femina
Jagna Żukowska-Olejniczak i Marcin Urzędowski, fot. Madam Miko

Femina

15 udostępnień
15
0
0

Kobieta i mężczyzna, syn i córka, ojciec i matka… Moglibyśmy wymieniać długo różne konfiguracje oparte na dwóch biegunach biologicznych różnic, które podzieliły ludzi. Podziały te były i są zależne od czasów oraz tego, jakie wartości może każda płeć wnieść w daną rzeczywistość.

Znamy epoki, w których najcenniejsza była siła fizyczna. Wówczas właśnie mężczyźni ulokowali kobiety, ograniczając ich rolę do biologicznych powinności, czyniąc z nich istoty zniewolone, a one wykształciły niemały spryt, wzmacniany przez różne konieczności.

Alfa i omega

Otóż w biologicznym aspekcie kobiecości nie ma nic złego. Nie ma też nic złego w tym, że biologicznie się różnimy i że są zadania, które łatwiej przychodzą mężczyznom i takie, które są domeną kobiet. A jeśli ktoś zarzuciłby tu stereotypowe myślenie, odpowiedziałabym, że to z biologią powinien się sprzeczać. Cechy, które nas różnią nie są bowiem podyktowane niczym innym, jak przeznaczeniem biologicznym naszych ciał, które bez względu na przekonania, politykę i wszystkie inne uwarunkowania społeczne, dążą do przekazania swojego materiału genetycznego następnemu pokoleniu. Z pewnością już kogoś rozzłościłam, ale to biologiczny paradygmat wszystkich żywych istot.

W obecnym świecie najbardziej i najczęściej liczy się intelekt, bo siłę można zastąpić całkiem łatwo i w wielu okolicznościach. Tutaj biologia niczego obu płciom nie poskąpiła. Wręcz można by rzec, obdarowała nas komplementarnie, dała równowagę. Nasze umysły, choć także w wielu aspektach i często różne, potrafią wspólnie docierać do treści i rozwiązań, które w wyniku niedoceniania kobiecych intelektów wiele lat pozostawały poza zasięgiem ludzkości. Mówi się o żeńskim pierwiastku. Zwróćmy uwagę na to, że powinno się raczej mówić o całej gamie kobiecych pierwiastków. Nie jesteśmy szczyptą soli, nie jesteśmy wisienką na torcie, nie jesteśmy też dodatkiem do męskiego świata. Źródła tych przekonań można upatrywać w wielu religiach, na których gruncie wyrosły kultury. I one nadal pokutują w postrzeganiu relacji damsko-męskich. Nadal są wśród nas ludzie, którzy mówiąc o kobietach, stosują chwyty retoryczne, sugerujące, że „słaba płeć”, „piękna płeć” jest jakąś, nieco zdehumanizowaną, własnością męskiego świata.

Pro-kreacja

Wielokrotnie mówi się dzisiaj o spadku dzietności, że kobiety nie chcą być matkami w ogóle, nie tylko chorych płodów. I używa się tego argumentu jako pewnego rodzaju wyrzutu społecznego wobec „białogłowych”. Starzejące się społeczeństwa, za mało młodych do ich utrzymania… to wszystko na barkach, a może bardziej w macicach, kobiet. Ale chwileczkę! Czyżbyśmy bezczelnie nie słuchały swych instynktów, czyżbyśmy wyparły się swej natury? A może to natura wyparła się nas? Może jest nas – ludzi – za dużo? Może zbyt wiele nas to kosztuje? Może trzeba zadbać o to, by kobiety mogły sobie same urządzić tę przestrzeń, która przecież od nich zależy i im służy. Pozwolić na wyznaczenie granic, których nie wolno przekraczać, granic wolności stanowienia o sobie. Może należy przestać dehumanizować kobiety i pozwolić na ten wybór. Będzie nas mniej? I cóż w tym złego? Trzeba coś w tym świecie przeorganizować, bo on już nie działa. W tę stronę należy skierować wszelkie siły, nie w utrzymanie za wszelką cenę tego, co już się nie sprawdza. Gdyby wszystkie kobiety przestały teraz pracować, to sytuacja ekonomiczna na świecie z pewnością doprowadziłaby do upadku naszej, wychodzącej dopiero z nastoletniości, cywilizacji. Ten argument, jako najprostszy z całej gamy, polecam szczególnie zwolennikom przekonania, że kobiety powinny zostać w domu, dbać o ognisko i dzieci, gotować obiady i sprzątać, najlepiej po wcześniejszym ukończeniu studiów pedagogiczno-gastronomicznych. (Choć należy podkreślić, że jeśli dobrze się w tym czują i takiego życia zapragną, to też nie ma w tym nic złego).

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego nadal musimy o tym rozmawiać i pisać? Wszystko rozbija się o edukację i o to, że przez jej marny poziom ludzie nie są nauczeni wnikliwości w rozpatrywaniu spraw społecznych. Przyjmują hasła i slogany, ale nie potrafią przyjrzeć się im i ich przeanalizować. (Mówię o znacznej większości). Gdyby ktoś zechciał przebić się przez medialne skorupki, można zaobserwować kilka niebezpiecznych zjawisk, które nadal wielu osobom przeszkadzają w dostrzeżeniu prostych rozwiązań.

Kto jest feministką?

Zauważyliście, że w mediach społecznościowych lub w wypowiedziach ludzi często słowo „feministka” pojawia się jako niemal obraźliwe, zabarwione pejoratywnie? Feministki w naszym kraju nie kojarzą się przecież z rozsądnymi, spokojnymi i rzeczowymi ludźmi, którzy próbują zmienić postrzeganie kobiet i wpłynąć na powszechnie przyjęte stereotypy. Nie myśli się o feministkach jako przedstawicielkach kobiet zepchniętych do pewnych ról społecznych, które pragną zmian. Częściowo dlatego, że słowo to jest stosowane wobec kobiet, które często w agresywny i mało rzeczowy sposób „wojują”, np. o odpowiednie zmiany językowe. Podczas gdy tak naprawdę jest to rzecz w tej chwili mało istotna. Można nawet powiedzieć, że to kwestia wtórna wobec prawdziwych, znaczących i koniecznych modyfikacji w prawie, które mogłyby zapobiegać krzywdzie wielu kobiet w różnych obszarach. Nie obawiajmy się, język ulegnie przemianom społecznym w naturalny sposób, gdy zmieni się myślenie o kobietach i ich roli w społeczeństwie. Odpowie na to, co już zajdzie w kulturze. Dostosuje się do naszych zwyczajów. Żądanie od społeczeństwa używania sztucznych konstruktów, które brzmią dla większości dziwnie, nie powinno być naszym priorytetem, bo jest o wiele więcej trudnych i ważnych obszarów do zreformowania. To trochę tak jakby w ciężko chorym organizmie skupić się na redukcji sińców pod oczami.

Promowana przez media sylwetka „feministki” wypierającej się całej swej kobiecości poprzez przybieranie zachowań i wyglądu z męskiego repertuaru jest zaprzeczeniem idei tego słowa. To tak, jak by kobiety komunikowały, że chcą stać się mężczyznami, a nie, że pragną równości i zaakceptowania, że kobiecość ma równe miejsce wobec męskości. To nieprawda, że każda feministka ma krótkie włosy, nie nosi sukienek i nie maluje ust. To, że lubi się ładnie wyglądać, podobać się sobie i, o zgrozo, mężczyznom nie czyni z kobiety wroga feminizmu. Bo jakże niekobiecość może walczyć o akceptację dla kobiecości, gdy sama ją wypiera, wstydzi się jej, uważa ją za słabość? Jakże ktoś taki, kto epatuje nienawiścią do mężczyzn ma walczyć o równowagę? Czyż to nie przypomina tej starej prawdy o każdej rewolucji? Że nie przynosi prawdziwych zmian, a jedynie następuje zamiana ról i ofiara staje się oprawcą. Feminizm nie jest zemstą za setki lat upokorzeń, gwałtów, morderstw… Feminizm jest próbą osiągnięcia równowagi w postrzeganiu różnic jako komplementarnych składników jednego świata – ludzi. Nikt nie zabrania kobietom obcinać włosów, nosić spodni, kląć jak szewc, gdy emocje sięgają zenitu. Niech to jednak nie będzie owocem nieakceptacji własnej płci i nienawiści do mężczyzn. Niech to nie będzie przebieranie się za „wroga”. Taki obraz feminizmu nie może budzić zaufania ani kobiet, ani mężczyzn. I do czasu, gdy nie zmieni się tło myślenia o tym nurcie, będzie on bardziej przypominał groteskową przesadę ekspresjonizmu, uwydatniającą skutki wieloletniego poniżania, niż faktycznie skuteczny ruch, który coś zreformuje.

Wrażliwa tkanka

Inną sprawą jest pewna dojrzałość i przepracowanie traum. Przecież widać gołym okiem, że każda grupa społeczna i etniczna, która kiedykolwiek była niewolona, wykorzystywana, tłamszona, dehumanizowana stanowi delikatny, pokrzywdzony organizm i tenże organizm najpierw trzeba sterapeutyzować, by otrząsnął się i funkcjonował zdrowo. Kompleksy, wynikające ze złego traktowania, nigdy nie przynoszą nic dobrego, bo łączą się ze strachem, a ze strachu robi się najgorsze rzeczy. Popadające w skrajności reakcje grup prześladowanych, rosnąca agresja, brak dystansu – czyż takie zachowania nie są naturalne dla każdego, kto doznał krzywdy, począwszy od dzieci, poprzez nastolatki, aż do każdej dorosłej jednostki? Można zatem sobie wyobrazić, co się dzieje, gdy takie osoby połączą się we wspólnotę, która oparta na tych przeżyciach, przez jakiś czas będzie identyfikowała świat na zasadzie „wróg” albo „swój”. Rozumiejąc przy tym „swojego” jedynie jako tę osobę, która doznała tego samego lub podobnego cierpienia. Ludzie po traumach i straumatyzowane grupy łatwo odnajdują się w sytuacjach granicznych, a niektórzy nawet dopatrują się ich wszędzie, bo w takich tylko potrafią funkcjonować: w wiecznym napięciu i podejrzliwości, reagując na wszystko ze zdwojoną siłą. Możemy to zaobserwować nie tylko u grup, które były dyskryminowane ze względu na kolor skóry, orientację, religię, ale także u wspólnot kobiecych. Dyskryminacja nieodzownie wiąże się z krzywdą i cierpieniem, ponieważ w jej wyniku następuje odczłowieczenie i przyzwolenie na podwójne standardy moralne.

Radykalizm nie jest kobietą

Kolejną przeszkodą w drodze do równowagi w kwestiach damsko-męskich jest radykalizm. Odczłowieczanie jest mechanizmem, który nadal jest stosowany. Szczególnie często słychać próby takie właśnie z ust radykałów. Ale radykalizm jest przywilejem młodości, najniebezpieczniejsze jest, gdy ktoś z niego nie wyrasta. Oznacza to bowiem, że nie miał albo okazji, albo siły na weryfikację, na dotarcie do tego, że w życiu nic nie jest czarno-białe. I tak też tradycyjne postrzeganie, radykalne wtrącanie kobiet w ich biologiczne powinności jest przejawem niebezpiecznym. Owszem – to od nas zależy przyszłość ludzkości, przynajmniej do czasu, gdy nie znajdziemy innego sposobu na przedłużenie gatunku niż tradycyjny. Tym bardziej powinno się o prawa i jakość życia kobiet zadbać. „Pozwalać” nam żyć w wolności wyboru, a naszą moralność pozostawić poza zasięgiem kapłanów.

Tak się złożyło, że kobiety i mężczyźni świetnie się uzupełniają, jeśli tylko wzajemnie przyznają sobie prawo do zajęcia dokładnie połowy wspólnej przestrzeni. Brak równowagi między tymi żywiołami jest zgubny. Także wtedy, gdy kobiety zaczynają powielać schematy, których się nauczyły, odbijać piłeczkę, mścić się za swoje krzywdy. Także wtedy, gdy kobiety nie szanują mężczyzn. Dążenie do zrównoważenia praw, szczególnie w wolności wyboru, co zrobić z własnym ciałem, nie może zostać powstrzymane przez strach. To, co dzisiaj obserwujemy, próba radykalizacji pewnych kompromisów, z trudem wypracowanych, rodzi się z lękliwego nastawienia, że kobiety przestaną rodzić, że nie zechcą przedłużyć gatunku, że mogą przejmować kontrolę nad istnieniem, decydować o życiu i śmierci, a przecież do tej pory robili to głównie mężczyźni. Pragną mieć władzę nad ciałem kobiety. Przeceniamy wpływ kościelnych spraw na tę sferę. I chociaż stanowisko wiary w tej kwestii jest radykalne, to należy pamiętać, że było też takie przez cały czas, a prawo jednak nie szło z tym w parze.

Najgroźniejszym przeciwnikiem równowagi społecznej w zakresie relacji kobiet i mężczyzn są albo ci, którzy nigdy z równowagi takiej nie nauczyli się czerpać, albo ci, którzy pielęgnują swój radykalizm w oparciu o nadgorliwość, mającą często charakter zadośćuczynienia, „karcherowania” sumienia z innych grzeszków.

Filary

Biblijna Ewa i mitologiczna Pandora to tylko dwa z niewielu przykładów kobiet obwinianych o nieszczęścia tego świata. Przy czym należy pamiętać, że kultura europejska wyrosła z trzech głównych filarów: tradycji judaistycznej (Ewa), tradycji starożytnej (Pandora), tradycji chrześcijańskiej (Ewa). Ewa zachęca Adama do poznania tajemnic świata i Boga, do złamania zakazu, poddania się ciekawości, przejęcia wiedzy i odpowiedzialności za swój los. Pandora jest wysłaną przez bogów pułapką dla krnąbrnego tytana, Prometeusza, który miał czelność ulepić człowieka i jeszcze go wzmacniać. Kusicielki sprowadzają na świat zło. Ale potrzebują do tego mężczyzn! Ewa nie została ukarana, klątwa śmiertelności nie uruchomiła się do czasu, aż Adam nie spożył owocu. Pandora mogła otworzyć puszkę, beczkę tylko z kompanem, którym stał się myślący wstecz brat Prometeusza, oczarowany jej urodą. To są nasze fundamenty myślenia o kobiecości jako tej, która jest dla mężczyzn niebezpieczna, groźna, tajemnicza i kusząca. Ostrzeżenie o kobiecej potędze jednak pobrzmiewa w wielu innych kulturach i religiach. Bo to żeńska część ludzkości włada życiem, jest w tym aspekcie dominująca, to od niej zależy przetrwanie gatunku. Zamiast się jednak bać i z tegoż strachu używać siły, należałoby żyć w dobrych stosunkach, opartych na równowadze, a to już jest trudniejsze niż pałka, kajdany, więzienia i stosy.

Mam nadzieję, że jesteśmy w takim momencie historii, w którym wielu mężczyzn i kobiet zrozumiało, jakie są korzyści i dobrodziejstwa z przynależności do nurtu, w którym szacunek, troska, życzliwość i może nawet miłość tworzą harmonijne, pełne równowagi relacje. Każdy z nas więcej i chętniej daje od siebie nie w niewoli, nie w zastraszeniu, ale gdy czuje, że buduje coś ważnego. Wspólnotę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.