całkowicie widzenie. Nie widzą meritum (zresztą to zdaje się wcale ich nie interesuje), ważne jest… przyłapanie innych na błędzie i pokazanie własnej „mądrości”, własnej „lepszości”.

Nieważne, że ktoś mówi w artykule o ważkich sprawach, np. dzieli się historią przeżytych traum czy opisuje zmagania z ciężką chorobą, najważniejsze jest to, że sam siebie określa mianem np. naukowczyni (jak to niedawno było przy okazji bardzo osobistego wywiadu Janiny Bąk dla “Wysokich Obcasów”). I to już koniec. Pozamiatane. Pod artykułem setki komentarzy osób brandzlujących się puryzmem językowym. Co tam sam temat, przeżycia bohaterki, już ją oceniono, skazano, choć nawet nie próbowano jej poznać. Jak jest architektką, to pal licho jej kompetencje, dla odbiorcy purysty jest nikim. Jak jest chirurżką, „Boże broń, by ktoś dał jej skalpel do ręki”. Zastanawiające jest to, że owych purystów nie rażą anglicyzmy, przekleństwa, wtręty z języka potocznego pojawiające się w tekstach, wielu z nich nie przeszkadza też, że sami oburzają się nieortograficznie („Dopuki piszecie psycholożka, to nie ma was co czytać, lewaki” – pisownia oryginalna), na feminatywy jednak reagują jak diabeł na święconą wodę.

Najsmutniejsze jest to, że wśród owych purystów językowych nie brakuje purystek. Kobiet, które nie rozumieją wagi feminizowania się języka. Tego, że jest to część procesu emancypacji. Procesu, dzięki któremu kobiety te mają m.in. dostęp do kształcenia, do praw wyborczych, do wyboru swojej ścieżki naukowej, zawodowej, prywatnej czy też do komentowania tekstów w sferze publicznej.

Może zainteresuje Cię: Marta Frej: Chcę znaleźć swoją żeńską drużynę, swój babski gang

Skala nienawiści i agresji do feminatywów przytłacza. Przytłacza, bo obrazuje skalę nienawiści i agresji w naszym społeczeństwie do kobiet w ogóle. I to zarówno ze strony mężczyzn, jak i ze strony samych kobiet. To, że w patriarchalnym społeczeństwie mężczyźni nie poważają kobiet nie dziwi może aż tak bardzo jak fakt, że same kobiety siebie samych i siebie nawzajem nie szanują. Językowy puryzm obnaża w tym wypadku mentalny beton. To już nie tylko snobizm, ale wiele różnych -izmów: seksizm, mizoginizm, szowinizm. Przede wszystkim jednak brak dobrej woli, by otworzyć się na jakąkolwiek zmianę. Brak gotowości do dialogu, brak tolerancji dla inności, różnorodności.

To zastanawiające, że tak wielu zwolenników czystości języka ma tak ogromne upodobanie do taplania się w śmierdzącej mazi, którą sami produkują. Ta maź to zgnilizna, w której nie wiadomo już, kto bardziej tonie, czy zatapiany, czy topiący.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
Polska szkoła niszczy dzieci i nauczycieli

Fabryka małp

„Koniec. Dłużej nie mogę. Nie mam już siły do tego obłąkanego systemu. Przemoc, hierarchizacja, zabijanie inicjatywy, wolnomyślicielstwa, dociekliwości.…

Dobre intencje

Podobno w piekle posadzki i ulice wyłożone są szlachetnymi pobudkami ludzi. Czyżby nasze dobre chęci wcale nie zbliżały…

Trzy oblicza czasu

Odkąd pamiętam, byłam z czasem na wojnie. Deptał mi po piętach, poganiał, dyszał za plecami, że za wolno,…