Wulgarne, zniesławiające konkretne osoby komentarze pod materiałami w sieci są dziś prawdziwą plagą. Czy można ścigać samych komentujących, skoro są anonimowi? Jak sprawić, żeby szkalująca nas czy naszych bliskich treść jak najszybciej zniknęła z internetu?

Pod materiałami publikowanymi w portalach internetowych często znajdujemy komentarze anonimowych czytelników, których treść bezpośrednio i „z nazwiska” dotyczy określonych osób i ma wulgarny czy zniesławiający charakter.

Na przykład na portalu z aktualnościami z życia jednej z miejscowości w centralnej Polsce ukazał się artykuł o właścicielce zakładu fryzjerskiego, która wskutek lockdownu popadła w długi za najem lokalu. „Stara i gruba” – padały w komentarzach epitety dotyczące właścicielki salonu. Komentujący dokonali również swoistej wiwisekcji jej aktualnego i przeszłego życia intymnego oraz prześcigali się w wulgarnych recenzjach jej pracy zawodowej (od oskarżeń o oszustwa po zarzut usiłowania pozbawienia życia). Oczywiście autorzy wszystkich tych pełnych agresji wpisów zamieszczali je bez podpisywania się imieniem i nazwiskiem.

Czy można dotrzeć do autorów takich anonimów?

Anonimowość w internecie jest iluzją. Tak naprawdę każdego niemal autora nienawistnego wpisu można zidentyfikować. Jeżeli wpis nas – w naszym przekonaniu – obraża, możemy złożyć do sądu prywatny akt oskarżenia o zniesławienie (art. 212 Kodeksu karnego). Ale jak to zrobić, skoro akt oskarżenia musi wskazywać „osobę oskarżonego” (art. 487 Kodeksu postępowania karnego) oraz dowody, na których opiera się oskarżenie? Przecież nie można oskarżyć anonima.

Odpowiedzi na tę wątpliwość udziela art. 488 § 1 Kodeksu postępowania karnego: „Policja na żądanie pokrzywdzonego przyjmuje ustną lub pisemną skargę i w razie potrzeby zabezpiecza dowody, po czym przesyła skargę do właściwego sądu”.

Tego samego autora: Mobbing – czym jest i jak go rozpoznać?

Zgodnie z tym przepisem wspomniana wyżej właścicielka zakładu fryzjerskiego może napisać skargę do najbliższego komisariatu policji, żądając – z powołaniem się na art. 488 § 1 k.p.k. – żeby policja ustaliła personalia osoby, która zamieściła nienawistne komentarze, a także np. zażądała od niej wydania komputera czy telefonu komórkowego bądź przeszukała jej mieszkanie i zatrzymała sprzęt, którego użyto do umieszczenia komentarzy.

Jak sprawić, żeby oczerniające treści jak najszybciej zniknęły z sieci?

A w omawianym przypadku: co powinna zrobić nasza fryzjerka, żeby komentarz został jak najszybciej usunięty przez podmiot, na którego stronie go umieszczono?

Tu w grę wchodzi art. 14 ust. 1 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, zgodnie z którym „nie ponosi odpowiedzialności za przechowywane dane ten, kto udostępniając zasoby systemu teleinformatycznego w celu przechowywania danych przez usługobiorcę nie wie o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności, a w razie otrzymania urzędowego zawiadomienia lub uzyskania wiarygodnej wiadomości o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności niezwłocznie uniemożliwi dostęp do tych danych”.

Brzmi strasznie, ale tak naprawdę chodzi o prosty mechanizm.

  • „Udostępniający zasoby systemu teleinformatycznego w celu przechowywania danych przez usługobiorcę” to podmiot, do którego należy strona internetowa.
  • „Usługobiorca” to anonimowy komentator – nienawistnik.
  • „Dane” to komentarz o złym prowadzeniu się naszej fryzjerki.

Z przepisu wynika, że jeśli „właściciel” strony internetowej dowie się od fryzjerki, że umieszczony na stronie komentarz ją obraża (czyli uzyska „wiarygodną wiadomość o bezprawnym charakterze danych”), to ma obowiązek usunąć komentarz (czy też zablokować internautom dostęp do komentarza), na dodatek – niezwłocznie. Jeśli zaś wpisy na stronie są moderowane, czyli jakaś prawdziwa osoba siedzi przed komputerem i dopuszcza komentarze do publikacji albo je usuwa, to wręcz i bez wezwania pochodzącego od naszej fryzjerki ma obowiązek taki wulgarny czy zniesławiający komentarz usunąć.

A co, jeśli „właściciel” strony nie usunie szkalującego komentarza?

Wówczas fryzjerka ma prawo pozwać go do sądu cywilnego, na podstawie art. 14 ust. 1 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną w związku z art. 24 § 1 Kodeksu cywilnego:

„Ten, czyje dobro osobiste zostaje zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania, chyba że nie jest ono bezprawne. W razie dokonanego naruszenia może on także żądać, ażeby osoba, która dopuściła się naruszenia, dopełniła czynności potrzebnych do usunięcia jego skutków, w szczególności ażeby złożyła oświadczenie odpowiedniej treści i w odpowiedniej formie. Na zasadach przewidzianych w kodeksie może on również żądać zadośćuczynienia pieniężnego lub zapłaty odpowiedniej sumy pieniężnej na wskazany cel społeczny”.

Pomówiona fryzjerka może więc żądać tego, żeby sąd nakazał właścicielowi strony usunięcie hejterskich wpisów (w tym zakresie powódka może wręcz domagać się, żeby jeszcze przed zakończeniem sprawy sąd wydał tzw. postanowienie zabezpieczające, mocą którego tymczasowo nakaże pozwanemu zablokowanie tych wpisów do czasu prawomocnego zakończenia postępowania) oraz zapłacenie jej „zadośćuczynienia”, czyli jakiejś kwoty, która zrekompensuje jej poniżenie, krzywdę i psychiczne cierpienia wywołane czytaniem przykrych i niestosownych uwag na swój temat.

Ile to kosztuje?

Skarga na policję (art. 488 k.p.k.) nie kosztuje nic, jednak jej rezultatem ma być to, że do sądu wpłynie prywatny akt oskarżenia o zniesławienie (art. 212 § 1 k.k.: „kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności” i § 2: „Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”).

Tu już niestety musimy zapłacić na rachunek sądu rejonowego „zryczałtowaną równowartość wydatków” w kwocie 300 złotych. Jest też pewne ryzyko. Jeśli sąd uniewinni oskarżonego (czego nie można wykluczyć, nawet znając niechęć wielu sędziów do wolności słowa), a ten korzystał z pomocy obrońcy w osobie adwokata lub radcy prawnego, to nasza fryzjerka dodatkowo zapłaci najprawdopodobniej zwrot kosztów tego zastępstwa procesowego w kwocie co najmniej 720 złotych (i dodatkowo 25 proc. tej kwoty za każdy termin rozprawy). Oczywiście, jeśli nasza udręczona fryzjerka wygra i nienawistnik zostanie skazany, to wówczas odzyska swoje 300 złotych „wpisu” i koszty, które poniosła na zawodowego pełnomocnika, według tych samych zasad (720 złotych plus 25 proc. tej kwoty za każdą rozprawę).

Czytaj także dra Marcina Górskiego: Stalking – czym jest i co robić, gdy padniesz jego ofiarą?

Droższe będzie niestety postępowanie cywilne przeciwko „właścicielowi” strony internetowej, czyli osobie, która nią administruje. Za samo zawiadomienie właściciela strony, żeby usunął bezprawne komentarze, nie zapłacimy nic (możemy takie wezwanie posłać również mailem, bo przecież przepis nie wymaga w tym przypadku pisemnego wzywania). Jednak składając pozew nasza właścicielka salonu koafiur będzie już musiała zapłacić sądowi (i dołączyć do pozwu dowód zapłacenia) 600 złotych za to, że żąda, by sąd nakazał usunięcie komentarza, a dodatkowo 5 proc. od kwoty żądanego zadośćuczynienia (czyli np. 500 złotych, jeśli zażyczyłaby sobie 10 tys. złotych na otarcie łez). Ponadto, w razie przegranej, powódka będzie też musiała zwrócić drugiej stronie wydatki poniesione na adwokata czy radcę prawnego, o ile pozwany ustanowi go sobie w sprawie. W przypadku, gdyby pozew „opiewał” na 10 tys. złotych, koszty zastępstwa procesowego wyniosłyby 1,8 tys. złotych. Tu także jednak, w razie wygranej, powódka mogłaby liczyć (o ile tego zażąda) na zwrot przez pozwanego takich samych kwot.

Czy to ma sens?

To zależy. Jeżeli bliska nam jest maksyma Phineasa Barnuma, nestora branży PR i reklamy: I don’t care what the newspapers say about me as long as they spell my name right (red. „Nie obchodzi mnie, co mówią o mnie gazety, o ile poprawnie przeliterują moje imię”), bo mamy „grubą skórę”, to najlepiej jest nie reagować. Ale jeżeli świadomość, że gdzieś w internecie jesteśmy szkalowani, ma nam psuć samopoczucie, to warto zadziałać. Jeśli wulgarne wpisy nie stwierdzają prawdy na nasz temat, to walcząc z nimi w pewien sposób walczymy w interesie publicznym – o prawo społeczeństwa do odpowiedniej jakości informacji zgromadzonych w wirtualnych zasobach.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Wpisz komentarz
Podaj imię