Barbara Pietruszczak ciałopozytywność
Barbara Pietruszczak, arch. prywatne

Ciało to nasz dom, bez niego nie istniejemy

24 udostępnień
24
0
0

W Polsce co czwarta 11-latka uważa, że jest za gruba. Wśród 15-latek co druga. W dzisiejszym świecie nastolatkom nie chodzi już tylko o bycie ładną czy atrakcyjną, chodzi o bycie „profesjonalną pięknością” – mówi Barbara Pietruszczak, dziennikarka specjalizująca się w kwestiach związanych z ciałopozytywnością.

Marta Dudziak: Jest pani autorką przewodnika Twoje ciałopozytywne dojrzewanie, adresowanego do dziewczynek w wieku 8–12 lat. Już niedługo pojawi się podobny przewodnik dla chłopców. Dlaczego akurat ten temat uznała pani za ważny?

Barbara Pietruszczak: Na początku chciałyśmy skupić się na dojrzewaniu kobiet, przyjrzeć się fazom, przez które one ciągle przechodzą. Od kilku lat od strony edukacyjnej czy może nawet bardziej popularyzatorskiej zajmuję się tematem miesiączki. Od pięciu lat piszę o niej do różnych mediów. Prowadzę też profil Pani Miesiączka, gdzie zajmuję się tematem edukacji menstruacyjnej. To wszystko sprowadza się do oswajania miesiączki, do tego, żeby była ona mniej niekomfortowym kartoflem, o którym nikt nie chce rozmawiać. Żeby była mostem. Żeby była łatwiejszym doświadczeniem. Żeby oswajać kawałki związane ze wstydem i skrępowaniem. Bo żeby można było zobaczyć, co siedzi w worku z napisem „miesiączka”, trzeba do niego zaglądać.

W magazynie „Kosmos dla dziewczynek” prowadzę rubrykę dedykowaną ciału. Do jednego z pierwszych numerów napisałam właśnie o miesiączce. Potem chodziło mi po głowie, że chciałabym o niej napisać więcej, a w ogóle to chciałabym stworzyć książkę o dojrzewaniu, która z jednej strony mówiłaby o miesiączce nie tylko jako o fakcie fizjologicznym, ale jako o doświadczeniu, zaś z drugiej mówiłaby o wszystkich rzeczach dookoła z tym tematem powiązanych. Nie pamiętam, żebym wcześniej sama mogła gdzieś o tym przeczytać. Nawet o samym tabu miesiączkowym.

A dlaczego to ważne, żeby o tym mówić?

Bo niektóre osoby wstydzą się miesiączki. Bo istnieje takie zjawisko jak ubóstwo menstruacyjne, w ramach którego gros kobiet nie stać na podpaski czy tampony. Bo dojrzewające dziewczynki nie mają wiedzy o tym, że np. pierwsza miesiączka może różnie wyglądać fizycznie – wcale nie musi być czerwona, może być np. brązowa. I nie mają skąd tej wiedzy zaczerpnąć.

Ale nie chodzi tu tylko o miesiączkę, ważne jest całościowe spojrzenie na ciało, kształtowanie pozytywnego obrazu tego ciała, tzw. ciałopozytywność. Mnie jednak nie zależy na pokazywaniu ciała wyłącznie jako fizjologii albo ornamentu – czyli to jak ciało wygląda, ale o budowanie jego świadomości. I myślę, że to budowanie powinno się zacząć jak najwcześniej, by już w wieku nastoletnim młody człowiek rozumiał, że on i ciało to jedność, ciało to jego dom, bez którego nie mógłby istnieć. I że to zupełnie naturalne uczyć się, jak ten dom funkcjonuje i jak należy o niego zadbać, żeby lepiej się w nim czuć.

Skąd u pani w ogóle zainteresowanie ciałem? Procesami w nim zachodzącymi?

Zaczęło się właśnie od miesiączki. Kilka lat temu szukałam o niej tematów dziennikarskich. To był ten moment, kiedy sporo zaczęto o niej pisać na Zachodzie. W 2015 roku w USA magazyn „Cosmopolitan” okrzyknął tenże rok Rokiem Miesiączki.

Aktywistka Rupica Woor wstawiła w tym czasie na Instagram swoje zdjęcie, które tak naprawdę było projektem artystycznym. Był na nim tył leżącej kobiety i plamy krwi na jej pośladkach, na łóżku, na materacu. Historia była taka, że Instagram zdjął to zdjęcie jako „nieobyczajne”. Tylko co w tym było wielkiego? Kogo to raziło i dlaczego? To wtedy wybuchła dyskusja, za którą podążyłam.

Przypomniało mi się, że kiedy sama dostałam pierwszą miesiączkę, posiadałam na ten temat pewną wiedzę, głównie książkową, bo w moim domu na ten temat się nie mówiło. I wtedy po raz pierwszy zastanowiło mnie, dlaczego to jest taki temat tabu. Pamiętam jak jechałam autobusem do szkoły i na ścianach kamienic wisiały billboardy z jakimiś kobietami, które coś reklamowały i myślałam sobie „One przecież też mają okres, jak to możliwe, że nikt o tym nie mówi?”.

A potem przyszły kolejne tematy związane z ciałem.

Ciałopozytywność?

Tak. Przyglądam się bacznie jak ten nurt rozwija się na Zachodzie i jakie przybiera formy. Od lat interesuje mnie obraz ciała pod kątem mediów społecznościowych i mam poczucie, że one dolewają oliwy do ognia, jeśli chodzi o nasze postrzeganie siebie.

Kilka lat temu natknęłam się na książkę Mit urody Naomi Wolf. To stosunkowo stara książka, należąca do feministycznego kanonu, ale dla mnie okazała się przełomową. Otworzyła mi oczy, uświadomiła, jak bardzo pozycja społeczna kobiet, nasze postrzeganie siebie uzależnione jest od percepcji innych, percepcji naszego wyglądu. Nie chcę powiedzieć, że pielęgnacja wyglądu czy dbanie o niego jest złe. Istotne są jednak powody, dla których to robię. Czy robię to dlatego, że świat tego ode mnie wymaga? Bo uważam, że jak się do tych oczekiwań świata dostosuję, to dopiero wtedy ten świat nada mi jakąś wartość? A może myślę, że jestem wartościowa, bo dostrzegają mnie mężczyźni? – co swoją drogą cały czas jest głównym wyznacznikiem wartości kobiet. A może cały czas muszę dopasowywać się do jakiegoś zewnętrznego ideału? A może najzwyczajniej w świecie robię te wszystkie rzeczy – kupuję szminki, podkłady, spędzam godziny na zabiegach, bo mi jest z tym dobrze i taka podobam się sobie?

Dla mnie kwestia pobudek robi ogromną różnicę, bo decyduje o byciu zewnątrzsterowną lub wewnątrzsterowną.

Na polskim Instagramie rozwija się sporo wątków o ciałopozytywności, więc z zaciekawieniem obserwuję, jak ta dyskusja się formuje. Dziewczyny piszą o tym, że nie wyobrażają sobie, że mogą wyjść do sklepu bez makijażu, bo mają poczucie, że ktoś na nie patrzy i ocenia ich wygląd. Jak sobie zbierzemy te różne perspektywy, to okaże się, że wszyscy żyjemy w takich małych więzieniach. „Nie mogę iść na plażę z niepomalowanymi paznokciami”. „Nie mogę mieć siwych włosów”. „Czy muszę golić włosy na nogach?”, „Czy muszę golić bikini?” „Czy muszę robić peeling 10 razy w tygodniu?”.

To jest ultraważne pytanie – „Czy ja to wszystko muszę robić i czy jeśli tego nie zrobię, zostanę odrzucona i napiętnowana?”.

Zostanę?

No właśnie, czy zostanę? Naomi Wolf otworzyła przede mną interesującą perspektywę. Później pojawiła się jeszcze książka Obsesja piękna dr Renee Engeln, z którą przeprowadziłam kiedyś wywiad. Ona już na konkretnych przykładach pokazuje, jak nasza obsesyjnie wręcz skupiona na wyglądzie kultura krzywdzi nastolatki i jak daleko idące są tego konsekwencje.

W Polsce co czwarta 11-latka uważa, że jest za gruba. Wśród 15-latek już co druga. W dzisiejszym świecie nastolatkom nie chodzi już tylko o bycie ładną czy atrakcyjną, chodzi o bycie – jak pisze Wolff – „profesjonalną pięknością”.

To znaczy?

W kreacji tego, co znaczy „być zadbaną” rolę odgrywają osoby zawodowo związane z prezencją – aktorki, prezenterki, piosenkarki, modelki. One określają wymogi „dbania o siebie” i „bycia piękną”. Jednak te wyśrubowane wymogi, charakterystyczne dla profesji, dorastające dziewczynki chłoną jak przez osmozę. Bo przekaz idzie przecież od ich idoli, idolek. I to naturalne, ale…

Raport przygotowany przez jednego z producentów mydła pokazuje, że jeśli dziewczynka będzie źle czuła się w swoim ciele – cały czas nadając mu wagę przez spojrzenie kogoś z zewnątrz, czyli to spojrzenie będzie dla niej ważne – będzie też mniej asertywna i będzie mniej angażować się w działania społeczne.

To ma daleko idące konsekwencje zarówno dla pojedynczych osób, jak i społeczeństw w całości, bo oznacza mniejsze zaangażowanie ludzi, zablokowanie ich talentów czy potencjału, z racji tego, że sami ze sobą nie czują się dobrze.

Dziś głównie social media kreują wizerunek?

Tak mi się wydaje. Lata temu to były magazyny, MTV czy jakieś mainstreamowe telewizje, natomiast dziś to jest głównie TikTok i Instagram – bardzo wizualne miejsca. Wizerunek jest kluczową ich częścią. W dodatku jest jeszcze kwestia lajków – z tego też trudno się wyrwać… zwłaszcza jeśli dopiero wychodzi się w świat.

Na szczęście aktualnie dużo więcej kobiet wrzuca w social media swoje zdjęcia bez makijażu, bez obróbki, bez filtrów. One pokazują rzeczywistość taką, jaką ta jest.

Czyli jaką?

Rzeczywistość nie polega przecież na tym, żeby cały czas wyglądać jak milion dolarów. Jest złożona. Kobiety mogą i chcieć, i nie chcieć się malować. Mogą nie mieć na coś ochoty i po prostu tego nie robić.

Obecna rewolucja autentyczności zadziewa się, bo kobiety są totalnie zmęczone presją mediów społecznościowych. Jeśli dorosłe kobiety nie wyrabiają, jak z tą presją mogą dawać sobie radę nastolatki, których mózgi dopiero się formują, tak samo jak ich osobowość i tożsamość?

Dlaczego tak łatwo popadamy w ciałonienawistność i wyrastamy na ludzi totalnie poodklejanych od swoich ciał?

Odpowiedź leży w naszym wychowaniu i kulturze. Duża część z nas wychowuje się w domach, w których sami rodzice nie mają kontaktu ze swoimi ciałami. Kiedy dziewczynka obserwuje swoją mamę i cały czas słyszy od niej: „Jutro muszę zacząć dietę, jestem za gruba, źle wyglądam”, to zyskuje przekonanie, że na tym właśnie polega bycie kobietą. Na koncentrowaniu się na wyglądzie, na szukaniu w nim mankamentów, przyglądaniu się swoim udom i sprawdzaniu czy one spełniają jakieś normy, na fragmentaryzowaniu ciała, a nie traktowaniu go jako całości. Jak mama jest niezadowolona ze swojego ciała, dzieciaki tym nasiąkają. Potem pojawia się u nich nieakceptacja tego ciała lub jego fragmentów, problemy z jedzeniem, ale idzie to szerzej w nieakceptację siebie.

Kolejna rzecz to to, że my nie potrafimy identyfikować emocji w ciele. Kolektywnie jest nam z tym ciężko. Dopiero obecne pokolenie i może jeszcze pokolenie poprzednie zaczynają się tego powoli uczyć; i to głównie w dużych miastach. Ludzie zaczynają chodzić na terapie, czytają książki i szukają czegoś, co zostało utracone. To dobrze, ale zmiany następują bardzo powoli.

W moim osobistym doświadczeniu mamy kulturę, która każe nam odcinać się od ciała, która chwali głowę i umysł, ciało natomiast uznaje za obrzydliwe, fizjologiczne – albo niepotrzebne, albo dekoracyjne, albo seksualne. To wszystko jest rozczłonkowane, niezintegrowane i wydaje mi się, że jest pokłosiem generacyjnych traum, które przeszliśmy.

Dlaczego my kobiety porównujemy się pod względem wyglądu z innymi kobietami? Bo mężczyźni chyba tak bardzo nie są tym zdeterminowani?

Mężczyzn też to dotyczy. Oni mają MMA, Lewandowskich itd. Tylko o ile kobiety chcą być mniejsze czy chudsze, oni chcą być więksi, bardziej napakowani.

To jak można zmienić to nasze postrzeganie własnej cielesności? Jak kształtować nowe ciałopozytywne pokolenia?

Przede wszystkim należy podkreślać to, ile dzięki ciału można zrobić. Pokazywać, że niesamowitą rzeczą jest jego funkcjonalność. Że w ciele odczuwamy całe nasze życie, emocje itd. Dobrym pomysłem jest inwestowanie w ruch, wdrażanie kultury przyjemności w ruchu (wycieczki rowerowe, spacery, gra w piłkę).

Najłatwiej pozytywne przekonanie o ciele kształtować u małych dzieci. Im bardziej one dorastają, tym staje się to trudniejsze. Pojawiają się nastoletnie problemy (dziewczynki nie chcą chodzić na wf., bo się pocą, uda im się trzęsą, włosy im rosną itp.).

Ważne są komplementy. Badania wskazują, że powtarzanie córce „Jesteś najpiękniejsza na świecie” nie jest najlepszym pomysłem. Dr Engeln twierdzi, że np. tego typu skoncentrowane na wyglądzie komplementy w głowie dziecka układają się w przekaz, że „to jak wyglądam jest ważne”.

Nie chcę powiedzieć, że rodzice nie mają dziecku mówić nic na ten temat, ale warto to równoważyć. Mówić dziecku, że jest piękne i wspaniale, ale mówić też, że jest mądre i że super coś wymyśliło, że jest dobre w tym i w tamtym, że jest bystre, że podoba nam się to, co ono zrobiło. Chodzi o to, żeby podkreślać inne aspekty bycia człowiekiem niż tylko wygląd. Bo my czasem widzimy taką małą dziewczynkę, ktoś nam ją przedstawia i mówimy:

„Jak masz na imię? Ale masz ładną sukienkę” zamiast zapytać: „Jaki jest twój ulubiony kolor? Czy lubisz jeździć na rowerze? Czy lubisz rysować? Jaka jest twoja ulubiona bajka?”.

Potem w świecie dorosłych tego typu komunikacja przekształca się w te wszystkie nieproszone rady, że ja do ciebie przyjdę i powiem ci rzeczy na twój temat. Tymczasem od dziecka trzeba budować sposób komunikacji i relacji opartej na wymianie.

Pracujecie teraz nad poradnikiem o kształtowaniu ciałopozytywności u chłopców. Czy może pani zdradzić, na czym rodzice, opiekunowie dziecka powinni w wychowaniu chłopców zwrócić w tym temacie uwagę?

Domykamy książkę i będziemy zaraz pracować nad materiałami dla rodziców i opiekunów, ale to co mogę już zdradzić to to, że ważną częścią poradnika będzie kwestia emocji. Odczuwania tych emocji w ciele, rozpoznawania ich, odczytywania informacji, jakie ciało nam przekazuje. Kluczowe jest uczenie chłopców, że wszystkie emocje są ważne i potrzebne do tego, żeby lepiej siebie poznać i żeby budować lepsze relacje z ludźmi.

Z badań wynika, że mężczyźni dużo częściej tłumią emocje, a w ekstremalnych przypadkach ich wyrażanie ogranicza się do takich, które są kulturowo dla nich dopuszczalne typu: gniew, złość, oschłość. Inne natomiast, np. wrażliwość, smutek, lęk traktowane są po macoszemu, ignorowane, niedostrzegane. Stereotypowo mężczyzna ma być silny, świetnie sobie ze wszystkim radzić, akceptowalne są u niego różne rodzaje gniewu – słuszny, destrukcyjny, konfrontacyjny. W efekcie produkujemy mężczyzn, którzy nieustająco są w stanie walki, nawet jak nigdzie nie ma zagrożenia czy cienia wojny. Najwyższy czas inaczej to poukładać.

Tej autorki: Marta Frej: Chcę znaleźć swoją żeńską drużynę, swój babski gang

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać

Góry nagradzają przygotowanych

W dzikich górskich przestrzeniach można odnaleźć kojące widoki i świadomość, że potrafimy być niezależni od cywilizacyjnych udogodnień. Jednak…

Zawód reporter – życie bez fikcji

„Marzy mi się, żeby żyć w mądrzejszym świecie” – wyznaje dziennikarz, aktywista, podróżnik i autor takich książek jak…