Czy jesteś gotowy walczyć za swój kraj?

17 udostępnień
17
0
0

Gdy czasem pytam znajomych, czy walczyliby za swój kraj, zwykle słyszę w odpowiedzi: „Żartujesz?! Spieprzał(a)bym z tego chorego kraju”. Niektórzy z tych znajomych już nawet pakują walizki. Mało kto chce dziś ginąć za wartości, takie jak ojczyzna czy religia. I być może nie dziwi to, że one przestały być wartościami, ale że w ich miejsce nie powstały nowe.

– Życie jest zbyt krótkie, żeby ginąć za cudze idee – tłumaczy mi swój punkt widzenia znajomy. – Czy ja głosowałem na obecną partię rządzącą, która doprowadza ten kraj do ruiny i cofa nas do epoki kamienia łupanego? Nie. Dlaczego więc mam cierpieć czy umierać za wartości, które nie są moimi? Zwłaszcza jeśli mam wybór. Mogę przecież wyjechać tam, gdzie moje wartości są cenione przez ogół. Jestem nie tylko Polakiem, jestem Europejczykiem, obywatelem świata. Jestem wolny, cenię tę wolność i gotowy jestem inwestować siły i energię tam, gdzie także inni uważają wolność za wartość nadrzędną. Ale z pewnością nie będę tracił zdrowia i życia na rzecz tych, którzy wolą zniewolenie i zamordyzm, i żeby nimi sterowano, jak baranami, bo sami nie potrafią zarządzać swoim życiem.

W zasadzie trudno się z argumentacją znajomego nie zgodzić. Jest wykształcony, zna języki obce, jest stosunkowo dobrze sytuowany, dość młody i na tyle zdrowy, że emigracja z kraju i adaptacja w nowej kulturze nie powinny stanowić dla niego wyzwania ponad jego siły. On i jemu podobni mogą w każdej chwili spakować walizki i ułożyć sobie w miarę wygodne życie poza granicami Polski.

Ale – myślę sobie – a jak zaraz nie będzie dokąd uciekać? No i ilu ludzi na taką ucieczkę zwyczajnie nie stać? Co z nimi? Owszem, niektórzy z nich jeszcze walczą. Wychodzą na ulicę, protestują, ale coraz mniej z nich wierzy, że ich starania do czegoś sensownego doprowadzą. Patrzą więc z rozpaczą, jak Polska się totalizuje i popadają w marazm.

– Dlaczego nie możemy się zjednoczyć? Dlaczego opozycja jest tak nieudolna? – zastanawiają się. – Dlaczego nie mamy siły przebicia i na naszych oczach wkracza do Polski taliban?

Zarys odpowiedzi na te pytania pojawił się w komentarzu Andrzeja Krajewskiego z dziennik.pl. Krajewski odnosi się w nim do sytuacji w Afganistanie, przyglądając się wartościom zachodniej cywilizacji oraz stosunkowi członków tej cywilizacji oraz reszty świata do owych wartości.

„Cóż (…) Europa, Ameryka Północna oraz kilka innych krajów, takich jak Australia, zamieszkanych przez niecały miliard ludzi, ma do zaproponowania pozostałym 7 miliardom mieszkańców globu?” – pyta. – „Poczucie wyższości i głębokie przekonanie, iż wszystko wie się najlepiej (…)? Idee równouprawnienia płci, chronienia przed dyskryminacją wszelkich orientacji seksualnych, gdy na co dzień zarabia się pół dolara i luksusem jest dostęp do bieżącej wody, zupełnie nie porywają. Zwłaszcza gdy nawet oczywiste prawa człowieka okazują się niemal wszędzie poza granicami Zachodu nie prawem, lecz przywilejem dostępnym dla nielicznych. (…) Nawet demokracja i wolność słowa już nie urzekają, bo implementowane w biednych krajach błyskawicznie zamieniają się w kleptokrację. Kojarzą się z korupcją oraz tym, że rządzący kradną na potęgę, przy okazji korumpując media”.

Według Krajewskiego „wartości, za które niegdyś ludzie gotowi byli ryzykować, a nawet oddawać za nie życie, jak religia i ojczyzna, już od dawna dla Zachodu są passe”, a to sprawia, że „w zderzeniu ze szczerze wierzącymi (jak talibowie) muzułmanami”, ludzie Zachodu są bezradni.

Rzeczywiście, religia i ojczyzna dla większości ludzi zachodniej cywilizacji przestały być już wartościami. I według mnie nic w tym dziwnego. Rozwój cyfryzacji, mobilność, otwarcie granic, pozwoliły ludziom czuć się bardziej obywatelami świata niż jednego miejsca, jednego kraju. A wiedza o mechanizmach działania religii na człowieka i ludzkie społeczności oraz ujawnianie syfu, jaki stoi za rozmaitymi systemami religijnymi – systemami władzy, skutecznie zdegradowały te systemy, odzierając je z wartości.

Rzecz jednak w tym, że omawiane tu wartości pełniły niegdyś istotną funkcję w ludzkich społecznościach – jednoczyły je. Tymczasem bez nich i bez poczucia strachu i zagrożenia, na jakich opierała się ta jedność, ludzi zachodniej cywilizacji obecnie trudno zjednoczyć. Trudno zjednoczyć ich dlatego, że wartości – zwłaszcza te wspólne – w ogóle przestały mieć dla nich realne znaczenie.

Wolność, na której bazuje demokracja i która teoretycznie powinna być taką wartością spajającą, zasadniczo wartością nie jest, bo ludzie Zachodu uważają, że jest ona ich niezbywalnym prawem, a nie przywilejem, że im się ona należy. Co więcej iluzja niezachwianej potęgi cywilizacji zachodniej i okopanie się w tej cywilizacji, bez wystawiania poza nią nosa, sprawiają, że większości z nas nawet przez myśl nie przejdzie, że owa cywilizacja to jednak nie cały świat. No i jeszcze wielu członkom tej cywilizacji przyświeca myśl, że przecież jakby co, mają gdzie uciekać.

Warto przeczytać: Z Teheranu do Tehranu – perski smak, polska wolność

Dopiero w nagłym zderzeniu z „barbarzyństwem” reszty świata (czyli w zasadzie większości), okazuje się, jak bardzo słabi i nieporadni w tej naszej „potędze” jesteśmy. Może dlatego też boimy się uchodźców. Boimy dopuścić tę resztę świata do nas, bo wiemy, że sobie z tym „barbarzyństwem” nie poradzimy, że ono nas pochłonie. Bynajmniej jednak nie dlatego, że zniszczy nasze wartości i wszystko, w co wierzymy. Tylko że ujawni przed nami, że nie wierzymy w nic i nic szczególnie nie stanowi dla nas wartości. Przynajmniej nie na tyle dużej, by przedłożyć interes własny nad wspólny i wystąpić razem w ich obronie.

Remedium na tę cherlawość naszej cywilizacji, jakie wymyśla wiele społeczności zachodnich, w tym m.in. obecnie rządzący Polską, to odbudowanie w narodzie dawnych wartości. Stąd tendencje do coraz większego nacjonalizowania się, do zamykania granic, do uporczywego wciskania ludziom haseł: „Bóg, honor, ojczyzna”. Tyle że to równie skuteczne, jak próby wmówienia ludziom, którzy dziś niemal organoleptycznie mogą sobie sprawdzić, że Ziemia jest okrągła, tego, że ona jest płaska. Obecnie, gdy ludzie mają dostęp do informacji, już nie tak łatwo wciskać im ideologiczny kit, omamić, zastraszyć, przekonać do „jedynie słusznej prawdy”, opętać ideologią. Dziś nawet do szczepień trudno przekonać masy. Trudno już zmusić tłumy, by szły jak owce na rzeź za jednym wodzem i jego racją. Dziś raczej każdy sam chce być sobie wodzem, choć do wodzenia może nie mieć żadnych kompetencji.

W dodatku cywilizacja rozleniwia. W porównaniu z resztą świata rzadko kto musi w niej codziennie walczyć o przetrwanie. Możemy prowadzić życie mocno zindywidualizowane, w naszych komfortowych sprywatyzowanych światkach, bez konieczności wsparcia wspólnoty i dbania o dobro tejże. W enklawach zamkniętych osiedli, własnych mieszkań, własnych posesji czujemy się panami siebie samych, przekonani o własnej niezależności i samostanowieniu, choć większość z nas żyje na kredyt i wysoce ponad to, na co realnie jest ich stać. Niemniej pozwala to nam śnić sny o potędze i zadzierać nosa, i odwracać się od wspólnoty, i nie myśleć o innych. Świat ludzi zachodniej cywilizacji zamyka się właściwie na nich samych, ewentualnie na ich małej rodzinie – bliskich i ogranicza do ich własnego podwórka.

Ostatnio na profilu na Facebooku pt. „Życie na Zanzibarze” prowadzący go Polak i biznesmen, który z sukcesem rozkręcił biznes turystyczny na Zanzibarze, zacytował rozmowę, którą przed kilkoma laty, gdy dopiero co przybył na tę afrykańską wyspę, przeprowadził z jednym z tamtejszych radnych. Wspominał, jak zaskoczyły go pytania, które wówczas usłyszał od tego radnego. Na przykład takie: „Po co wam tyle telewizorów?”. Radny słyszał, że na Zachodzie ludzie w domach mają przynajmniej jeden, a czasem nawet kilka telewizorów i nie mógł zrozumieć, po co im one.

„Czy wy się nie lubicie?” – pytał. – „My mamy jeden telewizor na kilka domów i spotykamy się razem, i oglądamy, a przy okazji wspólnie spędzamy czas. A wy nie lubicie się wzajemnie? Nie możecie razem z innymi oglądać?” – dopytywał nie mogąc pojąć.

Gdyby chcieć odpowiedzieć szczerze na to pytanie, pewnie trzeba by powiedzieć: „Nie, nie możemy razem oglądać. Bo każdy chce oglądać przecież coś innego”. Jednocześnie trzeba by też przyznać, że dla nas – ludzi Zachodu – istotniejsze jest to, co na ekranie, a nie spotkanie z drugim człowiekiem. Cywilizacja pozwala nam żyć w odosobnieniu. Przestaliśmy potrzebować wspólnoty i ją cenić. Przecież każda wspólnota to pewne ograniczenia, a to już jakiś zamach na naszą wolność.

I OK, wolność to piękna sprawa. Pod warunkiem, że cię na nią stać. I że masz świadomość, że ta wolność jednostkowa, którą teraz możesz się cieszyć, tak naprawdę jest efektem wielopokoleniowych działań wspólnotowych. Zaś w rozproszeniu staje się bardzo krucha. Indywidualnie preppersi z nas marni. Indywidualnie możemy sobie popieniaczyć w sieci, ewentualnie wstawić na fejsa swoją fotkę z błyskawicą. Nie da się jednak obronić wolności bez przedłożenia własnych racji, własnych zysków, nad dobro wspólnotowe.

– Jeśli chcesz, by świat wokół ciebie był przyjaznym miejscem, musisz o to zadbać – mówi mi koleżanka. – Nie możesz czekać, aż ktoś zrobi to za ciebie. Jak nie zadbasz o to, co dla ciebie ważne, to przyjdzie ktoś i urządzi ci ten świat po swojemu, a wtedy może być za późno na wdrażanie własnych wizji.

Ta koleżanka kilka miesięcy temu wprowadziła się do nowego bloku, na który składa się kilkanaście mieszkań. Marzeniem mojej koleżanki było, by mieszkańcy tegoż bloku tworzyli razem wspólnotę – społeczność ludzi, którzy się znają, razem dbają o wspólną przestrzeń i w razie potrzeby mogą być dla siebie wsparciem.

– Nie chodzi o to, żeby każdy teraz drugiemu zaglądał do garów i żebyśmy codziennie przesiadywali na kawkach, nie szanując prywatności każdego z nas, ale żebyśmy nie byli dla siebie anonimowi, żebyśmy nie okopali się każdy w swoich czterech ścianach, myśląc, że jeśli pojawi się jakiś problem, to ktoś inny to załatwi – tłumaczy.

Dlatego koleżanka postanowiła zainicjować blokową imprezę integracyjną. Ale nie tak, że ona wszystko zorganizuje, a inni łaskawie przyjdą lub nie (jak im się nie będzie chciało), tylko że każdy wniesie w tę organizację jakiś faktyczny wkład. Okazało się, że nikt nie odmówił. A to, że każdy czuł się tak samo odpowiedzialny, sprawiło, że w sumie niewielkim nakładem sił ze spotkania zrobiła się fest impreza, na której niczego nie brakowało.

– Gdybym sama miała zorganizować to spotkanie, kosztowałoby mnie to wiele nerwów, mnóstwo pracy i pewnie też nieźle nadwyrężyłoby mój budżet. Ale gdy każdy zrobił coś, coś przyniósł, o coś się zatroszczył, wszystko poszło jak z płatka – cieszy się i dodaje. – We wspólnocie jest siła. Choć oczywiście trzeba się liczyć z pewnymi niedogodnościami. Różnimy się. Mamy inne zdania, inne poglądy. Ale łączy nas cel. Zależy nam, by w tym miejscu, w którym mieszkamy żyło nam się dobrze. I zamierzamy o to zadbać. Każdy z osobna i we współpracy z innymi. Niekiedy kosztem własnych racji, własnej wygody czy prywatności. Ale chyba wszyscy czujemy, że warto.

Nie sądzę, by obecnie w krajach zachodniej cywilizacji skuteczne były metody jednoczenia narodu wokół górnolotnych wartości, jak to udawało się dawnymi czasy. Ale siłą może być wspólnota interesów. Zachęcanie ludzi do tworzenia małych wspólnot. Wychodzenia o krok poza własne posesje i dbania o dobro małych, lokalnych społeczności. Zwłaszcza po pandemicznych miesiącach izolacji wielu z nas poczuło, jaką wartością jest wspólnota i jak destrukcyjnie działa odłączenie się od niej. To dobry czas, by przestać się tak bardzo zakleszczać w prywatnej przestrzeni, by tak zapalczywie strzec granic swojego podwórka czy kraju. Otwarcie się na innych może nam bowiem wyjść na dobre.

Być może dzięki temu ci, którzy mogą uciec, gdy życie w danym miejscu przestanie im się podobać, nie będą chcieli uciekać, ale spróbują popracować nad zmianą. Być może ci, którzy uciec nie mogą, znajdą kompanów do walki o wspólne dobro. Być może większa otwartość i wspólnotowość w wymiarze lokalnym przełoży się na większą otwartość i wspólnotowość w wymiarze globalnym. I nie trzeba będzie talibów, by stworzyć siłę.  I być może ta siła będzie wartością dla „barbarzyńców”, wartością znacznie atrakcyjniejszą niż ojczyzna czy religia.

Tej autorki: Nie moja sprawa

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
wspierajmy się

Wspierajmy się!

Dziś, w pandemicznych czasach – być może jak nigdy wcześniej za naszego życia – wartości nabiera współdziałanie. Życzliwość…

Świąteczny matrix

„Tradycja wyprała nam mózgi” – stwierdziła moja znajoma, gdy opowiadałam jej o swojej niechęci do świąt. I trudno…

Trzy oblicza czasu

Odkąd pamiętam, byłam z czasem na wojnie. Deptał mi po piętach, poganiał, dyszał za plecami, że za wolno,…

Feminatywy – woda na młyn snoba

Naukowczyni, architektka, biolożka – skandal! Jak można tak mówić czy pisać?! Użycie feminatywu dyskwalifikuje cały tekst. Już nic…
singiel

Życie singla

Dlaczego singielstwo budzi tyle kontrowersji? Czy – jak twierdzą niektórzy – jest ono przejawem egoizmu, nieodpowiedzialności, społecznego niedostosowania,…