ciałopozytywność
© Adobe Stock

Ciałopozytywność

50 udostępnień
50
0
0

Gdyby przyszło oceniać moją wartość według współczesnego kanonu piękna, pewnie skończyłabym jak małe kogutki, selekcjonowane przez seksera. Według promowanych wszem i wobec standardów estetycznych, nie mam prawa cieszyć się z wyglądu własnego ciała. Kiedy więc słyszę „pokochaj swoje ciało”, skacze mi adrenalina. Czuję złość.

W haśle „pokochaj swoje ciało” najbardziej wkurza mnie chyba to, że sugeruje ono, że owo pokochanie to banalnie prosta sprawa. To jakby komuś w depresji powiedzieć: „uśmiechnij się” albo głupiemu poradzić: „zmądrzej”. Alergia na to hasło zautomatyzowała mi fizyczne reakcje, tak więc gdy je słyszę, mój środkowy palec prawej dłoni niekontrolowanie wysuwa się przed szereg.

Pewnie te dziwne reakcje to efekt trudnego życia z własną cielesnością.

Byłam grubym dzieckiem, które z powodu swojej tuszy i od rówieśników, i od dorosłych doświadczyło wielu przykrości. Potem – jako nastolatka – dokonałam w swojej głowie prostego przełożenia, że to właśnie moje ciało (to jak wyglądam) jest przyczyną wszystkich moich nieszczęść i zaczęłam katować je na wszelkie możliwe sposoby. Ćwiczenia i diety nie były bynajmniej podyktowane miłością do własnego ciała, lecz nienawiścią do niego. Miały służyć temu, żeby to ciało spełniało społeczne standardy i oczekiwania, a przynajmniej nie rzucało się w oczy. Wymagało to morderczej pracy i nieustannej kontroli. Bo moje utyte w dzieciństwie tkanki przy byle podmuchu odpuszczenia sobie lubiły przywracać mnie do kształtu Bromby. Dochodzenie do względnej akceptacji swojego ciała zajęło mi lata i ostatecznie polegało na pogodzeniu się z faktem: „No stara, jesteś brzydka, i co z tego? Brzydcy też mają prawo żyć”.

Najgorsze w tej całej obsesji wyglądu było to, że zasadniczo nigdy nie chodziło w niej o zdrowie. Wartością był wygląd nawet za cenę zdrowia. Ciało było moim wrogiem, a nie przyjacielem, więc trudno, żebym traktowała je z czułością. Im więcej ciała, tym gorzej. Gros mojej energii poświęcałam więc na pozbywanie się ciała, odcieleśnianie się.

Zastanawiając się po latach nad historią mojej nienawiści do własnego ciała, uświadomiłam sobie, że w zasadzie wyzwolenie od niej przyszło do mnie z wiekiem. Gdy weszłam w wiek, w którym przestałam być odbierana społecznie głównie przez pryzmat mojej cielesności, poczułam ulgę. Jakbym w końcu dostała dyspensę na bycie taką, jaka jestem.

Zastanowiło mnie wtedy czy w ogóle wygląd byłby dla nas, ludzi tak ważny, gdyby nie tak rozbuchana ponad miarę, wszechobecna seksualność, gdyby wszystko tej seksualizacji nie było poddawane. Dziś przecież wszystko ma być seksy: jędrne, gładkie, pachnące i do schrupania. Cipka wygolona, sutek sterczący, brzuch płaski, udo bez cellulitu, lico bez zmarszczek.

Czy gdybyśmy nie chcieli być atrakcyjni seksualnie, w ogóle przejmowalibyśmy się tym, jak wyglądamy? Czy robilibyśmy te botoksy, liposukcje, katowali się dietami?

Czytając niedawno jakąś powieść, uświadomiłam sobie, że chyba jeszcze nigdy nie natrafiłam na taką, a czytam maniakalnie, w której mowa by była o parze zakochanych, którzy są brzydcy. Jeśli mają uprawiać ze sobą seks, zawsze muszą być szalenie atrakcyjni wizualnie. O ile nie jest to jakiś porno-zin dla fetyszy, bohaterowie takiej opowieści to najczęściej ludzie piękni i młodzi, a jeśli już nie młodzi, to jak na swój wiek niebywale dobrze zachowani.

To właśnie wtedy pojawiła mi się refleksja: czy gdyby nie chodziło o atrakcyjność seksualną, ludzie odpuściliby sobie tę fiksację na wyglądzie?

Zwłaszcza kobiety, bo je ta seksualizacja dopada najbardziej. Ciała kobiet (a od jakiegoś czasu również mężczyzn) od wielu lat funkcjonują jako towar. Piękne, półnagie modelki sprzedają ciuchy, kosmetyki, samochody, rajstopy, a nawet beton budowlany. Konsumujemy te ciała na różne sposoby niczym kanibale. „Niezła dupa”, „niezłe ciacho” oceniamy. Wydymamy napompowane usteczka do selfików, prężymy muskuły i wygładzamy ryjki filtrami z insta. „Och, jacy jesteśmy piękni i ponętni” – komunikujemy, zachęcając do schrupania.

Jeśli popatrzeć na okładki gazet, billboardy i reklamy, człowiek nabiera wrażenia, że cały świat podporządkowany jest bzykaniu się. Ale żeby się bzykać, musisz spełniać pewne wyśrubowane standardy. Być jak świeżo zerwane z drzewa, zroszone o poranku jabłko, a nie przeleżały przez jesień w piwnicy wypierdek-robaczywka.

Może zainteresuje Cię: Uwolnić kobiecość

Co ciekawe, nawet gdy mowa o ciałopozytywności i lansowaniu w ramach ruchu #bodypositive ciał w rozmiarze XXL, one też są podawane w wersji „jędrnej i zroszonej”. XXL, ale w proporcjach kuszącej, choć większej klepsydry, a już niekoniecznie ludzika Michelin z rozstępami.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Rozwód – kres złudzeń

– Wszyscy wkoło się rozwodzą! – dzieli się ze mną spostrzeżeniem koleżanka, której znajomi kolejno odkrywają, że jednak…

Ty też możesz być Beatą K.

Fala pomyj wylała się w ostatnich dniach na polską piosenkarkę, którą zatrzymano za jazdę po pijaku. To ciekawe,…
mniej

Mniej

Mniej słów, mniej myśli, mniej dźwięków, mniej bodźców, mniej rzeczy, mniej ludzi, mniej wrażeń, mniej uczuć… mniej problemów,…