Polska szkoła niszczy dzieci i nauczycieli
Szkoła w Polsce nie uczy myślenia, nie sprzyja kreatywności

Fabryka małp

55 udostępnień
55
0
0

„Koniec. Dłużej nie mogę. Nie mam już siły do tego obłąkanego systemu. Przemoc, hierarchizacja, zabijanie inicjatywy, wolnomyślicielstwa, dociekliwości. Mordowanie indywidualności, ciekawości, radości. Agresja, strach, niechęć, pogarda i to po wszystkich stronach trójkąta – nauczycieli, rodziców, młodych ludzi. Odchodzę ze szkoły” – zdecydowała 1 września dyplomowana nauczycielka jednej z mazowieckich szkół po 14 latach żyłowania się w polskim systemie szkolnictwa publicznego.

Gdy myślę o tej nauczycielce, która o swoim definitywnym odejściu ze szkoły napisała z początkiem roku szkolnego, z jednej strony myślę: „Szkoda”. Polska szkoła straciła świetnego pracownika, dziesiątki dzieciaków straciły szansę na rozwój w naprawdę ciekawej, dobrej, wspierającej i twórczej atmosferze, którą ona próbowała im zapewnić, mimo nieustannego rzucania jej kłód pod nogi przez system. Z drugiej strony, cieszę się. Bo sądzę, że tacy ludzie – jak ta nauczycielka – nie powinni dać się zniszczyć przez chorą instytucję, która od dawna jest co najwyżej zarządzaną centralnie przez małpy fabryką kolejnych małp.

Jakieś ćwierć wieku temu popełniłam pracę magisterską. Praca ta – z perspektywy czasu myślę, że niezwykle ideowa i naiwna – dotyczyła antypedagogiki. Antypedagogika to nurt w pedagogice, negujący formę wychowania opierającą się na zasadzie „sterowania” życiem dziecka. Podczas studiów nurt ten prawdziwie mnie zafascynował. Był jak tlen. W dusznym i zatęchłym systemie oświatowym, na jakim w Polsce, ale też i w wielu innych miejscach na świecie bazowali pedagodzy, działał jak tracheotomia, przywracał oddech. Miałam nadzieję, że antypedagogika – gdyby tylko ludzie ją poznali, gdyby tylko usłyszeli o jej założeniach – rozpieprzy stary system w drobny mak i zbuduje nowe – lepsze, zdrowsze środowisko wzrostu dzieci i młodzieży.

Prawda jest taka, że ja – piątkowa uczennica, kujon nad kujony, wzorowy uczeń – nienawidziłam szkoły! Szkoła śniła mi się po nocach, wpędzała mnie w nerwicę, była źródłem nieustannego stresu. Zabijała ciekawość, łamała kark, tresowała. I była źródłem rozmaitych patologii.

Z podstawówki pamiętam nauczyciela geografii, który raz naderwał dzieciakowi ucho, bo miał w zwyczaju wykręcać uszy uczniom w ramach kary za to, że – jego zdaniem – źle zachowywali się na lekcji. Pamiętam lekcje wf. z wuefistką, która dręczyła wszystkie grubsze dziewczyny, naśmiewając się z nich i publicznie upokarzając przed rówieśnikami. Pamiętam lekcje matematyki w liceum, z oschłą jak stary wiór panią profesor, które ograniczały się do zapisywania na tablicy niezrozumiałych wzorów, przepytywania z nich na chybił trafił uczniów i stawiania im z rozkoszą pał. I lekcje francuskiego z kobietą, która uczyła nas przez pół roku mówienia „po zagranicznemu” „Zdrowaś, Maryjo” oraz opowiadała świętobliwe historie. Pamiętam lekcje chemii z babką, która chemicznie co najwyżej próbowała oddziaływać na młodych chłopców, seksownie rozpinając guziczki bluzeczki i sadzając pupcię na ich zeszytach, na uczeniu przedmiotu bynajmniej nie skupiając uwagi.

Pamiętam łacinniczkę z nerwicą natręctw musztrującą nas z deklinacji, księdza od religii, tak egocentrycznie tępego, że jakby Judasz powiedział mu komplement, to uznałby go za Jezusa i profesora od psychologii, który po praktyce w zakładzie psychiatrycznym tak się przejął rolą, że nie mógł przestać traktować uczniów jak debili.

Oprócz polonistek, do których miałam szczęście, mojej licealnej wychowawczyni, profesor biologii, która była kobietą ciepłą i uśmiechniętą oraz licealnej wuefistki, która okazała się być bezhabitową siostrą zakonną – z sercem i „z jajem”, w zasadzie ze szkoły nie wspominam dobrze żadnych innych postaci.

12 lat życia (8 lat podstawówki i 4 lata liceum, o przedszkolu nawet nie wspominam, bo to był czysty koszmar), czyli najważniejsze lata w kształtowaniu i rozwoju młodego człowieka, a ja nie jestem w stanie wyłowić z tego okresu ani szczególnie wartościowych, ważnych dla mnie osób, ani wskazać korzyści, które z tych lat wyniosłam.

Przez te lata nikt w zasadzie nie był zainteresowany tym, co ja naprawdę myślę. W szkole jeśli się myślało, trzeba było myśleć po myśli nauczyciela. Nikt nie był zainteresowany tym, co czuję i przeżywam. Nieszczególnie też interesowano się talentami poszczególnych uczniów. Ot, najwyżej zachęcało się ich do klepania ze sztuczną emfazą wierszy typu: „Triumf czerwonej gwiazdy” na szkolnych apelach przed nauczycielskim i uczniowskim audytorium oraz wkuwania na pamięć całych rozdziałów Pana Tadeusza.

Tej autorki: Masz talent? Lepiej się nie wychylaj

Nie wiedziałam po co mi wiedza o układzie kostnym żaby, choć wkuć było trzeba. Nie rozumiałam po co te klasówki z historycznych dat, choć wiedziałam, że wstyd nie wiedzieć. Nie pojmowałam, dlaczego muszę uczyć się tych wszystkich matematycznych, chemicznych czy fizycznych wzorów, po co mi wiedza o geofitach żeńskich i męskich u okrytonasiennych, o cyklu Krebsa czy o rozmieszczeniu gleb na terenie Polski, bo nikt nie troszczył się o wyjaśnienie użyteczności tej wiedzy w praktyce. Nikt nie silił się, by ona była w ogóle w jakikolwiek sposób użyteczna. System każe, system wymaga, trzeba zakuć, zaliczyć, zapomnieć. Nie zadawać pytań, nie stawiać oporu.

Prawdę powiedziawszy niewiele z tej wiedzy mi w głowie zostało, niewiele też z niej przydało mi się w życiu. Pamiętam za to, jak na egzaminie na studia trafiło mi się zadanie rozwinięcia myśli, która brzmiała: „Człowiek to małpa, która zeszła z drzewa poznania złego i dobrego”. I pamiętam również, jak siedziałam przed egzaminatorami, jak ta małpa właśnie, z rozdziawioną buzią, przeżywając całkowity umysłowy error. Ktoś wymagał ode mnie, abym myślała, dedukowała i to na jakimś wyższym poziomie abstrakcji. Nie wiem, jakim cudem zdałam ten egzamin. Chyba przepuścili mnie tylko z litości. Ale dzięki temu, że się zlitowali, zaczęłam proces, w którym w końcu nauczono mnie właściwie używać mózgu.

Studia wspominam dobrze. Może dlatego, że było na nich mnóstwo wykładowców o niezwykle otwartych umysłach. Była przestrzeń do dialogu, była przestrzeń do wyrażania myśli, ścierania się poglądów. Nadal zbyt dużo kucia, teorii, zbyt mało praktycznej wiedzy, eksperymentowania, ale można było zacząć w miarę swobodnie oddychać i tworzyć nowe połączenia synaptyczne. Jednakże ta nowa przestrzeń jeszcze bardziej podsyciła moją nienawiść do szkoły. Uświadomiła mi bowiem, jak wiele czasu straciłam, jak wiele szans w tym czasie bezpowrotnie pogrzebano, jak wiele zniszczono.

Kiedy więc natrafiłam na postacie Hubertusa von Schönebecka, który postulował koniec wychowywania dzieci, gdy poznałam pełne poszanowania dla podmiotowości dziecka idee Janusza Korczaka, gdy odkryłam edukację do wolności Alexandera Neilla, filozoficzną myśl Ivana Illicha, negującego autorytety i postulującego zniesienie obowiązku szkolnego oraz instytucji szkoły, a także kiedy zakochałam się w Johnie Keatingu (nauczycielu ze „Stowarzyszenia Umarłych Poetów”, który wyzwalał młodzież z mentalnych klatek), zrozumiałam, że nie tylko ja uważam szkołę i stary system pedagogiczny za maksymalnie toksyczny i kastrujący, ale że takich jak ja jest znacznie więcej.

Dziś gros tych, którzy idą tropem antypedagogicznych idei, zakłada szkoły, w których dzieci i młodzież mają szansę naturalnie się rozwijać, wyrażać siebie, ciekawić się światem, tworzyć. Niestety wszystkie te szkoły to placówki prywatne, gdzie trafiają dzieci rodziców, których na taką edukację stać. Reszta zaś, czyli większość, skazana jest na kombinat – fabrykę małp.

I jasne, że w fabryce oprócz treserów zdarzają się ludzie – nauczyciele z pasją, powołaniem, charyzmą (patrz: wspomniana tu na początku nauczycielka, patrz: chociażby gdański nauczyciel Przemek Staroń czy Marcin Stiburski) i wówczas młodzi mają szansę do końca nie zmałpieć. Ale ilu jest takich nauczycieli? I ilu z nich i jak długo w fabryce małp zostaje? Ilu zaś w końcu się poddaje – ucieka lub kapcanieje? Bo szkoła, tradycyjna szkoła niszczy przecież nie tylko uczniów, niszczy też nauczycieli. Wyjaławia ich, rozczarowuje, podcina skrzydła, zobojętnia.

Emil Zegadłowicz, poeta i prozaik, twierdził ponoć:

„Szkoła była i jest anormalnością młodości, zakładem psychiatrycznym. Wszystko złe, cała udręka ciążąca nad naszym życiem to remanenty szkoły”.

I trudno się z tym nie zgodzić. Jeśli zgadzamy się na istnienie szkoły w takiej postaci, w jakiej ona w Polsce powszechnie występuje, godzimy się na produkcję spaczonych pokoleń, na produkcję małp. Dziwimy się potem, że rządzą nami głupcy, że głupcy głupców wybierają, że ludzie ze sobą nie potrafią rozmawiać, że tylko wydają z siebie małpie porykiwania, podrapią się po jajkach, wrzucą małpie selfie na Instagram, pokażą język na Twitterze. Ale czemu tu się dziwić? To przecież właśnie produkty fabryki małp.

Warto przeczytać: Edukacja domowa – czym jest, jak się do niej zabrać, czy warto?

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
starość

O doświadczeniu starości

Prawdopodobnie jestem stara. Pierwszy raz pomyślałam o tym kilkanaście lat temu. Dziś jednak muszę przełknąć tę żabę. W…
rozwojowe porażki

Rozwojowe porażki

Masz za sobą kilka lat terapii, niezliczoną ilość szkoleń, sesji coachingowych, przeczytanych poradników i zasubskrybowanych kanałów rozmaitych mówców…

Ty też możesz być Beatą K.

Fala pomyj wylała się w ostatnich dniach na polską piosenkarkę, którą zatrzymano za jazdę po pijaku. To ciekawe,…

Świąteczny matrix

„Tradycja wyprała nam mózgi” – stwierdziła moja znajoma, gdy opowiadałam jej o swojej niechęci do świąt. I trudno…