marcin urzędowski prepostevolution
Marcin Urzędowski © Grzegorz Matysiak

Chcieć to móc – ograniczenia są tylko w nas

20 udostępnień
20
0
0

Jak czuły się osoby zaproszone przez Was do tego kalendarza? Pokazujecie w nim pewną niedoskonałość.
Trzeba by zapytać każdego z bohaterów, jak się czuł. Ja mogę powiedzieć tylko, jak ja się czułem i jaką czułem fajną energię w powietrzu, kiedy realizowaliśmy te sesje. Było ich czternaście, bo tylu bohaterów pojawia się w kalendarzu. Kalendarz ma nietypową formę, bo jest od grudnia 2019 roku do grudnia 2020 roku. Każda z postaci, które wzięły udział w sesji, jest na swój sposób niezwykła. Do kalendarza pozowali mistrzowie Polski, osoby uprawiające zawodowo sport i zdobywające medale, ale także mama, która wychowuje sama córkę, mimo że nie ma nogi. To był sygnał dla samotnie wychowujących matek: „Hej, dziewczyny, nie narzekajcie. Ja radzę sobie doskonale z obowiązkami i z siedmiolatką, mimo niepełnosprawności. Wy też nie zamartwiajcie się, tylko dostrzegajcie pozytywy i cała naprzód”. Mamy tam też byłego żołnierza oraz człowieka, który w wypadku samochodowym stracił rękę i nogę. Po tym zdarzeniu urodziła mu się dwójka wspaniałych dzieciaków. Teraz łowi ryby, np. szczupaki, większe chyba niż on sam i zdobywa nagrody w zawodach wędkarskich. Jest cała plejada zwykłych-niezwykłych ludzi, którzy udowadniają, że ograniczenia są tylko w naszej głowie. Formuła kalendarza osadzona została w postapokaliptycznej wizji świata. Cały anturaż tych sesji jest starannie wymyślony i dopracowany. Myślę, że to unikat na skalę kraju.

Jak sfinansowaliście ten projekt, skoro nie było sponsorów?
Warto podkreślić, że zignorowały nas wszystkie instytucje rządowe, które wspierają osoby z niepełnosprawnościami. Nie zainteresowały się współpracą z nami firmy produkujące protezy. Dyrektor marketingu jednej z największych powiedział: „To musi mi się zgadzać w Exelu, a państwa kalendarz nie przełoży się na sprzedaż protez, więc nie chcemy być partnerem”. Z perspektywy czasu, a minął rok od zakończenia ostatniej sesji, myślę, że wiele osób przestraszyło się estetyki tego kalendarza. Tego, że on jest w jakiś sposób brutalnie pokazany, że nasi modele wyglądają inaczej niż większość społeczeństwa, nie są wpisani w kanon pięknych, uśmiechniętych ludzi na kwitnącej łące, tylko pokazujemy jednak to kalectwo, pokazujemy cały ten mechanizm, wywalamy flaki na wierzch. Jest tam krew, zaciętość, jest pewien rodzaj walki. Nasi bohaterowie pozują z bronią, kreujemy taką wizję końca świata, w którym nie ukrywamy jego ciemnych stron. To przerosło ludzi pracujących w marketingu. Teraz cieszę się, że nikt nie dołożył pięciu groszy do tego projektu, bo dzięki temu my sami, autorzy, udowodniliśmy, że chcieć to móc, że siła determinacji w nas jest tak olbrzymia, iż mimo braku wsparcia i tak udało nam się to zrobić. Z dużą pomocą przyszli po prostu nasi fani, którzy wsparli projekt na „Polak potrafi”.

Ten kalendarz wisi u mnie w domu i każdego dnia, kiedy budzę się z poczuciem: nie chce mi się, boli mnie głowa, a może bym nie poszedł do pracy, patrzę na tych bohaterów i przypomina mi się historia każdego z nich, z czym oni muszą się mierzyć na co dzień. To stawia mnie do pionu. Największy aspekt tego kalendarza jest taki, że jest on szalenie motywujący. Myślę, że wszyscy bohaterowie są dumni, że się w nim znaleźli. Udowodnili to na wernisażu, na którym pojawili się prawie w komplecie. Widziałem w ich oczach nieskrywaną dumę i radość z tego, że są w tym projekcie. Wyważyliśmy jakieś zamknięte dotąd drzwiczki i nie zawahamy się zrobić tego ponownie.

Czytałam książeczkę, w której była dedykacja: „Dziękuję Marcinowi Urzędowskiemu za to, że wysiadł z pociągu”. Co kryje się pod tym zdaniem?
Wracałem ze swojego koncertu z Sopotu. To była niedziela, około 8 rano. W pewnym momencie z głośnika w pociągu usłyszałem: „Najbliższa stacja Łódź Widzew”. Zacząłem się zastanawiać, kogo znam w Łodzi i do głowy wpadła mi moja przyjaciółka Ewelina Oleksiak, wspaniała ilustratorka bajek, pisarka, założycielka strony z bajkami Baśnik. Pomyślałem sobie: „Zadzwonię do niej, zapytam, co robi i czy ma ochotę napić się ze mną kawy”. U Ewelinki poplotkowaliśmy chwilę, popatrzyłem na dwójkę jej wspaniałych dzieciaków i powiedziałem: „Ewelinka, mam dla ciebie zadanie. Chciałbym, żebyś napisała bajkę o jednej z naszych kalendarzowych bohaterek. O Helence”. Helenka urodziła się bez ręki. Kiedy rozmawiałem z Eweliną, dziewczynka była dwuletnim, szalenie urokliwym i figlarnym brzdącem. Idealnie nadawała się na bohaterkę książki. Ewelina od razu zgodziła się na moją propozycję.

Trzy miesiące później w Koneserze na warszawskiej Pradze mieliśmy premierę książki Marzenia Heli, premierową wystawę Madam Miko i wernisaż projektu „Amputation 2020”. W ciągu jednego dnia, w mikołajki 2019 roku, wyszliśmy w świat z dwiema niezwykłymi pozycjami – z unikatowym kalendarzem na ten rok i piękną książeczką o akceptacji.

W tym roku świat zdecydował, że hamujemy, zostajemy w domach. Wszystkie nasze plany i marzenia trzeba odłożyć na później. Ta sytuacja wpłynęła także na Ciebie, bynajmniej jednak nie obezwładniająco, a twórczo.
Ale początki nie były optymistyczne, powiedziałbym nawet, że były tragiczne. W ciągu jednego marcowego tygodnia dowiedziałem się, że nie będę grał w ponad 50 zaplanowanych koncertach. Łatwo sobie uzmysłowić, co czuje muzyk, który w roku 2020 miał świętować 20-lecie swojej bytności na scenie. Miał grać masę koncertów, jeździć po Polsce, celebrując to dwudziestolecie. I nagle ktoś ci odwołuje jeden, drugi, piąty koncert i myślisz sobie: „O nie, o nie, o nie. Co teraz? Miała być piękna celebracja, miała być wielka feta, czerwone dywany, fanfary, 20 lat na scenie z graniem muzyki perkusyjnej, z której się utrzymuję, to już jest coś, to już jest jakiś wynik. A teraz? Co dalej?”. Przecież odkąd przestałem być nastolatkiem i wyfrunąłem z gniazda, robię właściwie tylko to. I nagle świat mówi: „A guzik, a właśnie, że nie będziesz tego robił”. I myślisz sobie: „No dobra, dobiegam czterdziestki, nic innego nie umiem robić. Moje jedyne źródło utrzymania, jakim jest muzyka nagle jest zakazane. W ciągu kilku dni świat przewraca się do góry nogami, fika globalnego koziołka i nikt nie zna odpowiedzi, co teraz”. Nakupiłem sobie 20 kilogramów ryżu i jakichś sosów, żeby przetrzymać kilka tygodni. Ale tych kilka tygodni przerodziło się w kilka miesięcy, choć wtedy tego jeszcze nie wiedziałem. To zwaliło mnie z nóg.

I jak zareagowałeś?
Nie da się zaplanować tego, jak zareagujesz. Nikt cię na to nie przygotowywał, nikt cię tego nie nauczył w szkole, na studiach, na kursach. Nikt nie mówi, co masz zrobić, kiedy świat przewraca się na plecy. W takim totalnym załamaniu, w takiej degrengoladzie, w tej złości we mnie kipiącej – przecież miałem konkretny plan, zakontraktowanych masę wspaniałych koncertów, a tu ktoś mnie zatrzymuje… Zobacz, jaka wspaniała symbolika dat: rok 2020, 40. urodziny, 20 lat na scenie, symbolika dwójki, czwórki, to wszystko się pięknie zazębiało i nic z tego nie wyszło. Po kilku dniach otrząsnąłem się z letargu i pomyślałem: „Nie należę do osób, które grzebią w nosie z nudów, trzeba coś zrobić”. Z pomocą przyszła mi marka Prepostevolution, a właściwie pewna konkluzja. Uświadomiłem sobie, że przez trzy lata produkcji odzieży – takiej recyklingowej, dziwnej, futurystycznej – nie stworzyłem nakryć głowy, nie mam więc masek. Tymczasem we wszystkich moich wspaniałych inspiracjach, w kinematografii dystopijnej, futurystycznej, science fiction maski i nakrycia głowy odgrywają szczególną rolę. Zrozumiałem, że to jest moment, w którym świat podarowuje mi masę wolnego czasu i trzeba to wykorzystać. Tak się zawziąłem, że wstawałem każdego poranka o 5.15 i przez około 20 godzin tworzyłem. Zbudowanie 27 masek zajęło mi sześć tygodni. Po tych sześciu tygodniach siedzenia w ciemnym mieszkaniu powiedziałem sobie: „Dosyć! Pragnę światła, pragnę koloru, pragnę ludzi!”. Jestem człowiekiem stadnym, kocham publiczność, kocham epatować fajną energią, kocham interakcję. Do tej pory jako muzyk niemal cały czas byłem na scenie, blisko ludzi, przybijałem z wszystkimi piątkę, rozmawiałem w kuluarach, prowadziłem te wszystkie dyskusje przy barze po jam session. I nagle tego nie ma, nagle zostałem sam w mieszkaniu. To musiało poskutkować mentalną przemianą. Taką, która pozwoliłaby mi odnaleźć się w tej zupełnie nowej dla mnie rzeczywistości, znieść ją jakoś, zaakceptować. Ale sześć tygodni to już było :„enought”. Poskutkowało stworzeniem 27 ponurych, dziwnych w formie, rdzawych, ciemnych w kolorystyce masek, ale to ta 28, powstała już w pełnym słońcu, stała się wizytówką rozwoju marki Prepostevolution.

Rzeczywiście widać w tych maskach ewolucję, jaką przeszedłeś?
One pokazują moją metamorfozę, są swego rodzaju dokumentem, świadectwem moich mentalnych przemian. 20 lat jesteś ciągle w podróży, grasz, ludzie, piątki, przyjaciele. I nagle sześć tygodni zamknięcia, trochę jak więzienia. A ta kwarantanna była o tyle niefortunna, że zbiegła się z remontem balkonu. Panowie, którzy wykonywali prace nie tylko uniemożliwili mi wyjście na ten balkon, na dodatek zakleili mi wszystkie okna nieprzepuszczalną folią, przez którą nie widziałem świata, ani nie wpadało za dużo światła. I jeszcze na domiar złego ekipa, która remontowała ten balkon przez kilka tygodni od 7 rano każdego dnia raczyła mnie disco polo, co dla mnie jako muzyka było gwoździem do trumny. Byłem tym po prostu załamany i w pewnym momencie powiedziałem sobie: „Nie mogę już tego znieść”. Więc kiedy zamyka ci się świat, zostajesz zmuszony do tego, żeby siedzieć w pracowni i tworzyć. Najpierw powstaje maska z trupiej czachy, szarobura, bardzo prosta w formie, przerażająca. Druga, trzecia, czwarta są utrzymane w podobnej estetyce. Potem te formy troszkę ewoluują, zmienia się nieco ich kształt, pojawiają się kolory. I gdyby tak krok po kroku przestudiować w kolejności powstawania każdą z masek, to w znakomity sposób można dostrzec, jak zmieniało się moje postrzeganie świata. Kiedy wyszedłem z pracowni domowej na zewnątrz, pomyślałem sobie: „Mam w nosie te mandaty, ja chcę już być wśród ludzi”, to była końcówka kwietnia. Uderzyło mnie wielkie światło, słońce, to było coś niezwykłego. Poznałem wtedy dwuipółletniego Adasia, który brykał po placu zabaw. I ta dziecięca radość, śpiew ptaków, temperatura, to rozlewające się po mięśniach ciepło, światło spowodowały, że powstała maska, która stała się symbolem zmiany. Po stworzeniu 28 maski stało się coś niezwykłego, co zaowocowało powstaniem projektu Between Worlds.

Co to za projekt?
Jego nazwę wymyśliła Kasia, bydgoska fotografka o pseudonimie Madam Miko, o której już wspominałem. Na początku tego roku Kasia chciała stworzyć razem ze mną warsztaty fotograficzne, które przedstawiałyby kilka jej etnicznych stylizacji (rodem z krainy leśnych elfów, wróżek, postaci inspirowanych mitologią) oraz kilka moich projektów futurystycznych, inspirowanych właśnie filmem „Mad Max”. Kasia wymyśliła nazwę dla tego przedsięwzięcia – Between Worlds. Warsztaty oraz wernisaże z kalendarzem miały się odbyć pod koniec marca, ale z wiadomych względów do tego nie doszło. Więc siedziałem w domowej samoizolacji, tworząc kolejną maskę, i dzieląc się relacjami live na swoim fanpage’u na Facebooku, i pomyślałem, że jeżeli przyjdzie taki moment, kiedy będę chciał w sposób spektakularny pokazać te maski światu, to chciałbym, żeby wszystkie je sfotografowała właśnie Madam Miko, bo ona jako jedyna z wielu fotografów, których znam, potrafi wydobyć ich poetykę, uwypuklić tworzywo. 1 maja, pomimo wszystkich zakazów, obostrzeń, postanowiliśmy stworzyć plener fotograficzny, uwieczniający pierwszych pięć czy siedem moich masek. Potem były kolejne sesje. W krótkim czasie uwieczniliśmy wszystkie. Do masek musiałem oczywiście stworzyć osobne stylizacje, bo nie wyobrażałem sobie, by fotografować je na manekinach albo żeby prezentował je człowiek czy model w zwyczajnym, prywatnym ubraniu. Wydawało mi się to absurdalne. Podjąłem się więc karkołomnej roboty, wykonałem tytaniczną wręcz pracę. Nie wiem, czy w Polsce jest jakiś krafter, poruszający się w stylistyce postapo, który w tak krótkim czasie stworzyłby tyle stylizacji. Nie wiem też, skąd czerpałem motywację i miałem siłę, żeby tak pracować. Ale udało się. Tak powstały Pleśniaki.

Between Worlds poznałam już jako syntezę sztuk – połączenie Twojej recyklingowej mody, zjawiskowych fotografii Madam Miko i pięknej literatury Jagny Żukowskiej…
Po którejś z sesji zdjęciowych, dokładnie po masce Irokez, zadzwoniła do mnie nieznana mi wcześniej Jagna Żukowska i powiedziała: „Cześć, mam Twój numer z fanpage’a, jestem poznańską pisarką. Tak zainspirowałeś mnie tymi maskami, tymi sesjami zdjęciowymi, które tworzycie z Madam Miko, że chciałabym pisać na ten temat opowiadania. W zasadzie pierwsze już napisałam”. Przeczytałem tekst przesłany przez Jagnę z zapartym tchem, oddzwoniłem do niej i mówię: „Nie wiem, jakim cudem znalazłaś się w moim życiu, ale pisz te opowiadania dalej, chcę je mieć, chcę te maski uwieczniać w literaturze”. Dokładnie nie pamiętam, kiedy stwierdziliśmy, że ten twór, tę interaktywną kompilację pracy trzech artystów dobrze byłoby jakoś nazwać i kto zasugerował, żeby wykorzystać wymyśloną wcześniej nazwę Between Worlds. Stworzyliśmy fanpage tego projektu, na którym publikowaliśmy kolejne opowiadania.

I poszło w świat?
Po którymś opowiadaniu odezwał się do nas największy, najbardziej prestiżowy portal czytelniczy w Polsce lubimyczytac.pl z propozycją współpracy. Od początku września w każdą środę o godzinie 18 publikowane tam są kolejne opowiadania Between Worlds. I tu ciekawostka, gratka dla naszych stałych czytelników – w każdą środę wraz z opowiadaniem ukazują się też premierowe zdjęcia Madam Miko – trzy kadry, dotąd nigdzie wcześniej niepokazywane, a tworzone specjalnie dla lubimyczytać.

Macie już wizję kolejnych działań?
Ostatnio Virtual Magic Studio stworzyło wizytówkę Pleśniaków w jakości 4K i zaczynamy marzyć o ekranizacji opowiadań z projektu Between Worlds.

może Ci się spodobać

Jak izolacja z powodu COVID-19 może wpływać na psychikę dzieci?

Od kilku miesięcy staramy się ograniczać kontakty z ludźmi, część z nas pracuje zdalnie, dzieci uczą się online. Jak tłumaczyć dzieciom tę trudną sytuację? Jak dbać o ich dobre samopoczucie? Na te pytania odpowiada psycholog Monika Socik.