Marcin Urzędowski – perkusista, performer, kreator mody z materiałów recyklingowych opowiada o tym, z czego jest dumny, co go złości i jak z przyjaciółmi przekuł frustrację w projekt, który być może okaże się przebojem filmowym.

Dlaczego powstała marka Prepostevolution?
Z niepowstrzymanych emocji, galopujących pragnień zrobienia czegoś jeszcze, z takiego ciągłego odkrywania w sobie nowych pokładów kreatywności. A poetyka marki jest kontrapunktem do pewnego projektu muzycznego, w którym uczestniczyłem kilka miesięcy. Z dziada pradziada jestem krakusem, ale cztery lata temu wprowadziłem się do Warszawy. W warszawskim światku artystycznym nie znałem zbyt wielu osób, więc gdy zaproszono mnie do udziału w lokalnym, przesłodzonym do granic możliwości projekcie muzycznym, zgodziłem się, choć czułem się jak chłopak lalki Barbie. Projekt trwał dwa miesiące, a we mnie organicznie wręcz rosła wewnętrzna potrzeba zrobienia czegoś, co stanowiłoby jakąś przeciwwagę do tej lukrowanej estetyki. Kiedy zatem pojawiła się propozycja stworzenia scenicznego show na jednym z pokazów mody, pomyślałem: „A czemu nie”. Ale oprócz występowania tam w roli muzyka perkusyjnego, przyszło mi do głowy, by zaprezentować coś więcej. Chociażby wzbogacić mój muzyczny występ o własny pokaz mody.

Wcześniej tworzyłeś jakieś projekty modowe?
Jak zaproponowałem już organizatorom taki deal – muzyka i pokaz, zdałem sobie sprawę, że przecież porywam się na coś, o czym w sumie nie mam pojęcia. Co prawda grałem na tego typu imprezach, ale nigdy nie byłem w sytuacji, kiedy sam muszę skonstruować kolekcję.

Więc skąd ten pomysł?
Miałem dość lukrowanego świata, w którym ostatnio istniałem i chciałem stworzyć coś przeciwstawnego. Z pomocą przyszła mi estetyka inspirowana wizją końca świata. Wykorzystałem rdzę, brud, kurz, bezdroża. Inspirowałem się poetyką serii „Mad Max”, bo to było dla mnie obrazogenne.

Jak się do tego zabrałeś?
Nie zdradzałem nikomu szczegółów, tylko wynająłem osobną salę, w której charakteryzowaliśmy modelki, stworzyłem kilkanaście postaci rodem z filmu „Mad Max”. Każda miała swoją wizażystkę, charakteryzatorkę. Zaprosiłem do pokazu dziewczyny szalenie wymowne w swoim wyglądzie, powiedziałbym alternatywne. Np. mistrzynię w podnoszeniu ciężarów, byłą kajakarkę, mającą prawie dwa metry wzrostu Zuzannę Matysiak, która okazała się zresztą wspaniałą modelką.

I dopiąłeś swego. Z jakim odbiorem spotkał się Twój debiutancki pokaz mody?
Weszliśmy na ketłok, zabrzmiała muzyka. Grałem na perkusji, a na scenie pojawiały się ucharakteryzowane postaci, w szalenie sugestywnych makijażach, z rozbudowanymi fryzurami, charakteryzacją, sztuczną krwią i gadżetami, np. bronią zrobioną ze starych pił itd. To było coś, co zwaliło ludzi z nóg, mnie zaś dało odpowiedź na pytanie, które dręczyło mnie od miesięcy: „Czy potrafię robić coś jeszcze poza graniem?”. Ten pokaz przekonał mnie, że potrafię. Feedback był ogromny, zdecydowanie pozytywny. Znajomi mówili: „Marcin, pokazałeś się z tak innej strony, co to było?”. A ja odpowiadałem: „Nie wiem, samo się stworzyło”. Tę kolekcję nadludzkim wysiłkiem stworzyłem w ciągu miesiąca, a potem poszło już lawinowo. Pomyślałem, że to jest dobry moment, żeby wprowadzić w swoim życiu coś, czego jeszcze nie było, coś, co pozwoliłoby mi oderwać się trochę od sfery muzyki. Mając 37 lat, 16 maja 2017 roku powołałem markę Prepostevolution.

Skąd ta nazwa?
Nazwa nawiązuje do prehistorii, czyli czegoś, co mnie fascynuje jako niedoszłego antropologa kultury. Do postapokalipsy, która jest w kręgu moich zainteresowań i ewolucji kobiety – od dzikuski, prakobiety (u mnie jako nagość okryta body paintingiem) po jej postać szalenie futurystyczną, inspirowaną wizją świata postapo.

Projekty do kolekcji Prepostevolution tworzysz z materiałów recyklingowych, choć to niełatwy surowiec. Przyświecały ci w tym idee proekologiczne?
Na początku nie. Pierwszym zamiarem było wywołanie szoku, wyprowadzenie ludzi z równowagi, nakłonienie ich do zmierzenia się z niestandardową estetyką, takie lekkie podkręcenie im śrubki, zachęcenie do refleksji nad tym, czym jest moda, do czego zmierza, jak może być postrzegana. Sam zadawałem sobie tego rodzaju pytania i po pokazie zostawiłem ludzi z wątpliwościami, z którymi sami musieli się zmierzyć. Na początku zestawiałem bardzo drogie tkaniny, szlachetne kamienie ze śmieciami, z plastikiem, z jakimś syfem, brudem, kurzem, to była cecha charakterystyczna moich kreacji. W miarę rozwoju i mnie, i mojej marki doszedłem jednak do wniosku, że najlepiej, najfajniej czuję się z filozofią „mniej’. Rok czy półtora roku później postanowiłem więc mniej wydawać, mniej kupować, mniej pozyskiwać nowych rzeczy, a więcej wydobywać ze śmietników, z recyklingu, z tego, co ludzie mają pochowane w piwnicach, na stryszkach i w schowkach. Tak się zrodziła idea, aby wszystko, co tworzę w Prepostevolution służyło odśmiecaniu świata.

Wtedy też na swojej drodze spotkałeś Marinę DeBris?
Tak. Marina DeBris jest australijską artystką, która tworzy niesamowite rzeźby, modę, instalacje z tego, co pozyskuje z oceanu. Fale oceanu wyrzucają na brzeg tony śmieci, ona zaś chodzi po plaży, zbiera to wszystko i tworzy z nich sztukę, którą wystawia np. w muzeum sztuki współczesnej w Nowym Jorku. Postanowiłem pójść tym tropem. Skoro śmieci mogą być sztuką w najsłynniejszych galeriach, to czemu nie wykorzystać tego trendu na własnym podwórku. Tym sposobem stałem się kloszardem XXI wieku, któremu zdarza się, że wracając z ekskluzywnego bankietu, w szytym na miarę garniturze, zagląda do śmietnika i wyłuskuje stamtąd jakiś kąsek. Nie boję się takiej estetyki i absolutnie nie uważam, że coś tworzonego ze śmieci ma śmieciową wartość.

Moda z misją, propagująca filozofię mniej i less waste?
Sam proces powstawania maski nie ma wpływu na ekologię, poza tym że nie idę po surowiec do sklepu, tylko wykorzystuję śmieci, surowce wtórne, nadaję czemuś nowe życie. Ale jak to zaczyna wychodzić na zewnątrz, gdy tworzę z tego performance, to do ludzi zaczyna docierać przesłanie, zaczynają się zastanawiać nad naszym wpływem na losy Ziemi. Jak zobaczą piękny kostium stworzony w stu procentach z czegoś, co ocean wyrzucił na brzeg, to może w co setnej osobie zakiełkuje myśl: „Cholera, może za dużo tego wywalamy”. Może zanim coś wyrzuci, to się zastanowi, czy to na pewno jest śmieć, a może kupi bidon na wodę, zamiast plastikowej flachy?

To są drobne kroczki, nie mam mocy, żeby zmienić świat. Ale nie o to chodzi. Fajnie jest, kiedy ktoś z najbliższego otoczenia zaczyna się zastanawiać nad tym, co kupuje, jak kupuje, nie zrywa kolejnej foliówki w sklepie, tylko zabiera siatkę zrobioną ze starej firanki. To są takie drobne, maluteńkie geściki. Wiem, że takie pojedyncze zachowania niewiele znaczą, ale powtórzone milion razy, dziesięć milionów razy, oznaczają dziesięć milionów plastikowych reklamówek mniej. A to już wartość.

Chcesz zmieniać mentalność ludzi, pokazywać im inne możliwości, uczyć szacunku do przyrody i akceptacji. Bardzo rzadko kupuję kalendarze, ale pod koniec września 2020 roku zrobiłam wyjątek. Kalendarz „Amputation 2020” jest niezwykły…
Projekt „Amputation 2020” to unikatowy kalendarz stworzony z fotografką Madam Miko. Jego bohaterami są ludzie po amputacjach lub z niewykształconymi kończynami. Jestem absolutnie dumny, że bez żadnego wsparcia, bez środków, sponsorów, bez udziału mediów, bez całej machiny PR-owej i administracyjnej, która za takimi przedsięwzięciami zazwyczaj stoi, dwóm osobom udało się doprowadzić do tego, że ten kalendarz powstał. Początkowo nikt nie chciał nam w tym pomóc.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj imię