danuta wawiłow klan
źródło: Wydawnictwo Buka

Danka Wawiłow i jej KLAN (Klub Ludzi Artystycznie Niewyżytych)

66 udostępnień
66
0
0

W czasach, gdy nie było jeszcze telefonów komórkowych, internetu, mediów społecznościowych, aplikacji do połączeń online, stworzyła w Polsce społeczną sieć, w ramach której młode artystyczne dusze odkrywały swoje talenty. We wspomnieniach osób, które wyszły spod skrzydeł KLAN-u, Danuta Wawiłow nieustająco figuruje jako znacząca postać na mapie ich życia.

Jestem „dzieckiem” KLAN-u (pseudonim Ruda) – stworzonego przez Danutę Wawiłow ogólnopolskiego stowarzyszenia młodych twórców. W latach 90. XX wieku KLAN skupiał ludzi w wieku mniej więcej 14–20 lat, którzy nie tylko pisali wiersze czy prozę, ale też tańczyli, grali na różnych instrumentach, zajmowali się fotografią (np. Marta Kasprzyk, Gutek Zegier) czy teatrem (np. Agnieszka Duda, Bartek Kasprzykowski).

Wiele ze stworzonych przez nas – członków stowarzyszenia – wierszy ukazywało się, jako przykłady tego, jak pisać poezję, w felietonach Wawiłow w „Filipince” (popularnym w tamtym okresie czasopiśmie dla młodzieży). W 1995 roku została wydana nawet antologia pt. Cześć poeci i poetki, czyli jak pisać wiersze z ilustracjami Magdy Falskiej, dziś architektki pracującej w Szwajcarii.

W ramach KLAN-u większość z nas zajmowała się edycją, redakcją i wydawaniem swojej poezji. Standardowo były to tomiki A4 odbijane na ksero, ale zdarzały się cuda takie, jak np. kolaże Olgi Szkolnickiej, która była jedną z pierwszych promotorek życia zero waste (dziś m.in. prowadzi artystycznego bloga Nie mam większych zmartwień) albo te klejone na zużytej rolce papieru toaletowego Krzyśka Piaseckiego (dziś dra hab. fizyki UW).

– Kiedy skończyłam ósmą klasę podstawówki i dostałam list od Danki z zaproszeniem do Śmigla (miejsce zjazdów członków KLAN-u – red.), to było jak list z Hogwartu – wspomina Olga Szkolnicka, tłumaczka, animatorka społeczna, współzałożycielka festiwalu Kręgi Kobiet. – Śmigiel był wydarzeniem zmieniającym życie. Przez kolejne trzy lata KLAN nadawał rytm moim pozaszkolnym aktywnościom – pisaniu i czytaniu listów, wierszy, tomików. Wchodziły w to również weekendowe wyjazdy na KLAN-owe nocki do znajomych rozsianych po całej Polsce, no i pobyty pod wiatrakami. Danka była w tym wszystkim łączniczką, punktem odniesienia i autorytetem. Była pierwszą dorosłą osobą, która widziała w nas – wtedy nastolatkach – osoby kompletne, twórcze. Autentycznie ciekawa tego, o czym myślimy i jacy jesteśmy. Przy Dance można było być sobą i już samo to wyzwalało w ludziach niesamowitą kreatywność. Nie animowała, tylko zachęcała. Pozwalała na wolność, uczyła odpowiedzialności, dzieliła się zajawkami. To dzięki niej poznałam muzykę Coja, japońskie haiku, w jej mieszkaniu pierwszy raz oglądałam „Hair”, w wiatraku słuchałam opowiadań Borgesa. Nie wiem, jak jej się to udało, ale w erze bez internetu – tylko za pomocą listów, telefonów, felietonów w „Filipince” –  udało jej się stworzyć autentyczną, żywą społeczność. Połączyła wiele osób bardzo trwałymi więzami. Niektóre z tych przyjaźni trwają do dziś i już samo to, że ktoś „był  w KLAN-ie” jest dla mnie swoistym znakiem jakości.

Spotkania, twórczość, więzi

Co tydzień w stolicy spotykaliśmy się w podziemiu I SLO na ul. Bednarskiej (przez chwilę również w pizzerii UFO na warszawskiej starówce), ale przez graffiti, które ktoś (nie od nas jak się okazało) nasprayował na zabytkowej kamienicy, musieliśmy się stamtąd ewakuować. Raz do roku, w wakacje, mieliśmy swój „poetycki Jarocin” – jak mówiła Danka – w Śmiglu albo w Tleniu na Kaszubach. Pierwszy zlot, na którym było około 30 osób, opisała w „Filipince”:

Czas w Śmiglu płynął inaczej niż gdziekolwiek na świecie. Zasypialiśmy koło czwartej rano, po nocy pełnej rozmów, wierszy, zwierzeń, happeningów i szaleństw. Spaliśmy w śpiworach, rozłożonych pod wiatrakiem. Budziliśmy się późno. Jedliśmy byle co. Chodziliśmy w byle czym. Kosmetyki i stroje poszły w kąt już pierwszego dnia. Nie mieliśmy nawet lustra, ale – ciekawa rzecz, żadna z dziewczyn nie zauważyła jego braku.

Naszym spotkaniom towarzyszyły grube kroniki – Danka przynosiła wielki zeszyt, do którego wpisywaliśmy – oprócz wierszy – swoje motta, przemyślenia, czasami jakiś przepis na nieistniejącą potrawę, a wszystko było uzupełnione rysunkami i komiksami. Raz na jakiś czas ktoś dostępował zaszczytu „wypożyczenia” kroniki i mógł w spokoju zapoznać się z jej treścią, bo normalnie była wyrywana z rąk do rąk.

Był to niesamowity czas. O dziwo na tych „poetyckich Jarocinach” zawsze dopisywała nam pogoda, więc „warsztaty literackie” odbywały się na dworze. Każdy czytał swój wiersz sam, najczęściej po raz pierwszy w życiu, w gronie zupełnie obcych osób.

Dla wielu był to szok. Ale serdeczne i pełne zrozumienia przyjęcie, życzliwość, przyjacielska i nienatrętna krytyka sprawiały, że wszyscy od razu przestawali się bać i wstydzić. Jak w wierszu, który kiedyś napisałam: „I nikt nikogo/ nie będzie się bać/ i nikt z nikogo nie będzie się śmiać/ i każdy będzie rozumiał każdego” – wspominała Danka. – Pod wpływem tego wszystkiego ludzie się otwierali, pozbywali lęków i kompleksów, odkrywali w sobie cechy i talenty, których sami w sobie dotąd nie podejrzewali. I chyba nie było wśród nas nikogo, kto wyjechałby ze Śmigla taki sam, jaki był przed przybyciem do niego. Pod śmigielskim wiatrakiem zrodziła się prawdziwa wspólnota. Poczucie siły, bezpieczeństwa i ciepła, świadomość tego, że w różnych miastach Polski są bliscy ludzie, do których zawsze można napisać, posłać im swoje wiersze, a w chwili chandry pakować plecak i do nich pojechać.

Dodam, że na większość z tych podróży, ze zlotami włącznie, młodzież jeździła autostopem. Prawa człowieka, prawa zwierząt, ekologia, pełna akceptacja wszystkiego, co żyje, poczucie nieskrępowanej wolności – to wszystko było tak naturalne w KLAN-ie, że Danka – gdyby żyła – dziś na pewno byłaby nominowana przez nas do Pokojowej Nagrody Nobla.

Z tych kilku lat spędzonych z nią nie pamiętam ani jednego przypadku przemocy rówieśniczej (choć animozje i kłótnie między nami się zdarzały) czy problemu z narkotykami. Wielu z nas było tzw. trudną młodzieżą, kilka osób uczyło się w Kącie (Młodzieżowym Ośrodku Socjoterapii – red.) albo w technikach poniżej swoich możliwości intelektualnych, bo miało problem z przystosowaniem się do tzw. normalnej szkoły. Danka miała niezwykłą charyzmę, nie była ingerująca, nie zadawała napastliwych pytań jak nauczyciele w szkole i niczego od nas nie wymagała. W deszczowe dni wyłapywaliśmy skorki (czyli szczypawki) z namiotów albo gnieździliśmy się w środku prawdziwego wiatraka w Śmiglu i prowadziliśmy bardzo poważne rozmowy. Ale bez zadęcia, bez sztywności. Było tam też miejsce na takie rzeczy jak wróżenie z ręki (Danka), z tarota (Marta Kasprzyk) czy dawanie sobie terapeutycznych głasków.

– Przeżycie zlotu w Śmiglu było doświadczeniem oszołamiającym, które odmieniało wnętrze – wspomina Krzysiek Piasecki, jedno z KLAN-owych „dzieci”. – Od tylu osób wrażliwych i otwartych na innych bił ogromny magnetyzm. W KLAN-ie unosił się duch bosego włóczęgi Stachury. Ludzie jeździli do siebie w poprzek całego kraju – byle czym, często autostopem, żeby tylko się zobaczyć. Pewnego dnia grupa ludzi poszła na warszawską Starówkę rozdawać odbite na ksero tomiki swoich wierszy, boso, w hipisowskich ubraniach. Innym razem na rynku w Śmiglu zaimprowizowaliśmy pantomimę. Chodziło się na recitale zespołu W Proszku, gdzie śpiewała Kasia Ziemińska – nasza poetka i gitarzystka klasyczna. A już po rozejściu się KLAN-u kilkoro z nas stało się autorami prozy poetyckiej i poezji, jak Monika Mostowik, Dominik Bielicki, Sylwia Chutnik, Jadwiga Malina czy Aneta Kamińska.

– Na weekendowe zjazdy na Bednarską przyjeżdżała młodzież z całej Polski. Spaliśmy na podłodze w śpiworach, czasami Danka razem z nami jak królowa. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to niesamowite, że tyle rzeczy robiła extra, bo nie sądzę, żeby dostawała za to jakieś dodatkowe wynagrodzenie albo „realizowała grant” – jakbyśmy dziś powiedzieli, aczkolwiek w którymś z felietonów wspomina, że będzie się starać o dofinansowanie z ministerstwa. Na jej apel z „Filipinki”, by ludzie nie bali się pisać wierszy, przyszło tyle listów z poezją, że zwołała zlot – każdy, kto napisał do jej rubryki w „Filipince” dostał pisemne zaproszenie na zjazd z charakterystycznym odręcznie wykonanym przez nią kwiatkiem.

W felietonach Wawiłow z „Filipinki” znalazłam niedawno kilka wierszy Justyny Bargielskiej – obecnie autorki m.in. wielokrotnie nagradzanych Obsoletek. Z KLAN-u wywodzi się też pisarka Eliza Piotrowska, na co dzień mieszkająca w Brazylii.

– Energia i entuzjazm Danki wyzwoliły w nas tyle energii, że z ekipy nieśmiałych dzieciaków staliśmy się otwartymi ludźmi z twórczą pasją i zwariowanymi pomysłami na życie – wspomina Magda Falska, ilustratorka naszych wierszy. – Najlepsza rada, jaką usłyszałam w życiu pochodzi właśnie od Danki. Brzmiała ona: „Jak strasznie chcesz zrobić coś niemożliwego, to lepiej chociaż spróbować, niż później tego żałować”. Wtedy dotyczyła ona ekspresowego dotarcia na festiwal w Brodnicy i znalezienia w tłumie jednej osoby (jeszcze przed erą telefonów komórkowych), co mi się zresztą z przygodami udało i w różnych wariantach udaje do dziś. Pamiętam też jak Danka przychodziła pod liceum Dąbrowskiego, żeby pogadać i powróżyć moim koleżankom z ręki. Myślę, że ona rozumiała nas wszystkich lepiej niż my samych siebie.

Mądra przewodniczka

W KLAN-ie standardem było, że nastolatki tam przebywające nie były raczej wzorowymi uczniami (choć i takie wyjątki się zdarzały). Nierzadko były to zbuntowane, anarchistyczne, zagubione dusze. Wiele osób nosiło dready, ubierało się po swojemu, najczęściej przeciwko obowiązującym modom (w latach 90. raczej nikt nie miał markowych ciuchów, ale nawet jakby je miał, obciachem byłoby założenie ich na KLAN-owy zlot).

– Do KLAN-u trafiłam mając niecałe 16 lat i Danka uczyła mnie pewności siebie – opowiada Sylwia Chutnik, pisarka, działaczka społeczna, laureatka Paszportu Polityki w kategorii Literatura za rok 2008 za debiut Kieszonkowy atlas kobiet – Bardzo szybko mnie dowartościowała, dodała mi skrzydeł. W zasadzie od pierwszego spotkania z nią w ciągu tygodnia moje życie zawirowało – przestałam jeść mięso, poznałam punków, w ogóle weszłam w super życie, które prowadzę do tej pory. Danka od początku wspierała mnie w tym, co robię. Nie robiła tego jednak ze sztucznym entuzjazmem, lecz z autentycznym zachwytem. Pamiętam, że na 16. urodziny dała mi tomik swoich wierszy z dedykacją. Ten tomik mam do tej pory, mój syn też go czytał, a dziś ma już więcej lat niż ja wtedy. Napisała: Sylwce, z okazji 16 urodzin i w nawiasie (Jezu, ale szczęściara). Mogę śmiało powiedzieć, że to była osoba, która miała na mnie wielki wpływ, podobnie jak cały KLAN i ludzie z całej Polski, których wtedy poznałam i do tej pory z większością z nich mam kontakt. A to wszystko dzięki Dance i jej niebywałej charyzmie, której młoda osoba potrzebuje, szczególnie wtedy, kiedy nie może dogadać się z innymi dorosłymi. Dała mi nadzieję, że bycie dorosłym nie oznacza obciachu.

Wywiad z Sylwią Chutnik znajdziesz TUTAJ

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Fortuna z sałaty

Trzeba mieć głowę na karku i smykałkę biznesową, żeby zbić fortunę na… uprawie sałaty.  Udało się to Arturowi…