fot. Marta Obiegla

Ewa Liegman: Śmierć nie jest końcem, jest przemianą

0 udostępnień
0
0
0

 

O śmierci i odchodzeniu nie potrafimy rozmawiać. Trudno nam nawet o nich myśleć. A gdybyśmy jednak zaczęli zadawać sobie pytanie: „Co bym zrobił, gdyby dziś był ostatni dzień mojego życia?”. Ewie Liegman, prezes gdańskiego Hospicjum „Pomorze Dzieciom”, to pytanie towarzyszy codziennie.

Marta Dudziak: Hospicyjne dzieci… tak o nich mówicie?

Ewa Liegman: Nazywamy ich „agentami do zadań specjalnych, komandosami”. Przychodzą do nas często w milczeniu, bo też często mają duże uszkodzenia ośrodka nerwowego, więc nie są w stanie werbalnie się z nami komunikować. Jednocześnie mobilizują nas do tego, żeby odkrywać sposób komunikacji poza słowami. Dziecko, które nie widzi, pokazuje mi, że ja nie jestem niewidoma, ja jestem ślepa na wiele rzeczy! Dziecko, które żyje 15 minut, pokazuje, jak wiele czasu na co dzień przecieka mi przez palce.

Kiedy gadam ze zdrowymi dzieciakami i pytam je, które z nich ma tak, że siada na pół godziny i nagle mija mu całe popołudnie, zazwyczaj widzę w górze las rąk. Wszyscy tak mamy. Czas nam śmiga nie wiadomo na co. Gdybyśmy zrobili sobie rachunek sumienia, okazałoby się, że głównie tracimy go na bzdury, na bezsensowne scrollowanie stron i inne automatyzmy.

Współczesny świat pędzi i nie zadaje fundamentalnych pytań, takich jak: „Co byś zrobił, gdyby to był ostatni dzień twojego życia?”.

Arcytrudne pytanie.

Jednak kiedy je sobie zadajemy, zmienia się wszystko. Nasze hospicyjne dzieci przychodzą właśnie z takim pytaniem: „Co ty zrobisz człowieku, obojętnie ile masz lat, ile chodzisz po świecie, jeśli zostanie ci ostatni dzień życia?”. Warto zadawać sobie to pytanie. Z tej perspektywy wszystko inaczej wygląda.

W naszym centrum wsparcia po stracie opiekujemy się też osobami dorosłymi, które przygotowują się do śmierci własnej czy bliskich. Zazwyczaj ten moment ostatecznej diagnozy jest porażający, bez względu bowiem na to czy mamy 10, 30, 60 czy 90 lat, nigdy nie jest to dobry moment. Uciekamy przed tematem śmierci. Jest dla nas trudny. Boimy się, to naturalne, bo strach jest wpisany w naszą naturę.

Dlaczego warto zadawać sobie to pytanie?

Bo jeśli go sobie nie zadajemy, tracimy szansę na uświadomienie sobie ważnych spraw. I pewnego dnia zaskakuje nas to i myślimy: „gdybym wiedział, że zostało mi mało czasu, moje życie nabrałoby innej jakości, inaczej bym żył”.

Wiele osób całe życie ucieka przed rzeczami, które są dla nich trudne. Ale gdy śmierć jest blisko, gdy wiesz, że nadchodzi, nie jesteś w stanie nigdzie uciec. Uświadamiasz sobie, że miałeś czas, żeby pozałatwiać rzeczy z samym sobą i nigdy tego nie zrobiłeś, nie odważyłeś się, nie zmobilizowałeś. Moment ostatecznej diagnozy to często chwila spektakularnych przemian ludzkiego życia – porzucenia pracy, w której od dawna się dusiłeś, naprawienia relacji, wykonania telefonu do kogoś, z kim nie gadałeś od lat, bo się pożarliście i nawet już nie pamiętasz o co.

W tym budynku, gdzie jesteśmy, wiele jest świadectw ludzi, którzy pomimo ostatecznych diagnoz na tyle przemieniali swoje życia, że odzyskali satysfakcję, zrzucili obciążające bagaże.

My tutaj mówimy: „Nie mogę dołożyć dni do życia, ale robię wszystko, żeby dokładać życia do każdego dnia”. Żyję tak samo, ale z perspektywy śmierci moje życie wygląda inaczej. Interesujemy się religioznawstwem, człowiekiem od zarania dziejów – zadajemy sobie pytanie, jak podchodzi się do tematu śmierci w różnych religiach, kulturach. W XXI wieku wypadamy blado.

Dlaczego?

Wyparliśmy ten temat. Nie chcemy, żeby funkcjonował. Jest kult wiecznego piękna, mody, zaprzeczania naturalnemu procesowi starości. Pytamy tutaj, co to dało nam dobrego, ale też co nam zabrało. Bo przecież chodzi o to, żeby naturalnie starzeć się z pogodą ducha, w mapie zmarszczek dostrzegać piękno, a nie tylko oszukiwać czas za wszelką cenę. Gubiąc świadomość, że wszystko jest na chwilę, tracimy szansę na dobre dziś i na spokojny koniec. Nie rozkoszujemy się prostymi rzeczami każdego dnia, żyjemy w rozczarowaniu, w permanentnej żałobie po sobie, po nieudanych relacjach, ambicjach zawodowych, w smutku i w niepokoju.

Dzieci zadają różne pytania, także trudne. Mówią prawdę prosto w oczy, bez ogródek. O śmierć pytają wprost, o to co jest po niej i czy będzie bolało.

Warto przeczytać: Jesteśmy tu po to, aby doświadczać

Boją się?

Na pewno. Rozmawiamy z nimi o strachu, rozbijamy go na małe kawałki, małe straszki.

Co jest esencją idei hospicyjnej?

To, żeby ciche historie anonimowych bohaterów wybrzmiały, dotarły do naszych uszu, żebyśmy zobaczyli, w którym momencie i miejscu naszego życia jesteśmy. Żebyśmy zrozumieli, że każdy z nas jest w tej samej sytuacji. Nie wiemy, co będzie jutro. Mamy to wielkie bogactwo – siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę i wolny wybór, co z tym czasem zrobimy. My to z dziećmi nazywamy codziennym wychodzeniem na ring.

W hospicjum opiekujemy się także parami w ciąży, które dowiadują się, że ich dziecko jest dotknięte nieuleczalną chorobą. Od pierwszego oddechu jesteśmy na straży. Dwa dni temu na przykład urodziła się maleńka Małgosia. Czasem rodzą się dzieci, które ważą pół kilograma i trafiają do nas. Często są pod tlenem, żywione przez rurkę bezpośrednio do układu pokarmowego i tak naprawdę medycznie te dzieci są w stanie paliatywnym, ale niekiedy mają taką wolę walki życia, że z tego wychodzą.

Mieliśmy taki przypadek, że dwa lata jeździliśmy do pewnego dziecka, ustawialiśmy je lekowo i rehabilitacyjnie. Chłopiec dziś biega. Pacjenci hospicyjni zaskakują medycynę. Tutaj nigdy nie wiemy, ile mamy czasu. Niekiedy dzieci trafiają do nas na kilka dni, niekiedy na parę lat. Czasem są lepsze chwile, czasem gorsze. Są nagłe załamania stanów zdrowia. Rano jest dobrze, a wieczorem już się żegnamy.

Żeby zrozumieć ideę hospicyjną, trzeba zrozumieć, co by było, gdyby nie hospicjum. Bo gdyby te dzieci nie trafiały pod opiekę hospicjum, gdzieś w obcym miejscu, zwłaszcza teraz w pandemii samotnie umierałyby w szpitalu. O tym się z reguły nie myśli. W hospicjum dziecko zabezpieczone jest medycznie na bardzo wysokim poziomie. To jest wysoko specjalistyczny rodzaj opieki, który ma na celu łagodzenie bólu, cierpienia. I przede wszystkim daje dziecku możliwość bycia ze swoją rodziną. A to bardzo ważne.

Może zainteresuje Cię: Jak poradzić sobie z żałobą?


może Ci się spodobać
Stoik Piotr Stankiewicz

Być jak stoik

Czy warto być stoikiem? Czy każdy może nim zostać? Czym jest współcześnie rozumiany stoicyzm? Czy stoicyzm może nam…

Nie dajmy zwariować się lękowi

„Za mojego życia, może poza stanem wojennym, nie obserwowałam w Polsce tak silnie zestresowanego społeczeństwa jak obecnie. Boimy…
marketing postpandemii pangolin

Postpandemiczny marketing będzie zielony

Marketing postpandemii – to nazwa nowego kierunku studiów podyplomowych, na który rekrutuje właśnie wrocławska Dolnośląska Szkoła Wyższa. Co…