Dłonie

5 udostępnień
5
0
0

Bez pośpiechu nakładam wełniany pulower. Zdejmuję z półki pudełko pierników. Żegnam wzrokiem goldenkę Honey, która cicho pochrapuje na miękkim legowisku i ruszam w odwiedziny do mamy. Dziś nasz rytualny wieczór z rummikubem.

Mama wita mnie szerokim uśmiechem i jeszcze szerszym uściskiem. Na stole czekają już dzbanek herbaty, klocki i tabliczki do gry. Wstępne pogaduchy ograniczamy do minimum. Dziś rządzi rummikub.

Pierwszy łyk herbaty biorę, jednocześnie układając klocki. Mama liczy je, smakując pierniczka. Zgadza się, jest 14.

– Losujmy, kto rozpoczyna! – rzuca komendę.

Ech, cóż z tego, że wylosowałam klocek o wyższym numerze, skoro nie mogę jeszcze wyłożyć żadnej sekwencji. Dobieramy więc kolejne.

Zatrzymuję wzrok na maminych dłoniach. Nigdy wcześniej nie patrzyłam na nie tak uważnie. Są jak mapa odległych krain. Zmarszczki niczym wzgórza i doliny, poprzecinane rzekami ledwo widocznych żyłek. Kiedyś piękne i smukłe, dziś chorobowo opuchnięte, wykrzywione reumatyzmem palce, wskazują na szmat drogi, jaką przebyły z ich właścicielką. Ile w tych dłoniach jest historii? Ile pracy przez nie wykonanej, czułych gestów, którymi przez lata mnie karmiły: pocieszając, dodając otuchy, pielęgnując, wyrażając troskę, wspierając. Zresztą na takie gesty wciąż mają siłę, wciąż wyrywają się do nich z ochotą, jakby ich przeznaczeniem było opiekować się i przekazywać miłość.

– Schodzisz czy dobierasz? – maminy palec z niecierpliwością stuka w stół, wyrywając mnie z nostalgii.

– Tak, tak już dobieram – odpowiadam.

Na stole pojawiają się czerwone klocki w sekwencji 2, 3, 4, 5 oraz trzy szóstki, pomarańczowa, czarna i niebieska. Łącznie dając sumę 32. Mama idzie jak burza. Ja zaś znów zawieszam się na jej dłoniach. Ile uścisków one podarowały, ile dzieci wygłaskały, ile otarły łez? A ugotowane obiady, wytrzepane dywany, pozmywane naczynia, wydźwigane zakupy, ułożone bukiety, udekorowane choinki?

– Dżoker! – wykrzykuje mama. I jest to okrzyk triumfu, bo tym razem dobrany przez mamę klocek sprawił, że ja przegrywam z kretesem.

W gruncie rzeczy jednak czuję się wygrana. Jestem szczęściarą, że dane mi było dorastać pod opieką tych dłoni, dłoni, które za kilka dni będą świętować 80-lecie swojej pracy na ziemi.

– Jakaś dziś, córuś, jesteś nieobecna – spostrzega mama. – Coś się stało? Coś Cię trapi? – dopytuje, znów gotowa na wsparcie.

– Nie, nie, mamo, wszystko w porządku – mówię, głaszcząc jej dłonie. – Kocham Cię.

W cyklu Momenty przeczytaj też: Potwór i Filiżanka

2 komentarze
  1. To bardzo piękny tekst pod którym podpisuje się, dedykując go również mojej mamusi, do której niestety nie mogę tak po prostu WPAŚĆ na herbatkę.
    Czytając, czułam ciepło i zapach PIERNICZKÓW. Dziękuję. KASIASZ

    1. Dziekuję za przemiły komentarz. Cieszę się, że mój tekst przyniósł radość nie tylko mojej mamie. Ciepło pozdrawiam. Ewa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać
potwór

Potwór

Dzieci potrafią nas, dorosłych, przenieść do innego świata. Oderwać od logicznej, poważnej, rządzącej się określonymi regułami rzeczywistości. W…
sztuka zen w łucznictwie

Sztuka zen w łucznictwie

Co wspólnego ma sztuka zen z łucznictwem? To zapewne pierwsza myśl, która pojawia się w naszej głowie. Okazuje…
pomarańcze

Pomarańcze

Na stole obok półmiska z pomarańczami rozsypuję garść goździków. Gdy pierwszy z nich przebija mięsistą skórkę cytrusa, dzieje…