agnieszka michałowska akcja amputacja
Agnieszka Michałowska, fot. Madam Miko, kostium Prepostevolution

Amputacja. I co dalej?

30 udostępnień
30
0
0

Gdy przebywasz w gronie osób, które doświadczyły amputacji, szybko dochodzisz do wniosku, że możesz się od nich wiele nauczyć. Silni, radośni, pełni energii: patrzą na świat z innej perspektywy. Jak to możliwe, że po stracie kończyny nie siadają w fotelu i nie porzucają życia, a wręcz przeciwnie: zaczynają dopiero się w nie wgryzać?

Na amputację spojrzymy dzisiaj z kilku perspektyw dzięki uprzejmości trzech fantastycznych osób. Pomogą nam w tym: specjalistka HR i fotomodelka Agnieszka Michałowska, poznański architekt Maciej Niedziółko oraz Łukasz Szeliga, prezes Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego, zarządzający Polskim Związkiem Sportu Niepełnosprawnych „Start”.

***

Jest letnie popołudnie. Moja córka pierwszy raz staje przed obiektywem. Przebierają się koło siebie z Agnieszką Michałowską. W pierwszej chwili nie wiem, jak mam się zachować, gdy Aga zdejmuje calutką, ubraną w but nogę i odkłada ją na bok. Skupiam się na zadaniach i uciekam w humor, jak zawsze. Podczas sesji zdjęciowej moja córka stoi i narzeka na trudy, jakie ją spotkały. Kamień w bucie ją uwiera, jest trochę chłodno i oko szczypie od spływającej farby. Obok nas na jednej nodze, ucharakteryzowana, upaćkana i wciąż uśmiechnięta Agnieszka Michałowska wspina się po żwirowym zboczu. Patrzę na córkę i pytam: Naprawdę chcesz narzekać? Na kamyk w bucie? Zawstydziła się wtedy i chyba zrozumiała. Bo ludzie, którzy w jakiś sposób stracili kończyny, mają w sobie taką moc przekonywania. Szczególnie ci, którzy wzięli sprawy w swoje ręce, zaczęli doceniać z uważnością, właściwą mądrym i doświadczonym, każdy moment.

O człowieku nie świadczy to, ile ma kończyn, ale to, co ma w umyśle i jak postanawia się tym dzielić

Agnieszka Michałowska
Jagna Żukowska-Olejniczak: Jakie etapy muszą zajść w człowieku? Co skłania osobę z niepełnosprawnością do walki o siebie?

Agnieszka Michałowska: Straciłam nogę, gdy miałam dziewięć lat. Powodem amputacji był nowotwór. Przez kolejne 30 lat, czyli większość mojego życia kroczyłam z myślą, że skoro już raz zachorowałam, to może się to powtórzyć. Po co zatem walczyć o siebie? W każdej chwili ten cały wysiłek może okazać się bezsensowny, bezowocny. Po co mam rozwijać swoje pasje, skoro znowu mogę zachorować? Rak odbierze mi wszystko, co będzie miało dla mnie wartość. Trudno „zaangażować się” w życie, skoro cały czas wisi nad nami widmo tykającej bomby. Z powodu takiego nastawienia żyłam raczej oszczędnie, jakby obok, bez zaangażowania – dom, praca, znajomi… Ponadto mówienie o mojej niepełnosprawności, pokazywanie się z nią także sprawiało mi trudność.

Kiedy nastąpiła pierwsza zmiana w Twoim nastawieniu? Jaki był powód?

To było później, gdy zaszłam w ciążę. Ten moment był pierwszym, dużym krokiem w stronę zmiany mojego nastawienia wobec własnej fizyczności. Gdy dziecko zaczęło rosnąć, lekarz zalecił, bym zrezygnowała z protezy, ponieważ kosz, którym jest zakończona „noga”, mógłby naciskać na rosnący brzuch i zagrozić bezpieczeństwu mojej córki. Przerzuciłam się na kule. Przestałam się zastanawiać, jak postrzegają mnie ludzie. Nie myślałam o tym, czy patrzą, oceniają… Ważne było dla mnie wyłącznie bezpieczeństwo tej małej istoty, która we mnie rosła. To dzięki temu zdobyłam się na obojętność wobec tego, jak będę postrzegana. Aby czuć się komfortowo, nosiłam długą spódnicę. I tyle. Gdy moja córka miała trzy miesiące, ponownie zachorowałam na raka. Zawalczyłam wtedy o siebie, przede wszystkim dla mojego dziecka. Wygrałam. Hamulce w końcu puściły. Po raz kolejny okazałam się silniejsza od nowotworu.

Córka Cię zakotwiczyła?

Tak, ponieważ macierzyństwo nie pozwala już tak gładko wycofywać się z zaangażowania w egzystencję. Nie można się odseparować od radości, którą przynosi obserwowanie córki – jej pierwszych kroków, rysunków, uśmiechów. Nie da się być z boku, nie da się nie chcieć żyć. To był kolejny etap zmian. Pewnego dnia dostałam od koleżanki zaproszenie do grupy prowadzonej w mediach społecznościowych: „Aktywne życie po amputacji”. Pierwsza myśl: „Po co mi to?”. I ta myśl właśnie na kilka tygodni zablokowała mi wejście do świata zmian. Później jednak, pod wpływem pracujących we mnie emocji, weszłam na grupę. Zobaczyłam tam ludzi, takich jak ja, po amputacji nogi, którzy nie kryją się z tym, że mają protezę i potrafią w pełni cieszyć się życiem. Wtedy po raz pierwszy zastanowiło mnie, ile czasu mogłam stracić przez to, że wcześniej nie znalazłam takiego „miejsca”. Blokowałam sama siebie, bo bałam się być oceniana i komentowana przez innych. Postanowiłam zrobić coś, co dla kobiet po amputacji może być bardzo trudne. Założyłam sukienkę do kolan. To taki symbol przemiany. Wtedy właśnie narodziła się we mnie pełna gotowość do konfrontacji z tym, jak reagują ludzie. Ku mojemu zaskoczeniu, nie zwracałam uwagi na to, czy ktoś patrzy i ocenia. To w ogóle nie było dla mnie ważne. Od tego momentu zupełnie inaczej spojrzałam na siebie. Zdałam sobie sprawę, że to ja stanowiłam problem: moja własna ocena, nie innych. Później było już coraz łatwiej, moja otwartość nabierała rozpędu. Pojawiła się sesja zdjęciowa, która otworzyła kolejną „klapkę” w mojej głowie, potem jeszcze jedna i następna. Piękne zdjęcia, masa pozytywnych doświadczeń. Aż w końcu stwierdziłam, że to za mało, że czas się ruszyć. Pojawił się badminton. Sport to dla mnie forma relaksu, endorfiny i niezwykle pozytywni ludzie. To po prostu radość życia, poczucie wspólnoty. Po mojej metamorfozie, wyjściu z kokonu, zauważyłam, że ludzie chętniej się przede mną otwierają, że widzą we mnie kobietę radośniejszą, odważniejszą, pełną życia i chęci rozwoju. Często zadaję sobie pytanie, czy mogłam wcześniej dojść do takiego wniosku. Czy mogłam zawalczyć o siebie już lata temu?

Co Ci w tym przeszkodziło?

Myślę, że odbyłoby się to wcześniej, gdyby nie tkwiły we mnie pewne „drzazgi”. Gdy byłam dziewczynką, usłyszałam od kogoś bliskiego „Nie pokazuj protezy, bo ludzie będą patrzeć”; „Załóż coś dłuższego, to nie będzie tak widać”. I chociaż moja mama mówiła mi zupełnie coś innego, starała się mnie motywować, bym szła do przodu, to ja nie mogłam zapomnieć o tych słowach i zupełnie nieświadomie podążyłam drogą strachu. Może gdybym w czasie mojego leczenia i zaraz po nim dostała wsparcie psychologa, udałoby mi się szybciej zaakceptować siebie i zainwestować w pasje? Z pewnością zabrakło mi osoby, która przepracowałaby ze mną to, w jaki sposób o sobie myślałam.

Ludzie po amputacjach często dbają o kondycję fizyczną, a nawet angażują się w sport na poziomie znacznie przewyższającym rekreacyjny. Są aktywni, stają się zawodnikami różnych dyscyplin. Dlaczego tak jest? Co ten sport wnosi?

Wśród moich znajomych, z którymi obecnie tworzę grupę wsparcia dla osób po amputacjach, jest wielu, dla których sport staje się pasją. To nas umacnia, powoduje, że czujemy się w pełni aktywni, sprawni. Wielokrotnie okazuje się, że przed amputacją ludzie byli mniej aktywni niż teraz. Jedno jest pewne: warto cieszyć się życiem! Czas mija dla wszystkich. To, co postanowimy z nim zrobić, zależy od nas. Im bardziej będziemy otwarci na nowe, im szybciej pogodzimy się ze stratą i zaakceptujemy samych siebie w „odchudzonej” wersji, tym więcej zyskamy. O człowieku nie świadczy to, ile ma kończyn, ale to, co ma w umyśle i jak postanawia się tym dzielić.

Jest jednak ważna kwestia, która silnie wpływa na powrót do aktywności, do życia w ogóle, zarówno w sferze fizycznej, jak i psychicznej: jakość protezy.

Niestety, w Polsce nie dba się o ludzi z niepełnosprawnością – po amputacji. Nie myśli się o osobach aktywnych zawodowo. A przecież to, że ktoś nie ma ręki czy nogi, nie znaczy, że nie jest w pełni sprawny umysłowo. Właściwie w interesie wszystkich jest, aby osoby po amputacji mogły pracować, funkcjonować w samodzielności. Protezy, dzięki którym po amputacji można wieść dobre życie, są nieosiągalne finansowo dla przeciętnie, a nawet dobrze zarabiającego człowieka. Jeśli osoba jest aktywna zawodowo, to wtedy ma szansę na dofinansowanie do części protezy z PFRON-u. Większość z nas, aby zdobyć środki na protezę, musi jednak zwracać się do fundacji i ludzi dobrej woli, bo NFZ może dofinansować zakup nowej protezy raz na trzy lata, a i tak kwota ta wystarcza jedynie na jeden element, czasem na dwa: w moim przypadku kosz i produkty kosmetyczne.

Z protezą po marzenia dla Agnieszki – pomóż na Zrzutka.pl

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać