7 mitów o globalnym ociepleniu (które mają uśpić Twoje sumienie, gdy w tym czasie planeta ginie)

26 udostępnień
26
0
0

Z ekologią, globalnym ociepleniem i naszym stosunkiem do nich jest tak, jak z wizytą u lekarza. Doktor, obejrzawszy wyniki badań, mówi: trzeba wdrożyć długą i bolesną kurację, pełną wyrzeczeń i kosztów, a zdrowie będzie się poprawiać powoli, jeśli w ogóle. A potem sięgamy do internetu i czytamy, że ta choroba nie jest wcale groźna, a może w ogóle to wymysł lekarzy.

Ci, którzy utrzymują, że globalne ocieplenie to moda, propaganda i ściema, posługują się kilkoma popularnymi argumentami, używając ich w różnych konfiguracjach. Przyjrzyjmy się im bliżej.

1. Jakoś to będzie

Dlaczego uważa się, że globalne ocieplenie zakłada nam pętlę na szyję, a jego przyczyną jest wzrost stężenia dwutlenku węgla w powietrzu? Pokazują to liczby. W 1960 roku wynosiło ono 318 ppm (parts per milion, czyli cząsteczek CO2 na milion cząsteczek powietrza). W 2006 roku było to już 380 ppm, a rok temu 419 ppm. Spowodowało to przez ostatnie sto lat wzrost średniej temperatury o 1 stopień.

Na 19 najcieplejszych lat, licząc od roku 1950, aż 18 to kolejne lata od 2001 roku.

Naukowcy oceniają, że tak wysokie stężenie CO2 było w historii Ziemi kilka milionów lat temu. Średnie temperatury były wyższe od obecnych o 2–3 stopnie. A poziom mórz o 10–20 metrów.

Co to praktycznie może oznaczać? Według prognoz, jeśli średni poziom mórz podniesie się o pół metra, to na przykład Bangladesz straci ponad 10 proc. terenu, co by oznaczało konieczność migracji piętnastu milionów ludzi!

I jeszcze jedno – z dwutlenkiem węgla jest jak z plastikiem – niezwykle trudno się go pozbyć. To, co dziś wrzucamy do atmosfery, pozostanie tam kilkaset lat.

Chcesz dowiedzieć się, jaki ślad węglowy produkujesz? TUTAJ znajdziesz kalkulatory

2. No może człowiek coś tam psuje, ale wulkany bardziej

Ludzie, którzy twierdzą, że wpływ człowieka na globalne ocieplenie nie jest tak wielki, podają często argument, że wulkany wyrzucają więcej CO2 niż… No właśnie, niż co? Jak wyglądają liczby?

W zależności od roku wulkany emitują rocznie od 65 do 320 milionów ton CO2. Dużo? Mało? Porównajmy: ta wyższa liczba to w przybliżeniu wartość emisji CO2 z Polski. Natomiast emisja ogólnoświatowa to ok. 35 miliardów ton. Wulkany odpowiadają zatem za 0,5-0,9% emisji.

Niestety, to my niszczymy naszą planetę. Rabujemy jej zasoby tak bardzo, że zaczyna nam brakować nawet… piasku. Na Dalekim Wschodzie kolejne państwa zakazują jego eksportu. Zanim się zorientowano, z map zniknęły 24 wysepki należące do Indonezji – dosłownie je rozkopano, na rozbudowę Singapuru.

Co roku, przede wszystkim na cele budowlane, zużywa się 40–50 miliardów ton piasku. Ten z pustyni się nie nadaje, więc trzeba zabierać go z rzek, plaż i kopać, kopać…

© thiago japyassu/Pexels

3. Nie bójmy się, bo drzewa to załatwią

Argument, któremu w zasadzie trudno odmówić racji, jest taki, że dwutlenek węgla jest zużywany przez rośliny, więc wystarczy posadzić więcej drzew i natura sama to wyrówna.

I znów liczby pokazują, że to pobożne życzenie. W krajach najbardziej zalesionych trwa największy wyrąb (legalny lub nie; okazało się, że w Rosji gigantyczne połacie lasu „zniknęły” bez żadnej kontroli). Tempo zmniejszania się zasobów leśnych znacząco spadło w ostatnim dziesięcioleciu, ale nadal jesteśmy na minusie (więcej się w tej dekadzie wycinało niż sadziło).

Tymczasem, żeby drzewa zaabsorbowały „nadmiarowy” dwutlenek węgla, potrzeba dodatkowego miliarda hektarów lasu.

Ile to jest miliard hektarów? Tyle co całe USA, lub całe Chiny i kawałek. Dużo. I pamiętajmy, że las nie rośnie rok czy kilka lat.

4. Technologia nas uratuje

Strachy na Lachy! – mówią krytycy globalnego ocieplenia i podają przykład prognozy londyńskiego „Timesa” z 1894 roku, który straszył, że przy ówczesnym tempie rozwoju transportu miasta utoną w przyszłości w końskim łajnie. Prognozy wówczas się myliły, więc i dziś się pomylą, a postęp techniczny uratował nas wtedy, więc i dziś nas uratuje.

Hmmm, a uratował nas wtedy? Koński transport zastąpiliśmy samochodowym, który zatruwa nam miasta dzisiaj.

Teraz jednak samochody spalinowe mamy zastąpić elektrycznymi, które będą tak eko, że już bardziej nie można. Tylko że ślad węglowy związany z budową auta elektrycznego, a zwłaszcza baterii, jest niebagatelny, a wydobycie litu, niezbędnego do baterii, dodatkowo niszczy środowisko. Poza tym, dopóki energia, którą będziemy napędzać auta elektryczne nie zacznie pochodzić przede wszystkim ze źródeł odnawialnych, to CO2 będzie po prostu emitowane gdzie indziej. Ja już nie będę palił kaloszami w piecu – oddam je do spalenia sąsiadowi.

(Aha, ten artykuł z „Timesa” to prawdopodobnie fejk, bo wszyscy o nim mówią, ale jakoś nigdzie nie można odnaleźć egzemplarza).

Warto przeczytać: Ekobójstwo – dlaczego Ziemia potrzebuje dobrego prawnika

5. Kupujmy jak zawsze, byle z napisem eko

Na razie mało kogo stać na produkty eko, ale w przyszłości będziemy jeździć tylko autami elektrycznymi, kupować elektronikę tylko od producentów dbających o ekologię, jadać warzywa bio, jajka od szczęśliwych kur i mięso od szczęśliwych krów. No i nie używamy już plastikowych słomek, więc, uff, problem plastiku mamy już w zasadzie za sobą.

Jednak ochroną planety nie jest kupowanie tego samego co poprzednio, tylko drożej, bo z napisem eko.

Producenci samochodów, elektroniki i sprzętów AGD mają tak naprawdę jedno marzenie. I ono jest dramatycznie nieekologiczne, a mianowicie: „kupuj jak najwięcej i jak najczęściej”.

Tymczasem bycie eko to kupowanie jak najmniej. I niemarnowanie. Bo marnujemy na potęgę. Jedna trzecia żywności na świecie ląduje w koszu. W Polsce rok w rok wyrzucane jest jedzenie za ponad 36 miliardów złotych, podczas gdy w ubóstwie żyje 2,5 miliona Polaków. Gdybyśmy nie marnowali żywności, każdy z nich mógłby dostać artykuły spożywcze wartości 1200 zł miesięcznie.

6. Wielkie koncerny stają się zielone

Badania pokazują, że zwłaszcza młodzi konsumenci są wrażliwi na ochronę środowiska. I, wychodząc im naprzeciw, wielkie koncerny dbają o środowisko. Producent wody w plastikowych butelkach sadzi drzewa, sieci fast foodów pakują hamburgery w biodegradowalne opakowania, producent telefonów nie dodaje ładowarek do nowych aparatów. I wszyscy zamieszczają w materiałach promocyjnych zielone listki, pokazują certyfikaty bio-eco-recykling i chwalą się tym w niezliczonych reklamach.

Zjawisko zwane greenwashingiem, czyli eko-wybielaniem opisał już w 1986 roku Jay Westervelt. Znamy wszyscy te napisy z hotelowych łazienek, żeby rzadziej oddawać ręczniki do prania, bo ekologia. Westervelt pokazał, że chodzi tu nie o ekologię, ale o pieniądze – oszczędności hoteli pod przykrywką ekologii.

Zobaczcie, jak chętnie wielkie sieci handlowe zgodziły się na wycofanie darmowych torebek foliowych. Dlaczego? Bo teraz torebek nie rozdają, ale sprzedają. I jeszcze na tych płatnych nadrukowują slogany o ekologii.

7. Rządy na pewno coś zrobią, a ode mnie niewiele zależy

W Polsce generalnie uważa się, że rząd to są „oni”. „Oni” coś robią, albo nie robią, albo powinni zrobić. Z ekologią i zanieczyszczeniem też niech rząd coś zrobi! Bo co ja mogę sam…

Tyle tylko, że potem, jak się okazuje, że za segregowane śmieci trzeba płacić dużo więcej, że prąd z węgla obarczony jest dodatkowymi podatkami, więc rachunki są coraz wyższe, to wołamy, że tak nie wolno!

Codziennie podejmujemy wybory dotyczące przyszłości planety: bazar czy supermarket, warzywa czy mięso, samochód czy autobus, naprawić czy kupić nowe.

Rządy mogą nam w tym pomagać lub przeszkadzać. Nie tylko w Polsce i w Unii, ale też w USA, masowa produkcja żywności, czyli ta, która najbardziej niszczy środowisko, jest obficie dotowana. (Na logikę powinno być odwrotnie, to raczej żywność wegańska powinna być dotowana, ale wielcy producenci żywności mają też wielką siłę perswazji). Dlatego raczej nie pokładajmy nadziei w politykach, tylko we własnych działaniach.

*** Na koniec będzie fragment nieodpowiedni dla ludzi wrażliwych; ale jak doczytaliście do tej pory o niszczeniu Ziemi, to wytrzymacie i to ***

Z naszym stosunkiem do środowiska jest jak z siusianiem do basenu. Wchodzi jeden człowiek i myśli: „Dużo wody, nikt nie zauważy różnicy, a co ja będę gdzieś chodził”. Potem drugi tak samo. A teraz wszyscy siedzą w tej wodzie (wodzie?) i każdy myśli: „A co to zmieni, jeśli akurat ja nie będę siusiał do basenu? Nikt nie zauważy różnicy”.

Z basenu, czyli z Ziemi, wyjść nie możemy (to znaczy jest w planach baza na Marsie, ale to zdecydowanie tylko dla nielicznych i raczej tych z dziesiątkami milionów na koncie). W związku z tym trzeba zaprzestać zanieczyszczania planety. Każdy – krok po kroku. I jak najszybciej.

Tego autora: Anna Bilińska: portret w drodze

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać
lemur katta

Lemur w marketingu

Primum non nocere – to naczelna zasada etyczna w medycynie. Dziś – w obliczu katastrofy ekologicznej i w…
wymianki pchli targ

Żyć eko, czyli jak?

Coraz więcej ludzi przekonuje się, że potrzebne rzeczy można pozyskać tanio lub zupełnie darmo. Przeczytajcie, jak organizować wymianki i garażówki, gdzie szukać używanych mebli i ubrań.