Chodźta tańcować! – odkryjmy słowiańską ludowość!

21 udostępnień
21
0
0

 

Kultura ludowa wraz ze słowiańskimi korzeniami przez lata nie była w Polsce doceniana. Tymczasem nasze rodzime zespoły ludowe zdobywają na świecie prestiżowe nagrody. Przyciągają uwagę i wzbudzają podziw różnorodnością strojów, pieśni i melodii. O tym, co ma do zaoferowania słowiańska ludowość, rozmawiamy z animą poznańskiego zespołu ludowego Poligrodzianie.

Pierwszą część rozmowy o Poligrodzianach znajdziesz tutaj: Ucz się przez taniec – radość ukryta w słowiańskiej tradycji

Jagna Żukowska-Olejniczak: Kiedy rozpoczęła się pani przygoda z Poligrodzianami? Jak doszło do wyboru tej ścieżki zawodowej?

Marzena Biegała-Howorska: Ile to już lat! Aż strach wspominać! Miało to miejsce, kiedy byłam na ostatnim roku studiów na Akademii Ekonomicznej. Studiowałam turystykę i marketing, byłam wtedy tancerką w Poligrodzianach. Ówczesna kadra odeszła i dyrektor administracyjny zaproponował, żebym zaangażowała się w prowadzenie Poligrodzian.

Zaczynałam z sześcioma parami tancerzy, prawie bez kapeli, bez akompaniatora. Na początku starałam się pogodzić pracę w instytucie Akademii Ekonomicznej z prowadzeniem zespołu, ale było zbyt wiele spraw organizacyjnych, rzeczy wymagających uwagi. Kiedy dostałam propozycję etatu kierownika zespołu, zrezygnowałam ze stanowiska pracownika naukowego i postanowiłam zająć się sprawami Poligrodzian. To była decyzja całkowicie zmieniająca moje życie. Wtedy nie miałam wszystkich uprawnień choreograficznych, które wówczas należało posiadać, by taką pracę wykonywać. A kiedyś na wszystko trzeba było mieć papier. Ale dostałam zezwolenie czasowe i zapewnienie, że widzą mnie jako osobę, która za rok otrzyma uprawnienia, dzięki czemu ministerstwo wydało zgodę na pełnienie przeze mnie tej funkcji.

Czuła się pani przygotowana?

Pod względem marketingowym i ekonomicznym moje wykształcenie bardzo się przydało, ponieważ dzięki niemu byłam skuteczna jako kierownik. Jako dziecko i nastolatka przeszłam przez etap szkoły baletowej, uczestniczyłam w ogniskach artystycznych, trenowałam gimnastykę artystyczną, a nawet przez jakiś czas lekkoatletykę – sprawność i naturalna, a poniekąd wytrenowana inteligencja ruchowa sprawiły, że dobrze się odnalazłam w nowej roli. Chociaż muszę przyznać, że pierwsze lata były naprawdę trudne. Ale zostałam w zespole i działam nadal, cały czas pełna energii i pomysłów.

Jak zdobywa się wiedzę o kulturze ludowej?

Mam bazę nagranych melodii od „babuszek” z całej Polski. To taka moja wielka skrzynia zdobytych skarbów. Kiedyś była taka audycja, w której prowadzono konkurs muzyki tradycyjnej. Podążając tropem uczestników, wyruszyłyśmy ze świętej pamięci Magdaleną Wasińską w podróż, której celem było zgromadzenie różnych pieśni i tradycji ludowych, przechowywanych nieraz w bardzo wąskich gronach, we wsiach i miasteczkach. Najpierw trzeba było z tymi ludźmi trochę porozmawiać, pobyć z nimi, oni wtedy chętniej dzielili się tym, co potrafią. Dzisiaj z pewnością określiłabym to działanie jako nieprofesjonalne. Ale takie były czasy. Byłyśmy na Kaszubach, w Opocznie, w Łowiczu, w Boczkach Chełmońskich… Czasem było trudno przekonać miejscowych ludzi do współpracy. Ale miałam świadomość, że bez naszej inicjatywy zabiorą swoją kulturę do grobu, bo młodzi często nie chcieli kultywować tych tradycji. Jeździłyśmy zatem po kraju i włączałyśmy dyktafon.

Nagrania pokazują, że ci ludzie grają z pamięci, to jest żyjąca w nich melodia i tak jak legendy, za każdym razem brzmi nieco inaczej do czasu, aż nie zostanie spisana. A ci ludzie, którzy tę kulturę pamiętają czy nadal kultywują, w większości w ogóle nut nie znają. Nasza wykształcona muzycznie kadra zapisała później odtworzone z kaset melodie i odpowiednio je zaaranżowała. Transkrypcja ze słuchu jest konieczna, by utrwalić to wszystko.

Miałam też szczęście do ludzi: na przykład rzeszowskie melodie rozpisał nam muzyk, który to czuł, bo stamtąd pochodził. Był świetnym regionalistą. Za dwa lata Poligrodzianie będą świętować 50-lecie, chciałabym zabrać się za tę moją skrzynię, wszystko to porządnie zarchiwizować. Mamy też plan wydać album z naszym dorobkiem na jubileusz, w tej chwili już nad tym pracujemy. Przed nami sporo działań, bo przecież to wszystko należałoby zarówno z VHS-ów, jak i kaset magnetofonowych poprzerabiać na wersję cyfrową. Uporządkowanie i stworzenie bazy takich treści będzie wiązało się z ogromnymi kosztami, a ja wciąż staję przed wyborem: albo inwestować w zespół i ludzi, albo w takie projekty. Teraz szczególnie – nie mamy właściwie żadnych komercyjnych przychodów, bo nie jeździmy na żadne imprezy. Możemy wiele rzeczy zrobić z pasji za darmo, ale kiedy trzeba zaangażować specjalistę, by miało to swoją jakość, to muszę mieć na to fundusze.

O języku Wilamowian przeczytasz TUTAJ


może Ci się spodobać