Dlaczego już nie jestem katoliczką?

48 udostępnień
48
0
0

Śledząc wydarzenia w Kanadzie, związane z odkryciem kolejnych masowych grobów dzieci zamęczonych w przymusowych szkołach prowadzonych przez Kościół, czytając o atakach na tamtejsze katolickie szkoły, myślę, że wściekłość ludzi na Kościół nie wynika wyłącznie z oburzenia na ogrom zła, jakiego ten dopuścił się wobec dzieci. Za tym stoi też wstyd. Wstyd, że całe pokolenia dały się oszukać, że brały udział w wielkiej religijnej mistyfikacji.

Gdy ktoś jest lub jak ja był katolikiem, ale nie takim na pół gwizdka, tylko naprawdę wierzącym, zapewne doświadczył rozmaitych traum związanych z religijnymi praktykami. Miażdżące poczucie winy, wypalający trzewia wstyd czy mrożące krew w żyłach przekonanie, że jest się najgorszym człowiekiem na świecie, bo zgrzeszyło się myślą, mową lub uczynkiem, to w zasadzie codzienność zagorzałego wyznawcy. Religia wbija człowieka w poczucie grzeszności, ale i – voilà – wyciąga do niego pomocną dłoń w postaci rozgrzeszenia.

Jeśli grzesznik chce doznać ulgi, leci do spowiedzi, by wyznać panu za kratką swoje głęboko skrywane tajemnice. Pan za kratką – niczym czarownik – może zdjąć z nas zły urok. Wystarczy, że wypowie: „Ja odpuszczam tobie grzechy… idź i nie grzesz więcej”. Oczywiście pan za kratką dobrze wie, że grzesznik zawsze będzie grzeszyć (jak nie tak, to inaczej), ale myk w tym, by grzesznikowi dać chwilę wytchnienia. Ulga uzależnia. Rozgrzeszenie funkcjonuje jak narkotyk, po który grzesznik będzie wracał. A o to, żeby wracał i żeby się uzależnił właśnie tu chodzi.

Jak to jednak z każdym uzależnieniem bywa, ulga ma swoją cenę.

– Kiedy pierwszy raz poszedłem do spowiedzi i miałem wyznać księdzu, że się masturbuję, myślałem, że umrę – opowiada mój znajomy. – Strasznie się bałem. Wstyd mnie paraliżował. W zasadzie byłem jeszcze dzieckiem, któremu wmówiono, że zajmując się swoim ciałem, dopuszcza się nieczystości, czegoś ohydnego. Czułem, że jestem zły, nic niewart, obleśny i słaby, bo nie potrafię zapanować nad instynktami. Próbowałem o tym, co robię mówić księdzu enigmatycznie. Przez gardło nie przechodziły mi słowa „onanizm” czy „masturbacja”. Ale on nie ułatwiał mi sprawy. Dopytywał: „Jak to robisz?”, „Jak często?”, „O czym wtedy myślisz?”. To było jak tortury. Odchodziłem od konfesjonału na miękkich nogach. Chciało mi się rzygać. Rozgrzeszenie nie przyniosło oczekiwanej ulgi. Przeciwnie, czułem się brudny, jakby mnie zgwałcono.

A jednak ów znajomy do konfesjonału wracał. Musiał wrócić, wszak był dorastającym chłopakiem, hormony w nim buzowały, to że jego myśli będą krążyły wokół seksu, było oczywiste. Skoro wierzył, że seksualność jest grzeszna, musiał wracać po rozgrzeszenie. Wplecenie tego zagadnienia w struktury „grzeszności”, obudowanie go winą i wstydem, pozwoliło złapać chłopaka na haczyk. Wytworzyło potrzebę bycia rozgrzeszonym i przeniosło możliwość rozwiązania problemu ze sfery wewnętrznej (niezależnej) na sferę zewnętrzną (zależną; rozgrzeszyć może jedynie ksiądz).

– Jako wierzący uznawałem seks za zło, więc kiedy ulegałem swoim seksualnym instynktom, obracałem to w nienawiść do siebie – opowiada. – Nienawidziłem siebie za słabość, ale także czułem nienawiść do świata, przede wszystkim do kobiet – że kuszą, że prowokują. To było chore. Pogardzałem kobietami, a jednocześnie ich pożądałem. W głębi ducha zaś czułem ogromną pogardę do siebie. Wpłynęło to na wiele sfer mojego życia, na poziom tłumionej złości, na poczucie własnej wartości. Widzę to dziś, po latach terapii. Nie było prosto wyzwolić się z tego obłędu.

Ukrzyżowani

Działanie religii nie różni się niczym od działania sekty. To tylko kwestia nazwy i skali.

Indoktrynacja, zniewolenie, manipulacja, kontrola, dotykające wszystkich sfer naszego życia, są tak samo obecne zarówno w systemach religijnych, jak i sekciarskich. Umiejętne żonglowanie strachem, karą i nagrodą pozwala tresować wyznawców na dowolne sposoby.

– Wychowywałam się w rodzinie bogobojnych ludzi – opowiada mi koleżanka. – Celowo używam tego określenia, bo z perspektywy czasu widzę, że całym życiem moich rodziców kierował strach przed karą i gniewem bożym. Dzieciństwo wspominam głównie jako pasmo zakazów, nakazów i powinności. Nie można się złościć, bo to grzech, nie można pyskować, sprzeciwiać, stawiać swoich granic, bo to grzech – nie szanujesz przecież wtedy matki i ojca swego, nie można się cieszyć z sukcesów, bo pycha, nie można rozsmakować w jedzeniu, bo nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Grzechem była każda przyjemność i każdy popełniony błąd. Doprowadziło mnie to do takiej schizy, że gdy byłam nastolatką, doszłam do wniosku, że w zasadzie, żeby nie grzeszyć, powinnam przestać żyć. W wieku 16 lat podjęłam pierwszą próbę samobójczą.

Najsprytniejszym zabiegiem w tresurze jest zastąpienie realnej nagrody, nagrodą odsuniętą w czasie czy nagrodą domniemaną. W katolicyzmie taką wizją nagrody jest zbawienie, pośmiertna nobilitacja. Żeby jej jednak dostąpić, trzeba spełnić szereg warunków. Po pierwsze, nie grzeszyć. Po drugie, dać się ukrzyżować.

Może zainteresuje Cię: Dobre intencje

– Nie ma chyba nic gorszego niż wychowywać się wśród „świętych” – dopowiada inna znajoma, z „dobrego, katolickiego domu”. – Moi rodzice byli lekarzami, zdawać by się mogło, że to ludzie nauki, więc powinni kierować się jakimiś racjonalnymi przesłankami. Ale głównie sterowała nimi moralność katolicka i przekonanie, że trzeba nieustannie równać do świętości. A co oznacza świętość w katolicyzmie, którego głównym symbolem jest krzyż? – cierpienie, złożenie swojego życia w ofierze. Moi rodzice mieli ku temu doskonałe okoliczności, bo oprócz mnie urodziło się im również niepełnosprawne dziecko. Całe życie podporządkowali więc uświęcaniu mojego brata i siebie, jako męczenników. Żyjąc wśród świętych i ofiar, cały czas czujesz się winna, gorsza, często jak oprawca. Ja żyłam z nieustannym, długo nieuświadamianym poczuciem winy. Że nie spełniam ich oczekiwań, nie staję na wysokości zadania, nie jestem wystarczająco święta. Dzieciństwo wspominam jako… wyczerpujące. Smutne i samotne. Po latach odkryłam, że w zasadzie nie znam swoich rodziców. Nie wiem, jakimi byli ludźmi. Znam tylko ich święte figury. Często się zastanawiam, czy to nie wpłynęło znacząco na to, że dziś, jako osoba dorosła wciąż mam problem z tworzeniem autentycznych, zwyczajnych relacji. Z jednej strony mam alergię na świętość, a z drugiej, pogardzam tym, co ludzkie. Myślę, że ten mój „święty” dom w jakiś sposób na trwale mnie ukrzyżował.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
wątpliwości

Pożytki z wątpliwości

Często zastanawiam się, jak to jest być czegoś pewnym. Być pewnym tak, że nie jest to w żaden…

Dlaczego nie jemy psów?

4 września ulicami Warszawy po raz kolejny przeszedł Marsz Wyzwolenia Zwierząt. O co chodzi z tym wyzwoleniem? –…
starość

O doświadczeniu starości

Prawdopodobnie jestem stara. Pierwszy raz pomyślałam o tym kilkanaście lat temu. Dziś jednak muszę przełknąć tę żabę. W…
czas

Czas – przyjaciel czy wróg?

Nadano mu wymiar magiczny, spersonifikowano w mitologii, zmierzono w fizyce. Można go komuś zabrać, można go zająć, wykorzystać,…
nieuczciwość

Nieuczciwość

O nieuczciwości myślimy wtedy, gdy słyszymy o jakimś przekręcie, oszustwie na dużą skalę czy innej haniebnej niegodziwości. Kojarzymy…

Ty też możesz być Beatą K.

Fala pomyj wylała się w ostatnich dniach na polską piosenkarkę, którą zatrzymano za jazdę po pijaku. To ciekawe,…