Dlaczego krzywdzimy zwierzęta i jak tego nie robić?

208 udostępnień
208
0
0
Ale pewnie i tak czasem dopada Cię zwątpienie, rezygnacja?

Oczywiście. Wtedy jadę do schroniska albo wchodzę na naszą stronę, grupę w mediach społecznościowych i oglądam zwierzęta, którym pomogliśmy. Czasem czytam też maile od nowych właścicieli z domów, w których zwierzęta są kochane. Zdarza się też, że oglądam filmik z rehabilitacji psa, który robi postępy. To zwykle skutecznie stawia mnie na nogi.

Wspomniałaś, że w naszym systemie prawnym w zakresie ochrony zwierząt sporo wymaga poprawy. Jakie zmiany masz na myśli?

Temat jest obszerny. Żeby udzielić pełnej odpowiedzi, trzeba by było wziąć pod uwagę nie tylko samą ustawę o ochronie zwierząt, ale też takie obszary, jak: funkcjonowanie ogrodów zoologicznych i cyrków, sposób działania chowu przemysłowego oraz ferm zwierząt futerkowych. To nie wszystko, są jeszcze targi zwierząt rzeźnych, pseudohodowcy, nieprawidłowe funkcjonowanie niektórych schronisk czy choćby odstrzał zwierząt dzikich. Odniosę się zatem tylko ogólnie do regulacji dotyczących zwierząt towarzyszących, ale zaznaczam, że zakres potrzebnych zmian jest znacznie szerszy.

Aby system prawny działał skutecznie, potrzebujemy jasnych i precyzyjnych norm prawnych, kontroli przestrzegania tych norm przez odpowiednie organy państwowe, współpracy organów ścigania, organów administracyjnych i organizacji pozarządowych oraz wydolnego i sprawiedliwego systemu sądownictwa. Czy mamy którąś z tych rzeczy? Uważam, że nie. Spieramy się o długość łańcucha w przepisach ustawy o ochronie zwierząt, a tak naprawdę ten przepis jest martwy, bo każdy „właściciel” powie, że psa spuszcza w nocy i nic już nie można zrobić. Kary bezwzględnego więzienia wymierzane są szczególnie okrutnym oprawcom, a te wszystkie osoby, które przez lata krzywdzą zwierzęta poprzez zaniedbanie, pozostają bezkarne z uwagi na brak zamiaru wyrządzenia krzywdy… Cały czas mamy w Polsce schroniska funkcjonujące dla zysku, z których znikają zwierzęta i o których wiedzą wszyscy, ale nikt ich nie zamyka. Mamy sprzedaż psów z pseudohodowli, gminy i samorządy uchylające się od odpowiedzialności za zwierzęta bezdomne, przebywające na ich terenie. No i mamy ludzi, którzy traktują zwierzęta jak przedmioty, bez grama empatii. Dlatego uważam, że system prawny jest do poprawy, najlepiej po konsultacji z ludźmi, którzy od lat pracują nad polepszeniem losu zwierząt, mierzą się z okrucieństwem i brakiem wyobraźni opiekunów. Celem powinno być to, by przepisy stawiały dobro zwierząt ponad innymi względami, również finansowymi.

Skąd masz pieniądze na poprawę losu swoich podopiecznych?

Nasze fundusze pochodzą głównie z 1% podatku, do którego odpisywania na naszą fundację serdecznie zachęcam. Niepokoją mnie informacje o próbie przekierowania tych środków do organizacji powiązanych z państwem i Kościołem. Obawiam się, że to może nasze fundusze ograniczyć. Kolejnym źródłem są zbiórki publiczne, puszki w sklepach, centrach handlowych. Duże znaczenie mają także darczyńcy, zarówno indywidualni, jak i instytucjonalni. Wielu z nich jest z nami od lat i jesteśmy im za to niezmiernie wdzięczni. Oni też są naszym świadectwem, ich obecność wynika przecież z tego, że jesteśmy godni zaufania. Nie ubiegamy się o dotacje, bo to bardzo dużo biurokratycznych utrudnień, a budżety na nasze zadania nie są w stanie pokryć wielu godzin pracy z tym związanej. Cieszymy się też, że istnieją takie miejsca jak: ratujemyzwierzaki.pl i zrzutka.pl. Szczególnie teraz w czasie pandemii, gdy zbiórka funduszy w terenie jest ograniczona przez obostrzenia.

No właśnie, pandemia… Jak obecna sytuacja wpłynęła na los zwierząt domowych? Słyszałam o tym, że ludzie chętniej adoptują psy i koty ze schronisk. Chętniej otaczają się zwierzętami w swoich domach, wychodzą z nimi na spacery…

Rzeczywiście obecnie zainteresowanie adopcją zwierząt jest dużo większe, co prawdopodobnie wynika z tego, że większość dnia spędzamy w domu, a więc mamy czas na to, żeby zajmować się psem czy kotem. My w fundacji podchodzimy do tego „trendu” ostrożnie. Pandemia minie i życie wielu osób wróci do poprzedniego rytmu, a adopcja to decyzja na lata. Teraz możemy poświęcić dużo czasu swojemu psu lub kotu, ale czy tak samo będzie za kilka miesięcy, za rok czy dwa? Teraz wyjazdy są znacznie ograniczone, ale co będzie, gdy stęsknieni za podróżami ludzie będą chcieli pojechać na wymarzone wakacje? Dziś wielu opiekunów pracując zdalnie, spędza niemal całe dnie ze zwierzętami, jednak w przyszłości ich przyjaciele, zwłaszcza psy, mogą bardzo odczuć nagłą nieobecność opiekuna, mogą tęsknić i czuć się samotne. Mówię o tym, bo adoptując psa czy kota, powinniśmy myśleć długofalowo, a nie poddawać się zmiennym, chwilowym potrzebom.

A nad czym powinniśmy się zastanowić, zanim zdecydujemy, że jesteśmy gotowi na adopcję zwierzęcia?

Przede wszystkim gotowość jest wtedy, gdy sytuacja życiowa, w tym finansowa, jest stabilna. Często słyszymy, że ktoś musi zmienić mieszkanie, a nowy właściciel nie zgadza się na zwierzęta i nagle ludzie uznają, że łatwiej oddać swojego przyjaciela niż znaleźć inne mieszkanie. Nigdy tego nie zrozumiem. Równie często spotykamy się z tym, że młode osoby wyjeżdżają w poszukiwaniu pracy za granicę, a tam nie mogą zabrać ze sobą psa lub kota, więc wybór jest dla nich oczywisty – zwierzęcia trzeba się pozbyć. Kolejny casus to adopcje „pod presją” dzieci – dla dzieci, na urodziny, na święta, żeby się uczyły odpowiedzialności. Tyle że dziesięciolatek nie powinien sam wychodzić na spacer z psem. To zbyt duża odpowiedzialność. Może się przecież wydarzyć wiele nieprzewidzianych sytuacji, na które nie będzie umiał odpowiednio zareagować. Zwierzę to nie narzędzie do zaspokajania ludzkich potrzeb i jeśli ktoś tak myśli, nie powinien nawet zastanawiać się nad adopcją.

Często zarzuca się organizacjom prozwierzęcym, że utrudniają adopcję. Ktoś chce adoptować, a tu „takie” wymagania. „A przecież lepiej, żeby pies czy kot był sam osiem godzin w domu, niż żeby całe dnie i noce spędzał w schronisku”…

Oczywiście, że lepiej, ale trzeba mieć także czas na opiekę nad psem czy kotem. A to, że pracujemy osiem, czy nawet sześć godzin, nie oznacza, że dokładnie tyle czasu zwierzę spędzi samo. Są jeszcze dojazdy, wyjścia ze znajomymi, inne przyjemności, aktywności i obowiązki. Zakupy, sprawy urzędowe… Jeżeli zatem nie ma nas w domu jedenaście godzin, to pozostaje nam niewiele czasu, który możemy przeznaczyć adoptowanemu zwierzęciu. Ja na przykład, właśnie z tego powodu, nie mam psa. W moim obecnym stylu życia nie mam dla niego po prostu wystarczająco czasu. Dużo podróżujemy i nie mielibyśmy możliwości zabierania psa lub kota ze sobą, a częste zostawianie ich w różnych miejscach, hotelach, u znajomych nie jest dobrym rozwiązaniem.

Zwierzęta przebywające w schroniskach lub pod opieką fundacji to najczęściej stworzenia skrzywdzone przez człowieka, takie, które ktoś zawiódł. Potrzebują szczególnej troski. Takim „weteranom” trzeba okazać dużo cierpliwości, nastawić się na systematyczną pracę. Ponadto wiele z nich nie odnajduje się w miejskich przestrzeniach. Ludzie postanawiają, że zmienią tryb życia, że chociaż nie byli zbyt aktywni, teraz zaczną biegać po lesie dwa razy dziennie. Właśnie dla psa. Wiemy jednak, że niewielu się to uda. Chociaż podczas składania takiej obietnicy są szczerzy i przekonani, że właśnie tego chcą, to później poddają się starym nawykom, ze szkodą dla psa. Rezygnują na przykład jesienią, gdy robi się mokro i wietrznie, albo zimą, gdy dopada nas przeszywający chłód. Dlatego szukamy dla podopiecznych takich domów, w których zapewnienie im odpowiednich warunków spacerowych nie wiąże się z codzienną, pozamiejską wyprawą czy nienaturalnym dla opiekuna „wysiłkiem”.

My naprawdę nie uważamy, że ludzie, którzy zgłaszają się do nas z chęcią zaadoptowania psa czy kota, to złe osoby. Odmowa wydania danego zwierzęcia nie jest personalnym atakiem w starających się o adopcję. To kalkulacja ryzyka i szans. Musimy zadać sobie pytanie, czy zwierzę i ich potencjalny właściciel będą dla siebie odpowiedni. Jesteśmy odpowiedzialni za los tych zazwyczaj mocno poturbowanych zwierząt, dlatego korzystamy z naszego ogromnego już doświadczenia, analizując każdą taką sprawę. I chociażbyśmy dostali list polecający od najwyższych autorytetów, to i tak będziemy się kierować wyłącznie dobrem naszego podopiecznego. Rzadko kto rozumie, że mamy prawo mieć oczekiwania. Pies czy kot przecież nie powie, czego potrzebuje. Dlatego my występujemy w ich imieniu. Czasem mam wrażenie, że ludzie, którzy do nas przychodzą, zapominają, że my tu jesteśmy dla zwierząt. Nasz proces adopcyjny jest bardzo jasny i w całości opisany na stronie, a i tak nierzadko doświadczamy niezadowolenia ze strony rodziny, która ostatecznie nie dostała jakiegoś psa. Wszystkim tym, którym kiedyś odmówiliśmy adopcji, mogę powiedzieć: „Szanowni Państwo, ja bym większości psów, które mamy pod opieką, pewnie też nie dostała, a jestem prezeską tej Fundacji. To naprawdę nie jest kwestia oceny tego, czy jesteście dobrymi, empatycznymi ludźmi”.

może Ci się spodobać
pingwin zoo wrocław

Ratujmy pingwiny!

We fraku i peruczce Pingwiny to jedyne żyjące ptaki o idealnie spionizowanej sylwetce. W dodatku są zwierzętami eleganckimi,…

Kobieta z misją, Królowa we flow

W książce dużo piszesz o bardzo ciekawej metodzie biznesowej, którą pracujesz ze swoimi klientami – o Talent Dynamics.…