social media awaria
© Adobe Stock

A gdyby tak obudzić się w świecie bez Fb, Ig i WhatsApp?

2 udostępnień
2
0
0

4 października po wielkiej wieczornej awarii najbardziej popularnych na globie mediów społecznościowych miałam nadzieję obudzić się rano w nowym świecie. Byłam ciekawa tego świata. Wyobrażaliśmy sobie ze znajomymi, jak mógłby on wyglądać.

– Wstawałabym rano i nie sięgałabym od razu po komórkę, żeby zobaczyć, jakiej też ścianki sukcesu na Fb nie odpalił znów mój były – wyobrażała sobie moja znajoma. – Nie katowałabym się myślą, jaka ja jestem beznadziejna, że jemu tak wesoło i dobrze, a ja samotna i nieszczęśliwa.

– Nie leciałabym jeszcze przed pierwszą kawą sprawdzać, ile mojej firmie przybyło lajków na Insta i czy nie trzeba zaraz odpowiedzieć na jakieś komentarze – dodała kolejna. – Tracę na to zbyt wiele czasu, zamiast myśleć o ulepszeniu produktu czy o innych formach dotarcia do klienta. No, ale to wciąga. Daje takie pozory sukcesu. Widzę przecież, że jak jednego dnia tych lajków jest dużo, to od razu łapię wiatr w żagle, a jak jest posucha to humor mi się waży i zaczynam mieć wątpliwości czy to, co robię ma w ogóle sens.

– Ja natomiast nie dostawałabym od rana piany, widząc, ile czasu – mimo wyraźnego zakazu – siedział w nocy mój nastoletni syn, gadając z rówieśnikami na Messengerze – mówi kolejna koleżanka. – Niby z jednej strony to dobrze, że mogę mieć nad tym jakąś kontrolę, ale czy ja ją rzeczywiście mam? – zastanawia się.

– Dla mnie to trochę przerażające – wyznał kolega. – Wstajesz, siadasz do stołu z rodziną i nagle niezręczna cisza. Nikt nie skroluje ekranu, nagle trzeba by zwrócić na siebie uwagę, o czymś pogadać. Ale o czym? Nie wiesz, co się dzieje u znajomych, na świecie. O czym więc tu gadać? Już widzę, jak pytam córki: „No, a jak tam w szkole?”, a ona tylko wywraca oczami lub wzrusza ramionami. I znów cisza. W środku tygodnia może by jeszcze to jakoś się przeżyło, bo praca, szkoła, bo każdy się spieszy do wyjścia, ale w weekend? Koszmar!

– No, to bym się musiał szybko przekwalifikować – śmiał się innym znajomy. – Jako spec od social mediów, który na życzenie różnych firm dba o rozwój ich marek głównie w oparciu o Fb i IG, pewnie straciłbym robotę. Ale myślę, że szybko powstałyby inne kanały promocji i komunikacji. Ktoś inny przejąłby na rynku prym po gigancie i karuzela znów poszłaby w ruch. Jednak w międzyczasie sporo firm by na tym straciło, niektóre pewnie przestałyby istnieć.

– Mnie by było trochę żal – oceniła koleżanka. – Mam tyle fajnych wspomnień utrwalonych na Fb. Co roku aplikacja przypomina mi o nich i robi mi się miło. Jak wydarza mi się coś dobrego w życiu, zawsze chcę się tym z innymi podzielić. Jak się dzielę wydaje mi się, że dobro się mnoży. Myślę więc, że gdyby zabrakło Fb, poczułabym jakąś pustkę. Miałabym poczucie straty.

Gdy 4 października wieczorem przestały działać popularne aplikacje Facebook, Instagram, WhatsApp, zalała mnie fala telefonów i SMS-ów. 

„Hurra! Pieprznęło! Nareszcie!” – pisali jedni.  – „W końcu wziąłem się za zaległe prasowanie 😊”. „Wow, wreszcie w spokoju poczytam książkę”  – donosili znajomi. – „Zainstaluj sobie Telegram, Signal” – radzili, zapowiadając początek nowej ery. – „Koniec inwigilacji!”, „Już się nie podniosą!”.

Generalnie awarii owej towarzyszyło dużo ekscytacji i sporo jakiejś podszytej goryczą radości. Czy radowało nas to, że gigantowi, który zbiera o nas informacje i steruje naszymi wyborami, i który w jakiś sposób uzależnił ludzi i firmy od siebie, wreszcie powinęła się noga? Czy może raczej to, że choć świadomi wszystkich „ale”, jakie mamy do mediów Zuckerberga, sami nie potrafimy z nich zrezygnować, więc gdyby coś zdecydowało za nas, przyniosłoby nam to ulgę?

Czytaj również: Czy hejt jest zły, czy powinniśmy go zakazać?

Gros moich znajomych raczej z powodu tego wydarzenia nie płakało. Przeciwnie. Nawet przedstawiciele młodszego pokolenia zdawali się tym szczególnie nie przejmować.

– Szczerze mówiąc, jestem zmęczony mediami społecznościowymi – wyznał mi 21-letni znajomy. – Robią mi z głowy kaszanę. Codziennie spędzam w nich wiele godzin i tylko łapię doła, porównując się z innymi. Wiem, że to głupie, ale nie mogę przestać. Widzę tych wszystkich pięknych, świetnie ubranych ludzi i czuję się jak przegryw. Myślę wtedy tylko skąd oni, będąc w moim wieku mają na to wszystko kasę. I co ze mną nie tak, skoro ja jej nie mam?

Dlaczego skoro niby nam na tych mediach społecznościowych tak bardzo nie zależy, skoro czujemy, że nam szkodzą, że zabierają czas, mącą w głowach, wciąż z nich korzystamy? Dlaczego nie zlikwidujemy konta i nie powiemy im na zawsze „bye”?

– Bo to nie jest tak, że z mediów społecznościowych nie czerpiemy żadnych korzyści – tłumaczy mi kolega. – Gdybyśmy nie czerpali, gdyby nam tylko szkodziły, to pewnie nigdy nie rozrosłyby się na taką skalę. Na Fb są dziś „wszyscy”. Łatwo przez to medium dotrzeć do znajomych, do celebrytów, do firm. Są skuteczne w nagłośnieniu jakiegoś wydarzenia, problemu. Nie bez kozery mówi się, że jak nie ma cię w mediach społecznościowych, to nie istniejesz. Media te dają ci poczucie, że jesteś widoczny i widziany (jeśli inni lajkują twoje posty). Dają poczucie, że jesteś częścią jakiejś wspólnoty (choć to wspólnota w dużej mierze iluzoryczna), a człowiek ponoć jest istotą społeczną. Pozwalają ci wyrażać opinie, komentować życie innych, a to z kolei pozwala ci poczuć się ważnym. Odpowiednio ustawiane algorytmy sprawiają, że szybko trafiasz do jakiejś bańki, więc wyrażając opinie, łatwo zyskujesz grono pochlebców, tych którzy utwierdzą cię w Twoich przekonaniach. Nie musisz więc bić się z koniem, być targanym wątpliwościami, możesz jechać swoją racją i będziesz mieć za placami tłum, który na każde Twoje słowo ochoczo zaklaszcze. Scena jest twoja. Możesz się poczuć jak wybitny aktor czy aktorka i szlifować w odgrywaniu swojej roli. I to wszystko jest przyjemne. Jest haj, jest moc.

– Dopóki bańka się nie przebije, dopóki nie znajdzie się jakiś hejter czy hejterka, dopóki na scenie nie pojawi się ktoś bardziej od nas interesujący….

– Najgorsze jest chyba to, że zaczynamy żyć po uszy zanurzeni w tej wirtualnej rzeczywistości, a w tym czasie istnieje rzeczywistość poza wirtualna, która często nam się z tą pierwszą nie skleja – kontynuuje kolega. – I gdy się nie skleja, to się robi error. Bo jak to? Tam nas uwielbiają, klaszczą, a tu w domu, w rodzinie, w pracy bez fajerwerków. Proza życia. Ciągle coś źle, coś nie tak. Tam wrzucasz fotkę z nową fryzurą i masz dziesiątki serduszek i pochwał, a w domu mąż nawet nie zauważy, że byłaś u fryzjera.

– Bo lajkuje właśnie fotkę innej znajomej na Ig…

– Albo jest zajęty skrolowaniem postów, które odrywają go od realnego życia, na nich skupia swoją uwagę.

– Może zatem byłyby pożytki z upadku mediów społecznościowych? Może zmuszeni bylibyśmy wtedy wrócić do realiów? – zastanawiam się.

– Z pewnością gdyby te główne media nagle padły, świat nie przestałby istnieć – odpowiada kolega. –Na pewno na chwilę by nas to zatrzymało. I wielu dobrze zrobiłoby urealnienie. I nie musiałoby to być wcale takie straszne, bo gdyby nagle odcięło wszystkich, to dałoby to poczucie „wspólnotowej izolacji”, a to zupełnie inaczej się odbiera niż „jednostkowe wykluczenie”, które czujesz, gdy np. cię banują lub nielajkują. Myślę też, że między innymi z tego powodu tak trudno nam samemu z użytkowania mediów społecznościowych zrezygnować. Świadomość tego, że coś żyje bez nas, że my w tym nie uczestniczymy i mogą ominąć nas jakieś ciekawe rzeczy, mocno nas przed tym samowyautowaniem powstrzymuje.

Może cię zainteresuje: Pożytki z wątpliwości

Pytanie jednak, czym właściwie realna rzeczywistość, realna wspólnota, różnią się od tych wirtualnych? Dlaczego te drugie bardziej nas pociągają? Czy w realu nie da się tworzyć wspólnot wspierających, czy nie da się rozmawiać i tworzyć relacji? Przecież przez dobą internetu ludzie jakoś żyli i jakoś te wspólnoty tworzyli? Co się zatem zmieniło?

Z odpowiedziami na te pytania podpowiada artykuł w BigThink, skupiony wokół myśli filozofa prof. Michaela Patrick Lyncha oraz odkryć psychologów społecznych m. in. prof. Roberta Cialdiniego. Lynch twierdzi, że media społecznościowe zabijają intelektualną pokorę zaś Cialdini dowodzi, że publiczne wyrażanie opinii sprawia, iż okopujemy się w swoich racjach i przestajemy być elastyczni w poglądach. Efekt? Popadamy w epistemiczną arogancję i plemienność.

„jednym ze sposobów, w jaki internet zniekształca nasz obraz siebie, jest karmienie ludzkiej tendencji do przeceniania naszej wiedzy o tym, jak działa świat” – twierdzi Michael P. Lynch. – „Media społecznościowe stają się jednym wielkim mechanizmem wzmacniającym, dostarczającym nam wszystkich informacji, w które już wierzymy, i zachęcającym nas do traktowania innych baniek jako źle poinformowanych oszustów”.

Słowem, media społecznościowe zachęcają nas do arogancji, utwierdzają nas w przekonaniu, że wiemy znacznie więcej niż naprawdę wiemy. Zamykani przez algorytmy w bańkach, celebrowani przez tłum, stopniowo tracimy zdolność samooceny i zaczynamy wierzyć, że jesteśmy bardziej kompetentni niż w rzeczywistości. A w rzeczywistości, w realnym świecie to oczywiście zbiera swoje żniwo. Arogancja w realu bowiem już tak łatwo nie przechodzi, jak ta w świecie wirtualnym. Choć w realu też funkcjonujemy w bańkach są one jednak mniej szczelne. Natrafiamy na ludzi spoza nich, musimy patrzeć im w oczy, nie tak łatwo w realu utrzymać idealny wizerunek siebie, jaki udaje nam się tworzyć i utrzymywać w mediach internetowych. W realu upór, brak pokory, nieelastyczność w myśleniu i działaniu będą odpychać od nas ludzi, a nie ich przyciągać. Świat wirtualny rządzi się specyficznymi regułami gry. Nagradzana w nim jest brutalność interakcji, krótkie, cięte riposty, ośmieszanie, upokarzanie, bezpardonowa walka na słowa. Dobrze sprzedaje się to i ten/ta, którzy szokują, jątrzą, uderzają w proste ludzkie instynkty. Jeśli dziwimy się, że brutalizuje nam się rzeczywistość poza wirtualna, to mamy odpowiedź dlaczego. To, do czego przyzwyczailiśmy się w internecie i co tam jest nagradzane, przenosimy do realu, tylko w nim już trudniej za to samo o nagrody, a to rodzi frustrację.

Czytaj o tym: Jak tworzyć dobre media?

Media społecznościowe nas zmieniają. I nie zmieniają na lepsze. I my to w jakiś sposób czujemy – stąd pewnie ta nadzieja i radość, jaka opanowała tak wiele osób w momencie ostatniej awarii społecznościowego giganta. Media w takim wydaniu, jak ma to miejsce obecnie, na dłuższą metę powodują więcej szkód niż korzyści. Według ekspertów BigThink najwyższy czas pomyśleć, „jak zmieniać ekonomię mediów społecznościowych tak, aby nagradzała ona dyskurs w dobrej wierze, nagradzała odkrycia i swobodną wymianę idei, zamiast epistemicznej arogancji i plemienności”.

Możemy powoli sami przyczyniać się do tej zmiany. Tak w życiu jak i w internecie starając się prowadzić rozmowy, a nie walkę na słowa. Dawać sobie i innym przestrzeń do refleksji, do wątpliwości, tworzyć klimat zaufania, poprzez słuchanie bez oceniania, poprzez zaciekawienie rozmówcą, zwłaszcza tym z odmiennym od naszego zdaniem, a nie szukaniem pochlebców i zadowalaniem się aplauzem klakierów. Postawić na szacunek i empatię, a nie na tanią rozrywkę  – zawody roznegliżowanych zawodników w kisielu. Mamy wybór. W końcu media społecznościowe to my.

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
samotność

Samotność

Dlaczego tak wielu z nas boi się samotności? Czym właściwie jest samotność? Czy jest nią życie w pojedynkę,…

Wszystko jest ściemą

W dobie fake newsów, deepfake’ów, manipulacji informacjami i sterowania naszą aktywnością przez cyfrowych gigantów, coraz częściej pada pytanie…
pincher miniaturka

O psie, który śmierci gra na nerwach

Nawet jak na miniaturowego pinchera urodziło się toto małe i cherlawe. Delikatne i drżące. Kilkanaście tygodni później diagnoza…

Uzależnieni od biedy

Ciułanie, chomikowanie, magazynowanie. Kupowanie za dużo i na zapas. Lub odwrotnie: tzw. podcieranie tyłka szkłem, skąpienie każdego grosza,…
starość

O doświadczeniu starości

Prawdopodobnie jestem stara. Pierwszy raz pomyślałam o tym kilkanaście lat temu. Dziś jednak muszę przełknąć tę żabę. W…