masaż lomi lomi niu
© Adobe Stock

Ceremonia z ciałem: Bajeczny masaż lomi lomi nui

12 udostępnień
12
0
0

Ponad dwa lata temu kilka kobiet, które poznały się w podróży, zapoczątkowało projekt „Przesilenia”. Pod czarodziejsko brzmiącą nazwą przedsięwzięcia kryją się cykliczne trzydniowe spotkania, których clue stanowi praca z ciałem na… stole do masażu. O projekcie opowiada Ula Młodożeniec, jedna z jego pomysłodawczyń.

Marta Dudziak: Jak to wszystko się zaczęło?
Ula Młodożeniec:
Zaczęło się od tego, że byłyśmy na wyjeździe szamańskim w Egipcie. To właśnie tam się poznałyśmy i energetycznie połączyłyśmy. Po powrocie, podczas któregoś ze spotkań zastanawiałyśmy się, co mogłybyśmy zrobić, żeby podzielić się ze światem tym, co kochamy. A każda z nas kocha masować, kocha pracować i poznawać siebie poprzez ciało. Jedna z nas wpadła na pomysł organizowania ceremonii.

Wyjazd szamański do Egiptu?
Tak, byłyśmy 11 dni w Egipcie, płynęłyśmy Nilem, mieszkałyśmy na łodzi i lokalny szaman – przewodnik zabierał nas w różne miejsca mocy. Łączyłyśmy się z tamtejszymi energiami, medytowałyśmy, dużo pracowałyśmy z ciałem poprzez ruch, dotyk. Spotykałyśmy ciekawych ludzi, zwiedzałyśmy miejsca, w które turyści nie docierają. To była piękna, mocno transformująca podróż.

Lomi lomi nui, którym się zajmujesz, to jakaś szczególna metoda masażu?
Lomi lomi nui to nie tylko masaż, to cała ceremonia. Masaż jest jej elementem i niejako opowieścią o dotykaniu duszy, dla której ciało stanowi świątynię. Za każdym razem, kiedy zaczynam pracę z klientem, czuję wzruszenie i wdzięczność za to, że ktoś zaprasza mnie do swojej świątyni, za zaufanie. Przed masażem wykonuję taniec, następnie śpiewam modlitwę w intencji przepływu bezwarunkowej miłości. Dopiero potem wchodzę do świątyni. Od tego momentu jestem w stanie medytacji, najgłębszej wrażliwości, uważności i… podążam za ciałem. Czasem coś słyszę, czasem pojawiają się obrazy. Lomi lomi nui to masaż intuicyjny, podążasz w nim tam, gdzie woła cię ciało. Idea masażu polega na tym, że uwalniają się różne trzymane w ciele od lat, czasem od pokoleń blokady. Kiedy one puszczają, powstaje przestrzeń na nowe. Coś umiera, aby mogło się coś urodzić. Zdarzają się osoby tak pozbawione uważności ciała, tak od niego odcięte, że podczas całego masażu nic nie czują. Inni znów nagle zaczynają płakać albo się śmiać. Najczęściej na poziomie fizycznym masażowi towarzyszy poczucie przyjemności, utulenia, spokoju. Sama odkąd pierwszy raz zaznałam lomi, absolutnie się w nim zakochałam. Mogę powiedzieć, że jestem od tego dotyku uzależniona (śmiech).

Jak wyglądają ceremonie, które robicie?
Spotykamy się zwykle w piątek i robimy krąg, rozmawiamy o intencjach, o tym, co przywiodło uczestników na spotkanie. Niezwykłe jest to, że tematy, wyzwania, intencje, z którymi przyjeżdżają uczestnicy pokrywają się, uzupełniają, dopełniają. Tak więc rozmawiamy, medytujemy, uwalniamy głos, muzykujemy, czasem śpiewamy, czasem gramy na bębnach. Ostatnio dołączyłyśmy też szamańskie ustawienia. Ale w tym wszystkim najważniejsze jest to, że po prostu jesteśmy ze sobą. Robimy to, co czujemy i co potrzebne jest grupie. W sobotę do południa pracujemy z ciałem poprzez ruch, taniec, a po południu odbywa się główna część ceremonii, czyli masowanie. To aż pięć godzin na stole. Co godzinę masuje cię inna osoba. W procesie tym dzieje się magia, pojawiają się emocje, płacz, śmiech, krzyki, a czasem potrzeba przytulenia. Bywa, że po ceremonii mamy kąpiel w jeziorze, że tańczymy w deszczu albo idziemy do sauny. Niedziela, czyli ostatni dzień, choć kończy się zwykle o 14, jest bardzo intensywna. Uczestnicy opowiadają o swoich wglądach, podróżach, o tym co się odkryło, co uwolniło, jak się czuli, jak się czują. Sporo procesów domyka się w niedzielę. Tworzy się takie grupowe wsparcie i otwarcie na inne perspektywy, na nowe. Na naszych ceremoniach jest przestrzeń na wszystko, wszystko jest przyjęte, każdy jest usłyszany i zobaczony w swojej prawdzie. To wielka moc autentyczności.

Kto do Was trafia?
Głównie osoby z polecenia. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni. To są bardzo kameralne grupy, za każdym razem osób jest pięć, bo tyle jest miejsc. Czasami w ostatniej chwili uczestnicy zmieniają się, ale co ciekawe, zawsze jest tak, że przyjeżdżają dokładnie te osoby, które mają tam akurat być. Tematy, intencje, z którymi przyjeżdżają zwykle mają wspólny mianownik, np. na jednym z warsztatów pojawiła się w polu przemoc w dzieciństwie, która – jak się okazało – dotknęła więcej niż jednego uczestnika.

Dlaczego te intencje są takie ważne?
Hawajska filozofia huny mówi, że energia podąża za uwagą, że świat jest taki, jaki myślisz, że jest, że moment mocy jest teraz. Nie ma „wczoraj” ani „jutro”, jest tylko teraz, ten moment. Teraz kreujesz to, co wydarzy się w twoim życiu. To, czemu dajesz swoją uwagę wzrasta. Dlatego intencje są tak ważne. Co zapraszam do swojego życia? Czemu już dziękuję? Ważny jest dobór słów, bo wszechświat nie ma swojej inteligencji, nie rozróżnia słowa „nie”, jeśli mówisz, że czegoś nie chcesz, boisz się czegoś, to właśnie to ci się przytrafia. Wszechświat nie czyta „nie”. Nie mów „ja tego nie chcę”, powiedz: „ja temu już dziękuję” i zaproś coś nowego, nowe jakości.

Podczas ceremonii wszyscy jesteśmy połączeni, a to ma ogromną moc manifestacji. Przed masażem zapraszamy więc dobre rzeczy, w trakcie masażu myślimy o intencji, zadajemy pytania, co jest dla mnie dobre, co mi służy, na czym się skupić. A po masażu, po ceremonii coś zaczyna się zmieniać. Zaczynają pojawiać się ludzie, znaki, zdarzenia, prowadzące do tego, co zaprosiłaś.

Co jeszcze daje udział w ceremonii?
Po pierwsze jesteś tylko i wyłącznie ze sobą przez dwa pełne dni. Możesz się zatrzymać i zadać sobie ważne pytania. Będąc ze sobą autentycznym, w szczerości, jesteś w stanie znaleźć odpowiedzi. Bo one zawsze są właśnie w tobie. Ceremonia to także czas spędzony z pięknymi ludźmi w atmosferze bezwarunkowej miłości i akceptacji. Dla ciała zaś to niesamowita uczta. Nasze ciało tęskni przecież za dotykiem, a tu jest mu on dawany przez dwa dni w niezwykle czułej formie. Czujesz się zaakceptowana w swojej nagości, dokładnie taka jaka jesteś, w swojej prawdzie. Jesteś sobą i jesteś kochana.

Dla mnie jako osoby prowadzącej jest jeszcze jeden wymiar ceremonii – przyjeżdża człowiek z całym bagażem doświadczeń i zdejmuje to wszystko z siebie, leży w zaufaniu na stole przez kilka godzin, przechodząc z rąk do rąk i doświadcza uzdrowienia, opartego na bezwarunkowej miłości. To jest niesamowicie piękne i wzruszające być świadkiem takich zmian.

To wszystko w grupie…
Tak, grupa podbija energetykę. W trakcie ceremonii jesteśmy połączeni, tworzymy niesamowitą przestrzeń mocy. Uwielbiam obserwować twarze uczestników, kiedy się kładą i kiedy wstają po kilku godzinach. To są inne osoby. Blask, uśmiech, otulenie, to jest niesamowite. Zagina się czasoprzestrzeń. Ostatnio pewna dziewczyna wstała i mówi „Wiesz co, ja tu chyba 60 lat leżałam”.

Wasza piątka – jakie to charaktery?
Każda z nas jest inna, wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Każda ma inną ścieżkę, przez którą się rozwija. Piękne jest to, że w ceremoniach wszystkie nasze unikalne umiejętności się łączą. Marysia jest głęboko na ścieżce tantrycznej, jest masażystką tantryczną, pracuje z seksualnością. Marta mocno czuje wodę, jest terapeutką Watsu – pracuje z ciałem w wodzie. Ona sama jest jak woda, płynie we wszystkim. Ola jest absolutnie czującą i wiedzącą istotą, robi szamańskie ustawienia, czyta z Kronik Akaszy. Iwonka pracuje z ciałem poprzez ruch, prowadzi medytację w tańcu, jest istotą z innej planety, ma niesamowite połączenia z różnymi wymiarami. Wreszcie ja jestem na ścieżce odkrywania kobiecości, odkrywania kobiecej mocy, stawania w swojej mocy. Jestem też bioenergoterapeutką. Uwielbiam pracować z kobietami.

Jak wyglądała Twoja ścieżka do miejsca, w którym jesteś?
Obudziłam się dziewięć lat temu. Pracowałam w korporacjach, robiłam karierę. Miałam swoją zaplanowaną ścieżkę zawodową, ambicje, parłam do przodu. Pracując w jednej z korporacji trafiłam kiedyś na podyplomowe studia z psychologii przywództwa do Jacka Santorskiego.

Totalny przypadek. Chociaż nie, nie ma przypadków. Okazało się, że jest budżet szkoleniowy, który trzeba wykorzystać. I nagle ja, ekonomistka z wykształcenia, pracująca w HR, pomyślałam o psychologii. Studia były dla mnie bardzo transformujące. Potem trafiłam na ośmiotygodniowy trening mindfulness, gdzie po raz pierwszy pojawiało się pytanie, kim tak właściwie jestem? Dokąd zmierzam? Wtedy odkryłam, że czuję się mężczyzną, mówię wszystkim, co mają robić, nie ma we mnie miękkości, ubieram się w spodnie, noszę tylko czarne i białe kolory. Poczułam się szara i nijaka. I tak trafiłam do kobiecego kręgu, do świątyni tantry dla kobiet. Zaczęłam spotykać ludzi spoza korpo, odkrywać życie.

Przez cały ten czas pracowałaś w korpo?
Tak. W międzyczasie wzięłam jeszcze udział w 21-dniowym programie medytacji dynamicznej Osho. Po porannych zajęciach jeździłam do biura, płakałam, mój szef się mnie bał, nie wiedział, jak się do mnie odzywać. Pomyślałam wtedy, że czas odejść.

Odeszłaś?
Skąd, dostałam kolejny awans. Zostałam na kolejne trzy lata. Nosiłam się z zamiarem odejścia, ale na te wszystkie warsztaty potrzebowałam kasy, a w firmie byłam na wysokim stanowisku, więc miałam luz. W końcu ciało się zbuntowało. Najpierw straciłam głos. W domu normalnie rozmawiałam z mężem i synem, a jak tylko wchodziłam do pracy, traciłam głos. I nikt nie wiedział, co się dzieje. Po dwóch miesiącach minęło. Potem zemdlałam prowadząc samochód w drodze do pracy. Dzień, kiedy zemdlałam podczas spotkania był moim ostatnim dniem pracy. Po 24 latach w korporacjach, zajęłam się sobą. Skończyłam kurs lomi lomi nui, pojechałam do Egiptu, a potem zaczęłyśmy prowadzić ceremonie. Zaczęłam nowe, szczęśliwe życie, stanęłam w swojej mocy, odkryłam w sobie kobiecość. Nadal jestem w pasjonującej podróży w nieznane.

2 komentarze
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

może Ci się spodobać
architektura po pandemi

Architektura po pandemii – nowe trendy

Pandemia koronawirusa zmieni architekturę i projektowanie wnętrz: w mieszkaniach i domach będzie więcej przestrzeni, aby domownicy mogli się…