anda rottenberg
Anda Rottenberg, fot. Antonina Konopelska

Anda Rottenberg: Trumna nie ma kieszeni

29 udostępnień
29
0
0

Spotykamy się na oprowadzaniu po nowym muzeum sztuki współczesnej NOMUS w Gdańsku w ramach Europejskiego Forum Nowych Idei. Po co nam sztuka współczesna? Po co ona biznesmenom dyskutującym o PKB na EFNI albo stoczniowcom, bo muzeum jest położone na terenie Stoczni Gdańskiej?

Anda Rottenberg: Wydaje mi się, że sztuka każdemu otwiera głowę i poszerza horyzonty. I ponieważ jest papierkiem lakmusowym reagującym na wszystko, niczym czujnik zmieniającego się świata, w związku z tym – jeżeli uwierzymy artyście, to zobaczymy coś, czego nie widzimy, kiedy się zajmujemy swoją pracą, dniem dzisiejszym, swoimi codziennymi troskami. Sztuka pozwala na odejście, zobaczenie z dystansu czegoś, czego z horyzontu naszego biurka nie widać.

Jaka jest rola artysty we współczesnym świecie?

Artyści bardzo często włączali się w protesty społeczne. Delacroix namalował Wolność wiodącą lud na barykady, Jean-Louis David tworzył w stylu akademickim, ale starał się uchwycić ducha rewolucji francuskiej. Grzegorz Klaman (którego prace można oglądać w NOMUS – przyp. red.) robił to samo w latach 80., wówczas jeszcze w nurcie alternatywnym. Kiedyś świadectwem był obraz lub grafika, dziś sztuka może przybrać formę ruchów miejskich, rejestrowanych na żywo i oglądanych przez tysiące ludzi, co daje zupełnie inną perspektywę.

Rozmowę z Andrzejem Pągowskim o sztuce zaangażowanej znajdziesz TUTAJ

A jaka jest rola takiego muzeum jak NOMUS?

Naród, który nie dba o swoją kulturę – znika. Prusowie tworzyli zwartą grupę jeszcze w wieku XVIII, widziałam nawet słownik niemiecko-pruski z tego czasu. Potem ten język został wyrugowany przez Bismarcka i jego germanizacyjną politykę i Prusowie się roztopili wśród niemieckiej ludności, została tylko nazwa. Czasem o kulturze jakiegoś narodu mogą zaświadczać tylko dobra materialne i świetnie, że w Gdańsku jest oddział Muzeum Narodowego, który pokazuje sztukę współczesną – artystów nie tylko z Gdańska, Trójmiasta czy Pomorza, ale takich, którzy żywo reagują na to, co się dzieje współcześnie. Po latach ich sztuka będzie zarówno świadectwem czasu, w jakim powstała, ale też tożsamości kulturowej tego regionu.

Jakie są pani związki z Gdańskiem? Jest pani tu tak często, że ludzie myślą, że pani tu mieszka.

Jestem tu często, bo jest to przyjazne miasto. Wiele lat temu, chyba około dziesięciu, zostałam wyróżniona nagrodą prezydenta Pawła Adamowicza, potem przyjechałam na jego pogrzeb. Bywam tu kilka razy w roku (z pandemiczną przerwą) na spotkaniach kapituły nagrody Europejskiego Poety Wolności, współpracuję z Instytutem Kultury Miejskiej, czasem odbywają się tam moje spotkania autorskie. Po latach pojawiło się poczucie związku z Gdańskiem – to jest miasto, które ma tradycje wolnościowe, ma ten gen niezawisłości, który jest mi bliski i tak się składa, że nadal co pewien czas ktoś mnie tu zaprasza. Tego lata spędziłam 10 dni na Festiwalu Szekspirowskim, oglądając po dwa przedstawienia dziennie i zwiedzając nowe osiedla, czyli Młode Miasto, zrewitalizowaną Ołowiankę, okolice nowej Filharmonii, zobaczyłam tę nową energię, która uwodzi również wielu moich znajomych kupujących sobie w Gdańsku mieszkania.

A czy jest jakieś miejsce poza Polską, do którego pani często wraca?

Jest wiele miejsc, do których czuję sentyment, lecz najczęściej wracam do Wenecji, którą po raz pierwszy odwiedziłam w 1976 roku.

Pewnie na Biennale?

Zwykle tak, ale nie tylko. Szczerze mówiąc akurat otwarcia kolejnych biennale są bardzo męczące, w ciągu trzech dni ogląda się setki wystaw. Zawsze sobie obiecuję, że to ostatni raz, mijają dwa lata i myślę sobie: „No może przyjadę jeszcze na te trzy dni…” (śmiech). Od jakichś stu lat mówi się, że Wenecja tonie, ma okresy aqua alta, tzw. wysokiej wody, ale Wenecjanie są do tego przyzwyczajeni, budują platformy na placach i ulicach, po których się chodzi, żeby nie brodzić w wodzie. Zdarza się też, że taka woda wpływa nagle w innych sezonach, ale wszyscy są przyzwyczajeni – natychmiast służby dostarczają przechodniom kalosze, odpompowują wodę, życie wraca do normy.

Jaki ma pani stosunek do przemijania?

Poczucie przemijania towarzyszy mi od bardzo dawna, od jakichś dwudziestu pięciu lat. Wiem, że wszyscy umrzemy. I kiedy patrzę na ludzi w moim wieku, którzy nadal jeszcze chcą się wzbogacić na przykład kosztem Ziemi, po której wszyscy chodzimy, którzy wolą zarobić i ją zaśmiecić czy zatruć, to zastanawiam się czy oni myślą, że będą żyli wiecznie? Czy oni myślą, że za to, co zrobili, podziękują im ich wnuki, które będą walczyć o każdą kroplę wody? Czy oni myślą, że to bogactwo trafi z nimi do grobu? Trumna nie ma kieszeni.

To są moje refleksje związane też z myśleniem o świecie – o tym, jak wydrenowaliśmy kulę ziemską, zaśmiecili, zatruli dla doraźnego zysku, dla czegoś, co w sumie, pod koniec antropocenu niczego nie zmieni. I czasami widzę twarze miliarderów, którzy się dziwią, że jakiś ich kolega miliarder miał wszystko, a jednak umarł.

A jak pani przeżyła pandemię? Dostrzegła pani jakiś plus lockdownu?

Dobrze, bo zwolniliśmy i mieliśmy czas na refleksję. Ale mieliśmy też czas na pewne odruchy związane z solidarnością społeczną. Jak już ludzie musieli siedzieć w domu, to zaczęli gotować, a ja zbierałam ich przepisy i publikowałam na Facebooku. Po roku powstała z tego książka pod tytułem Kuchnia towarzyska i uczuciowa. (W tej zabawie w gotowanie biorą udział artyści, pisarze, aktorzy, politycy – przyp. red.). 102 osoby uczestniczą w niej ze swoimi przepisami, więc moim plonem pandemicznym, którym się dzielę ze społeczeństwem, jest książka kulinarna.

Ale też zacieśniły się więzy społeczne – pandemia to był taki sprawdzian naszych relacji z innymi. Kiedy się zaczęła, dzwoniło do mnie bardzo wiele osób, martwiąc się o to, jak się czuję, pytając czy nie trzeba mi pomóc.

Nie czuła się pani samotna.

Nie czułam się samotna i to jest naprawdę największy prezent, jaki można dostać od losu.

Mój ulubiony fragment z poprzedniej książki Berlińska depresja – notabene strasznie depresyjna lektura…

Zgodnie z tytułem (śmiech).

…to wpadam w publicystyczne tony, jakbym nie miała własnego życia. Ten dziennik był pisany parę lat temu, teraz wspomniała pani o tym, jakodżyła solidarność międzyludzka w czasie pandemii. Czy jakoś inaczej teraz żyje się pani ze stratą? (Anda Rottenberg w 1997 roku straciła syna, ale jego tożsamość została odkryta dopiero w 2008 roku – przyp. red.).

W tej dziedzinie nie ma dobrych nowin. Jestem w ogóle zdziwiona, że to moje życie w ogóle trwa, i trwa, i trwa. Więc naturalnie Zaduszki są tym czasem, kiedy dokonuje się kolejnej rekapitulacji i przypomina się dawne zaniedbania czy zaniechania i inne grzechy. To nie jest dla mnie dobry czas, ale uważam, że on po coś jest. Może po to, by pomyśleć o przemijaniu i skonfrontować się z samą sobą?

O nietypowych zwyczajach związanych z Zaduszkami przeczytasz TUTAJ

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać