dzień nauczyciela
© Adobe Stock

Dzień Nauczycielki

13 udostępnień
13
0
0

Zawód nauczyciela w Polsce jest nisko opłacany, niedoceniany, sfeminizowany. A co może być ważniejszego, niż edukacja naszych dzieci, które jak wiadomo są przyszłością narodu? Co prawda 14 października obchodzony jest oficjalnie jako Dzień Nauczyciela, ale zważywszy na feminizację tego zawodu, śmiało można napisać, że to Dzień Nauczycielki.

Dzień Edukacji Narodowej – polskie święto oświaty i szkolnictwa wyższego ustanowiono 27 kwietnia 1972 roku. Od 1982 roku na mocy ustawy Karta Nauczyciela obchodzone jako Dzień Edukacji Narodowej, wprowadza przepis: Dzień ten uznaje się za święto wszystkich pracowników oświaty.

Rocznica ta upamiętnia powstanie Komisji Edukacji Narodowej, która została utworzona z inicjatywy króla Stanisława II Augusta pod koniec XVIII wieku. Potocznie dzień ten nadal znany jest jako Dzień Nauczyciela. KEN z czasów Oświecenia ma niebywałe zasługi dla kształcenia kobiet i tego, że w ogóle mogły zostać nauczycielkami. Pierwsza inicjatywa Hugo Kołłątaja, żeby powstała pensja dla przyszłych guwernantek przy gimnazjum w Krzemieńcu, zdarzyła się już w 1802 roku, ale urzeczywistniła dopiero ponad 20 lat później, kiedy powstał Instytut Rządowy Wychowania Płci Żeńskiej (1826), tzw. Instytut Guwernantek.

Jak zmieniał się status nauczycielki przez stulecia – od guwernantki do Karty Nauczyciela?

Dla przypomnienia Karta Nauczyciela reguluje prawa i obowiązki nauczycieli, a przy regulacji stosunku pracy osób jej podlegających ma ona pierwszeństwo przed Kodeksem pracy. To powoduje, że relegowanie z zawodu jest bardzo trudne, a dodając do tego dwa miesiące wakacji i dwa tygodnie ferii –  zawód ten, zamiast być bardziej doceniany przez rządzących i ogół społeczeństwa – jest przedmiotem niezdrowej zawiści. Warto zaznaczyć, że Karta Nauczyciela nie ma zastosowania w przypadku nauczycieli akademickich, a owe wakacje w rzeczywistości wyglądają tak, że jeśli wyjdzie z nich sześć tygodni wolnego, to cud (zawsze są jakieś poprawki, trzeba się przygotować na nowy rok szkolny itp.).

Życie i praca pierwszych nauczycielek

Tradycyjny model wychowania akceptowany i wdrażany w Polsce od okresu średniowiecza, związany był z prowadzeniem przez dziewczęta głównie gospodarstwa domowego i bycia bogobojną (słynną Nawojkę w XV wieku oddano do klasztoru po tym jak 3 lata studiowała w akademii krakowskiej w przebraniu męskim). Dopiero KEN uznała ów model za szkodliwy, podobnie jak modne później wychowanie „francuskie” (szlachta i bogaci mieszczanie sprowadzali Francuzki jako guwernantki, kształcone obojętnie w jakiej dziedzinie – wystarczyło, że uczyły dzieci francuskiego). KEN zaleciła kształcić dziewczęta tak, aby wiedziały, że „kobieta nie na to jest stworzona, aby być nieczynną częścią narodu” („Szkolnictwo, opieka i wychowanie w Królestwie Polskim od jego ustanowienia do odzyskania przez Polskę niepodległości 1815-1918”, pod red. H. Markiewiczowej i J. Czarneckiej). Chociaż Polska przestała istnieć po trzecim rozbiorze jako państwo, to prace KEN i jej ideał wychowania dziewcząt wyznaczyły kierunek działalności oraz poglądów głoszonych przez pedagogów przez następne stulecia.

Jedną z najważniejszych profesorek we wspomnianym Instytucie Rządowym Wychowania Płci Żeńskiej była Klementyna Hoffmanowa z Tańskich (1798–1845), która nie tylko wykładała w Instytucie, ale też wizytowała szkoły i pensje żeńskie w Warszawie. Mimo, że pedagożka na pierwszym planie stawiała macierzyństwo i rodzinę jako jedyne przeznaczenie dla kobiety, pozostaje jedną z najzagorzalszych orędowniczek edukacji kobiet. Przekonywała ona do tego innych motywacją patriotyczną, przedstawiając polskie wychowanie młodego pokolenia pod obcą władzą jako istotny cel narodu. Wszak to wykształcone matki uczyły dzieci polskiego, kiedy ojczyzna nie istniała na mapie. Było to zresztą zbieżne z hasłami XVIII- wiecznego anglosaskiego ruchu emancypacyjnego, którego najsłynniejszy slogan głosił: „Wyedukowana kobieta jest lepszą żoną i matką”.

Jedną z absolwentek Instytutu Guwernantek była Narcyza Żmichowska, która w 1838 roku została guwernantką w rodzinie hrabiów Zamoyskich, a dziś jest uważana za jedną z prekursorek feminizmu w Polsce. Przypomnijmy, że równość płci w dostępie do kształcenia nie była powszechnym postulatem na przełomie XVIII i XIX wieku. Zaczęło się to zmieniać dopiero w pozytywizmie, czyli na początku XX wieku. Eliza Orzeszkowa, Aleksander Świętochowski uważali, że tylko gruntowne i rzeczowe przygotowanie dziewcząt umożliwi im w dorosłym życiu godziwą pracę na własne utrzymanie oraz stanie się użyteczną częścią społeczeństwa. Postulowali, żeby te kończyły edukację na szkołach wyższych. Urzeczywistniło się to w roku 1897, kiedy to Uniwersytet Jagielloński otworzył drzwi dla studentek (mogły też studiować na Uniwersytecie Lwowskim). A i tak zdarzały się kwiatki takie jak na przykład ten, kiedy w 1900 roku Wydział Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego uchwalił, że „kobiety ze względu na szczególne właściwości ich temperamentu i ich uzdolnienia umysłowego nie posiadają odpowiedniej kwalifikacji” albo jak książka niemieckiego neurologa i psychiatry Paula Juliusa Moebiusa pod znamiennym tytułem „O umysłowym i moralnym niedorozwoju kobiety”. Trzy lata później Maria Skłodowska-Curie dostała swojego pierwszego Nobla!

W Polsce po raz pierwszy obowiązek szkolny wprowadzono w Księstwie Warszawskim w 1808 roku. A zanim powstały pensje czyli szkoły dla dziewcząt, w których mogły uczyć kobiety, dzieci uczyły się w domu i to tylko u najbogatszych państwa – nie każdego było stać na bonę (odpowiednik dzisiejszego wychowania przedszkolnego) czy guwernantkę (nauczycielkę domową). Guwernantkami zostawały niezamożne a wykształcone niezamężne kobiety. (Guwernantami byli też mężczyźni, np. Bolesław Prus czy Henryk Sienkiewicz mieli takie epizody). Kto pamięta, że Maria Skłodowska uczyła dzieci bogaczy?

Może Cię zainteresuje: Mikołaj Marcela o nauczaniu online i edukacji hybrydowej

Za to wszyscy pamiętamy – dzięki kanonowi lektor szkolnych, który mimo, że czasy się zmieniają, pozostaje praktycznie taki sam, jak za poprzedniego ustroju, ikoniczne postacie „Siłaczki” czy “Panny Antoniny”. Stanisława Bozowska czyli Siłaczka to wiejska nauczycielka z opowiadania Stefana Żeromskiego, która dorabiała sobie u ziemiaństwa, żeby móc studiować medycynę, ale zmarła na suchoty z wycieńczenia. Nowela Elizy Orzeszkowej z kolei opowiada o losach emancypantki, która po ukończeniu pensji została nauczycielką i przebywając w domach obywateli ziemskich, powoli traciła złudzenia oraz zdrowie.

Jeden z niewielu pozytywnych przykładów oddanej nauczycielki w  literaturze to Ania  z Zielonego Wzgórza, która – zanim rozpoczęła studia – pracowała w Avonlea, swojej wiosce. Nie zmarła co prawda na suchoty, ale zgodnie z modelem życia na przełomie XIX/XX wieków – po studiach wyszła za mąż i rodziła kolejne dzieci.

Dziś nauczyciele i nauczycielki chorują na wiele chorób zawodowych, ale już nie umierają z wycieńczenia, mają możliwość wykurowania się w sanatoriach, no i te słynne miesiące wakacji, żeby dojść do siebie. Nadal jest to zawód, a w zasadzie powołanie dla pasjonatek, które niosąc przysłowiowy kaganek oświaty, powodują, że świat  dzieci i młodzieży może stawać się lepszy.

Praca nauczycielek współcześnie

Zapytaliśmy o to kadrę edukacyjną – od przedszkola po uniwersytet. Pytając o to, jak trafili do zawodu, jaki był ich najszczęśliwszy dzień w pracy, czy gdyby mieli wybór, nadal wybraliby zawód nauczyciela, co sądzą o obecnym systemie edukacji i co by zmienili, gdyby obrali tekę ministry czy ministra ds. edukacji.

Z ich głosów wynika, że wszyscy kochają swoją pracę. Nawet jeśli trafili do zawodu przypadkiem, szybko się w nim odnaleźli i mimo że to zajęcie słabo opłacane i nie cieszy się już takim prestiżem jak kiedyś, daje im jednak wiele satysfakcji oraz przynosi wiele wzruszeń – nie tylko na koniec roku czy na zakończenie przedstawienia, ale i na co dzień.  Oto, co mówią.

Sandra Brzezińska, przedszkole publiczne w Gdańsku, 13 lat w zawodzie nauczyciela wychowania przedszkolnego

Od zawsze odczuwałam pragnienie pracy z dziećmi, na długo zanim pojawiły się moje na świecie. Poszłam na pedagogikę i poczułam że to jest to, i nigdy tego nie żałowałam, a na pewno nie chciałabym zmieniać zawodu.

A są w nim momenty i trudne, i przyjemne. Najbardziej budujące chwile to te, kiedy widzę, jak dzieci ćwiczą, trenują przed jakimś występem, a potem na scenie rozpiera je duma. Bardzo wzruszające są także, kiedy spotykam absolwentów i ich rodziców. Mocno zapadła mi w pamięć chwila spotkania po niemal 10 latach z mamą chłopca, który swego czasu dał nam się bardzo we znaki. Wyściskałyśmy się jak dobre znajome. Piękne momenty przeżywam, gdy dzieci się do mnie przytulają, mówią, że tęsknią. Wtedy czuć, że łączy nas więź.

Przykro mi, że zawód nauczyciela przedszkolnego jest mało doceniany przez społeczeństwo, że nie traktuje się nas poważnie, jak byśmy nie byli prawdziwymi nauczycielami. Mam wrażenie, że to także przez to, iż przymus szkolny jest od 6 roku życia, no i ludzie chyba nie rozumieją, jak istotny i intensywny jest rozwój małego dziecka. Że to, co ono dostanie w przedszkolu, stanowi bazę do edukacji w szkole podstawowej.

Polecamy: Marcin Stiburski o konieczności zmian w polskim systemie oświatowym

Chciałabym żeby edukacją zarządzali ludzie, którzy są praktykami – wiedzą na czym polega rozwój małego dziecka, co mu jest do niego potrzebne, jakiej edukacji wymaga na tym etapie. W różnych dokumentach jest napisane że „dziecko jest najważniejsze, że to placówka ma się do niego dostosować”, a to pusty frazes, za którym nie idą konkrety. Dzieci najbardziej potrzebują miłości, bezpieczeństwa i akceptacji i to jest zapewnione. Schody zaczynają się, kiedy nauczyciel wychowania przedszkolnego zdiagnozuje np. jakieś specjalne potrzeby dziecka. Czasami rodzice lekceważą te opinie i nie idą po dalszą pomoc do Poradni Pedagogiczno-Psychologicznej. Inna sprawa, że tam czas oczekiwania na wizytę to około 3-4 miesiące, a w przypadku dziecka trzyletniego parę miesięcy to bardzo dużo. W tym okresie można by zacząć terapię i przyspieszyć rozwój.

Agnieszka Gańko, Przedszkole niepubliczne w Warszawie, 16 lat w zawodzie nauczyciela wychowania przedszkolnego

Po liceum medycznym poszłam na pedagogikę specjalną. Po studiach wyjechałam za granicę i jak wróciłam zdecydowałam się zrobić studia podyplomowe, na kierunku pedagogika przedszkolna. Dwa lata pracowałam w prywatnym żłobku, później dostałam pracę w przedszkolu, w którym pracuję do dziś. Zawsze lubiłam dzieci i młodzież. Jeździłam na kolonie jako wychowawca. Na studiach dziennych opiekowałam się dziećmi i stwierdziłam, że to może być ciekawa praca. Nie żałuję swojej decyzji i po tylu latach w zawodzie dalej chce mi się w nim pracować.

W tym zawodzie każdy rok jest inny. Każdy dzień, a nawet każda godzina są inne. Nie ma nudy. Kiedy idę rano do pracy, wiem, że będę się dobrze bawić. Tak, bawić, bo ja w tej pracy po prostu dobrze się bawię. Oczywiście są dni, w których odczuwam zmęczenie, z czymś się nie wyrabiam. Są miesiące, w których jest impreza za imprezą. A to dzień Nauczyciela, a to Dzień Misia, a to Andrzejki, a to Halloween i tak dalej. Ale tę całą pracę i zmęczenie wynagradza mi uśmiech i zadowolenie dzieci oraz to że powiedzą: Było super, Bardzo Panią lubię, Jest Pani fajna albo Ma Pani nową fryzurę, co za kolor! – tak szczerze, bez zazdrości. No, a jak odchodzą z przedszkola tzn. kończą już edukację w nim, zawsze jest bardzo wzruszająco. Szczęście, bo przeżyliśmy razem kawałek ważnego okresu w ich życiu, ale i smutek, bo idą w nieznane.

Gdybym została ministrą edukacji, wprowadziłabym więcej zajęć sportowych, praktycznych, więcej prac grupowych, obowiązek wolontariatu w starszych klasach, obowiązek chodzenia na basen w klasach I-IV, dużo wycieczek – nie zawsze musi to być muzeum, może to być zwykły spacer do parku albo lasu, dużo zabaw integracyjnych na godzinach wychowawczych i obowiązek rozmowy indywidualnej nauczyciela (wychowawcy) z każdym uczniem raz na pół roku.

Obecnie w ogóle powinniśmy więcej z młodzieżą i dziećmi rozmawiać o ich życiu codziennym, o ich problemach. I w przedszkolu i w szkole, za mało jest rozmów o emocjach, za dużo oceniania dziecka przez zachowanie. Szufladkowania typu: łobuz, leń, pilny, wzorowy. A tymczasem wiele dzieci nie potrafi powiedzieć, co czuje, nie umie się otworzyć.

Pamiętam do dziś jak na jakiś zajęciach zadałam dzieciom takie proste pytania (tak mi się wtedy wydawało, że proste): Co robisz w domu, żeby sprawić radość rodzicom? Odpowiedzi mnie zasmuciły, bo usłyszałam: Bawię się w swoim pokoju;  Siedzę cicho; Bawię się cicho. Tylko jedno na 18 dzieci odpowiedziało: Przytulam się do nich.

Mam wrażenie, że obecnie wielu rodzicom brakuje empatii. Często za to objawia się w nich mocno egotyczna postawa. Rodzic nastawiony jest na JA i wychowuje dziecko z podobnym nastawieniem. Stosunek rodziców do nauczycieli też bardzo się zmienił. Jeden tata powiedział mi: Ja mam coś jeszcze robić z dzieckiem? Płacę tyle kasy za przedszkole, to jest Państwa obowiązek pracować tak z dzieckiem, żebym ja już nic nie robił.  Tyle w tym temacie.

Czytaj także: Polska szkoła to fabryka małp

Klementyna, 12 lat w zawodzie, polonistka i wychowawczyni w szkole podstawowej

Długo się broniłam przed rodzinną ścieżką kariery, bo mój dziadek był nauczycielem gimnazjum w Wilnie, moja mama uczyła polskiego. Najpierw więc studiowałam slawistykę, ale później gdy zaczęłam kulturoznawstwo na UJ, zrobiłam uprawnienia nauczycielskie. Zrobiłam je na wszelki wypadek, żeby w razie czego mieć papier, ale… wciągnęło mnie, metodyka, psychologia, pedagogika. Okazało się, że mam do nauczania dryg. I myślę, że gdybym miała dziś ponownie wybierać zawód, zostałabym nauczycielką, bo jest dużo do zrobienia.

Pandemia pokazała jakie są słabe strony edukacji w Polsce i miałam nadzieję, że podąży za tym jakaś refleksja. Zrozumiano już trochę, że szkoła to przede wszystkim relacja, a potem edukacja, ale jest jeszcze wiele do zmiany. Sama czuję się ofiarą byłego systemu edukacji. Jako niezwykle żywe dziecko, straszliwie męczyłam się w szkole, dlatego teraz przykładam dużą wagę do zróżnicowanych metod nauczania.

Gdybym miała możliwość, przebudowałabym podstawę programową, żeby przedmioty współgrały ze sobą. U mnie w szkole wyższe roczniki jeżdżą w Tatry – żeby uczyć się na miejscu o przyrodzie, kulturze i historii Podhala. W tym roku poprzedziło to czytanie sonetu Kasprowicza „Cisza wieczorna” z terminologią tatrzańską, a po powrocie na plastyce uczniowie uczyli się techniki akwareli i malowali pejzaże górskie. Ze mną pisali opowiadania w różnych konwencjach, np. kryminały o Podhalu. W czasie wyjazdu nagrywali filmiki i robili zdjęcia, które pokazywali po powrocie w formie prezentacji, a jeden z uczniów przeprowadził degustację oscypków. Mama ucznia z mojej klasy dziękowała mi potem, bo syn długo przeżywał tę wycieczkę i mówił jak dużo nauczył się o górach.

Od znajomych, którzy mają dzieci w szkołach publicznych, wiem, że nauczyciele stawiają bardzo dużo ocen cząstkowych, mimo że prawo od nich tego nie wymaga. To głównie wina rodziców, którzy oczekują „wyników”. Panująca testoza i ocenoza, nawet w klasach I-III, gdzie powinny być tylko oceny opisowe, jest załamująca. Słyszałam, że są dyrektorzy, którzy nauczycielom i wychowawcom dyktują, ile w semestrze mają powystawiać ocen cząstkowych. Pokutuje u nas myślenie, że dużo ocen równa się temu, iż dziecko się dużo uczy.

Za swój najszczęśliwszy dzień w pracy uważam chyba ten, kiedy po ośmiu latach odchodziłam ze szkoły społecznej do monstessoriańskiej i dwie klasy biły mi brawo na stojąco, i nie chciały przestać. Miałam też super dzień, gdy zobaczyłam po raz pierwszy klasę, którą prowadzę od trzech lat w szkole, gdzie obecnie pracuję – dzieci uzdolnione i sportowo, i artystycznie.  To mnie buduje.

Sylwia Murawska-Oleksińska, w zawodzie 25 lat, nauczycielka języka polskiego i wychowawczyni w szkole publicznej, obecnie dyrektorka szkoły podstawowej w Warszawie

Świadomie podjęłam decyzję, że zostanę nauczycielką. Kiedy byłam małą dziewczynką, w wieku szkolnym, „próbowałam” uczyć rodzeństwo moich kolegów i koleżanek. Organizowałam im szkołę i klasę w moim mieszkaniu. Tablicą były drzwi od szafy, a kreda, którą pisałam, była widoczna wszędzie (śmiech). Sprawiało mi wiele radości, kiedy moja młodsza siostra pytała, kiedy znowu będą lekcje. W liceum już byłam ukierunkowana. Wiedziałam, że chcę być nauczycielką. Trafiłam akurat na pedagogów, którzy mi imponowali.

Swoją pracę kocham i przeżywam w niej dużo szczęśliwych chwil. Zawsze z niecierpliwością czekam na wyniki egzaminów i z radością przyglądam się sukcesom dzieci, młodzieży, nauczycieli. Uwielbiam patrzeć, kiedy dzieci przygotowują przedstawienia. Obserwować, jak się rozwijają, jak stają się świadomi tego, czego pragną w życiu.

Sądzę, że polska szkoła próbuje iść ku dobremu, niestety często pracownikom oświaty podcina się skrzydła. Bez zgód wielu osób i organów nic nie możemy zrobić, nie możemy podjąć żadnej decyzji. A przez to i dzieci, młodzież nie mogą konstruktywne myśleć. Za dużo materiału, za dużo nauki na pamięć, lektury „słabe”, nie na dzisiejsze czasy.

Gdybym została ministrą ds. oświaty na pewno dałabym większą autonomię dyrektorom, wróciłabym do gimnazjów, zmieniłabym listę lektur i na 100 proc. zwiększyłabym pensje nauczycielom.

Czytaj również: Nauczyciel Przemek Staroń o antylękowych mocach literackich bohaterów

Jolanta Mil, 30 lat w zawodzie, emerytowana nauczycielka wychowania fizycznego w szkołach ponadpodstawowych w Gdańsku

Zostałam nauczycielką, bo mama była nauczycielką chemii, a po skończeniu AWF-u, na kierunku pedagogicznym, chciałam pracować z młodzieżą i zaczęłam od pracy w IV liceum w Gdańsku. Bardzo lubiłam sport i pragnęłam łączyć go z pracą z młodymi ludźmi.

Podobało mi się, kiedy pracowałam w technikum budowlanym. Kadra była pół na pół (kobiety i mężczyźni) – uważam, że to było zdrowe. Bardzo dobrze się pracowało. Nie było żadnych intryg, donosów, plotek. Według mnie kadra powinna być zrównoważona płciowo, bo przewaga jednej grupy zawsze jest szkodliwa.

Jeden z najszczęśliwszych dni jako nauczycielka przeżyłam na nartach, kiedy spotkałam byłą uczennicę, która mi podziękowała za to, że nauczyłam ją jeździć i że dzięki mnie pokochała ten sport.

Czy dziś ponownie wybrałabym ten zawód? Nie wiem. Powołanie powołaniem, ale nauczyciele w Polsce tak mało zarabiają, że widziałabym się raczej w turystyce. Bardzo lubię podróżować, w ciągu swojej pracy zawodowej organizowałam dla młodzieży obozy wędrowne, kajakowe i narciarskie. Może więc raczej wybrałabym tę drogę.

Dr Joanna Stępień, szósty rok pracy dydaktycznej na Uniwersytecie Gdańskim

Nauczycielką zostałam bardziej przy okazji, chociaż nie przez przypadek. Nigdy nie brałam pod uwagę tego zawodu. W trakcie studiów nawet nie uczęszczałam na kurs pedagogiczny. Choć możliwe, że w jakimś stopniu praca nauczycielki była mi pisana. Przez jakiś czas nauczycielką była moja mama, więc w domu o tym zawodzie się rozmawiało, ja zaś od szkoły podstawowej pomagałam koleżankom i kolegom w lekcjach, później dając regularne korepetycje. Niemniej odkąd pamiętam chciałam studiować medycynę i zostać lekarką. Przewrotnie po 10 latach od ukończenia studiów zostałam wykładowczynią akademicką.

Po kilku latach pracy muszę przyznać, że polubiłam akurat tę część mojego obecnego zawodu. Praca ze studentami daje nieco wytchnienia od żmudnej pracy badawczej. No i daje też satysfakcję. Odczuwam ją zwłaszcza po końcowych egzaminach studentów i obronach pracy dyplomowych, kiedy przychodzą już na luzie porozmawiać i podziękować. Wypuszczamy dorosłych ludzi w świat, przygotowanych do tego, żeby sobie w nim radzić, nawet jeśli nie pozostaną w wyuczonym zawodzie.

Po sześciu latach pracy dydaktycznej patrzę na ten zawód zupełnie inaczej niż kiedyś. Mam jednocześnie świadomość, że przy obecnym systemie szkolnictwa i nauki w kraju pozostaną w nim głównie najbardziej wytrwali nauczyciele. Albo tacy, którzy mogą sobie na to finansowo pozwolić, mając np. dobrze zarabiającego partnera.

Trudno mi odnosić się do całego systemu edukacji w Polsce, ponieważ nigdy nie uczyłam w szkole podstawowej czy średniej. Natomiast w szkolnictwie wyższym i nauce problemy sprowadzają się w dużej mierze do tego, co jest bolączką w ogóle sektora publicznego w kraju, czyli do niedofinansowania. Nie chodzi jednak jedynie o wynagrodzenia, choć te pozostawiają wiele do życzenia, szczególnie dla młodszej kadry akademickiej, ale o cały system finansowania uczelni w Polsce. Łączne nakłady nominalne na wszystkie polskie uczelnie są takiej wielkości jak na jedną prestiżową uczelnię amerykańską czy brytyjską. Już sam ten fakt powinien dać dużo do myślenia. Bez odpowiednio wysokich nakładów finansowych nie ma możliwości konkurowania z uczelniami z innych krajów i realizacji nowatorskich badań naukowych. Dużą część projektów badawczych realizuje się w polskich uczelniach z grantów zewnętrznych, często międzynarodowych. Nawet wyposażenie czy remonty budynków uczelni w Polsce w ostatnich 15 latach finansowano głównie ze środków europejskich. Innym problemem w środowisku akademickim jest przeciążenie obowiązkami sprawozdawczymi i nadmiarem godzin dydaktycznych. Często rozmawiam ze znajomymi, którzy pracują na uczelniach w innych krajach europejskich i prowadzą w jednym semestrze max 2-3 grupy studentów, ja mam ich zwykle 7-8, a bywa i więcej jeśli wpadną jeszcze godziny z zastępstw. Nadal funkcjonujemy w systemie, w którym im więcej studentów na uczelni, tym większe otrzymuje ona pieniądze, a to przekłada się na znaczne obciążenie dydaktyką. Co gorsza, na koniec jesteśmy na uczelniach oceniani i rozliczani z pracy badawczej, a nie pracy ze studentami. W tak zorganizowanym systemie trudno, aby polskie uczelnie znalazły się na wysokich pozycjach w rankingach międzynarodowych.

Świat polityki jest mi coraz bardziej obcy, szczególnie patrząc na efekty reform wprowadzanych w Polsce od trzech dekad. Wszystkie bolączki i problemy systemu szkolnictwa w kraju są zdiagnozowane i powszechnie znane. Ale tak długo jak wprowadzane reformy będą służyły do rozgrywek politycznych, nie należy spodziewać się realnej poprawy sytuacji. Życzyłabym sobie, żeby edukacją, także na poziomie ministerstwa zajmowali się ludzie, którzy mają i szerokie rozeznanie w temacie edukacji, i wystarczająco dużo empatii. Tacy, którzy nie wprowadzaliby zmian, dzielących i niszczących środowisko nauczycieli czy pracowników akademickich, gdy zauważą, że politycznie da się na tym coś ugrać.

Dr Krzysztof Piasecki, 20 lat pracy dydaktycznej na Uniwersytecie Warszawskim

Nauczycielem zostałem właściwie przypadkiem. Po prostu prowadzenie badań na uniwersytecie wymaga nauczania. Szybko jednak chwyciłem haczyk i polubiłem to. Gdy po długich staraniach o dobre nauczanie otrzymałem od studentów nagrodę dydaktyczną, poczułem się szczęśliwy, mówiąc sobie: „To była dobra robota”.

Lubię nauczać, bo widzę, że to odnosi skutek. Uczę również siebie, przypominając i utrwalając sobie wiedzę. Myślę, że jeśli wchodzimy w epokę społeczeństwa opartego na informacji i mądrego w sensie wiedzy i myślenia, to edukacja jest niezmiernie ważna. Edukując, czuję że moje działanie ma sens, więc tak, ponownie też zostałbym nauczycielem.

Polski system edukacji jest pewną hybrydą, która łączy dobre i niedobre wątki. Matematycznie gimnastykujemy sobie główkę, ale w wielu przedmiotach króluje encyklopedoza. Dramatycznie niskie pensje nauczycieli szkół państwowych działają jak filtr skłaniający tych ambitniejszych do odejścia. To trzeba koniecznie zmienić. Niekiedy używa się programu historii jako narzędzia formującego turbopatriotyzm, a przecież historia zawiera też przestrogi dla nas przed skutkami trybalizmu. Poza tym, za dużo w szkołach państwowych pokątnego związku z religią, a to przecież szkoła państwa, które ma być świeckie.

Jako minister ds. oświaty zacząłbym od zawalczenia o podniesienie wynagrodzeń nauczycieli, aby przestali uciekać. I powiem rzecz niepopularną: powołałbym komisję, która policzyłaby ilość niedokumentowanych nadgodzin, bo obawiam się, że mamy czasem do czynienia z cichym niewolnictwem. Bez wątpienia zawalczyłbym o udrożnienie łączy i sprzętu komputerowego w szkołach. Na płaszczyźnie treści, zmniejszyłbym encyklopedyczność w szeregu miejsc, a kładłbym nacisk na myślenie, rozważanie i angażowanie. W kwestii angażowania, doposażałbym szkoły w pomoce dydaktyczne, w tym elektroniczne. Ponadto, zadbałbym o dostawienie do edukacji rodzinnej, mądrej edukacji seksualnej.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Jak język wpływa na osobowość?

Czy mówiąc innym językiem niż mój ojczysty, staję się inną osobą? W jaki sposób język, którym się posługuję…
odręczne pisanie ćwiczy mózg

Odręczne notatki ćwiczą mózg

Mózg podziękuje ci, jeśli będziesz starał się pisać odręcznie. To doskonałe ćwiczenie, które w przeciwieństwie do pisania na…
trening mózgu

Trening mózgu – percepcja

Trening percepcyjny jest fundamentem aktywizacji mózgu. Wspiera harmonijny rozwój dzieci i młodzieży, gdyż rozwijając zdolności wzrokowo-przestrzenne ćwiczy także…