Ryszard Kapuściński

7 inspirujących życiowych lekcji od dziennikarzy i reporterów

1 udostępnień
1
0
0

Lekcja numer 5 od Marthy Gellhorn: Nie bój się samotności

„Mówię ci, samotność jest rzeczą do opanowania. Odwaga i strach, miłość, śmierć to tylko jej części i łatwo można nimi później rządzić. Jeśli sprawię, że uda mi się opanować własną samotność, zapanuje spokój lub bezpieczeństwo: a może to jest to samo”

© Flickr

Choć Amerykanka Martha Gellhorn była dziennikarką, reporterką i korespondentką wojenną, w historii została zapamiętana przede wszystkim jako „ta od Hemingwaya”.

Wychowana w duchu pewności siebie i przeświadczeniu, że może robić to samo co chłopcy, Gellhorn od zawsze chciała robić karierę w dziennikarstwie. Jako 21-latka odważnie ruszyła do Paryża, aby pracować w United Press Agency. Z Europy wróciła kilka lat później. Zaczęła pracę jako reporterka w St. Louis, a z czasem trafiła do Białego Domu, gdzie pracę zaproponowała jej Eleanor Roosevelt.

W latach 30., podczas pobytu na Florydzie, w jednym z barów Martha Gellhorn poznała Hemingwaya. Już wkrótce razem mieli pojechać do pogrążonej wojną domową Hiszpanii. To tam pisarz wpadł na pomysł, że zdobędzie dziennikarkę… i tym samym rozpoczął się romans tych dwojga, który z czasem przeobraził się w małżeństwo o temperamentnym charakterze. Gellhorn nie była bowiem typem kobiety domowej, jaką Hemingway chciał w niej widzieć. Niedziwne więc, że po pięciu latach ich małżeństwo się rozpadło.

Dziennikarka jeździła do Niemiec, gdzie przygotowywała reportaże o Hitlerze. W czasie II wojny światowej jeździła też do Finlandii, Hongkongu, Birmy i Wielkiej Brytanii. Była świadkiem lądowania aliantów w Normandii i wyzwalania obozu w Dachau. Po wojnie Gellhorn zajmowała się trudnymi tematami: wojną w Wietnamie, procesem Adolfa Eichmanna w Jerozolimie, inwazją USA na Panamę, wojną domową w Salwadorze.

Reporterka popełniła samobójstwo w wieku 90 lat. Wolna i samodecydująca do końca.

Lekcja numer 6 od Joan Didion: Chwytaj chwile. Póki trwają

„Nie mówię ci, żebyś czynił świat lepszym, ponieważ nie sądzę, żeby postęp koniecznie był częścią pakietu. Mówię ci tylko, żebyś w nim żył. Nie tylko znosił go, nie tylko cierpiał w nim, nie tylko przez niego przechodził, ale żył w nim.

Abyś na niego spojrzał. Spróbował uchwycić jego obraz. Żył lekkomyślnie. Ryzykował. Wykonywał swoją pracę i był z niej dumnym. Chwytał chwilę. A jeśli zapytasz mnie, dlaczego miałoby cię to w ogóle obchodzić, powiem ci, że grób jest ładnym i prywatnym miejscem, ale nie sądzę, że ktoś tam się obejmuje. Nikt nie śpiewa, nie pisze, nie kłóci się, nie ogląda pływów na Amazonce ani nie dotyka swoich dzieci. To jest do zrobienia tutaj póki możesz”

Joan Didion jest jedną z czołowych przedstawicielek nowego dziennikarstwa, bazującego na stosowaniu technik literackich w reportażu czy eseju (wśród innych wybitnych reprezentantów tego nurtu wymienić można m.in. Toma Wolfe’a, Trumana Capote’a czy Huntera S. Thompsona).

Didion jako 20-latka wygrała konkurs na staż w „Vogue” i tak rozpoczęła przygodę z pisaniem. Wkrótce potem wydała pierwszą książkę, wyszła za mąż za krytyka literackiego, pisarza i scenarzystę Johna Gregory’ego Dunna i zrezygnowała z pracy w redakcji.

W latach 60. pisała o otaczającej ją rzeczywistości. Tworzyła eseje będące znakiem rewolucyjnych czasów. Prowadziła długie debaty ze swoimi rozmówcami i odważnie prezentowała własne polityczne stanowisko. Pod koniec lat 70. wydała The White Album, w którym znalazły się eseje opisujące zarówno codzienne życie Didion z mężem i adoptowaną córką Quintaną, jak i te, w których opowiadała np. o kontakcie z Lindą Kasabian z bandy Mansona.

W 2003 roku stabilny do tej pory świat dziennikarki legł w gruzach. Najpierw Quintana zachorowała na grypę o ciężkim przebiegu, w efekcie czego zapadła w śpiączkę. Później na rozległy atak serca zmarł mąż Joan. W arcytrudnym momencie życia Didion napisała Rok magicznego myślenia – książkę, w której głęboko analizuje emocje i relacje człowieka w spotkaniu z granicznie trudnymi doświadczeniami.

Lekcja numer 7 od Josepha Pulitzera: Mów tak, aby inni cię słuchali

„Zawsze, kiedy coś mówisz, mów krótko, a będą tego słuchać, mów jasno, a będą rozumieć, mów obrazowo, a zachowają to w pamięci”

Urodzony w XIX wieku Joseph Pulitzer niechybnie musiał znaleźć się w gronie wybranych przez nas siedmiu wspaniałych. Nie bez powodu przecież jedna z najważniejszych nagród dziennikarskich w USA nosi nazwę „Nagroda Pulitzera” (przyznawana od 1917 roku).

Pulitzer przyszedł na świat w 1847 roku na Węgrzech, w rodzinie zamożnych Żydów. Kiedy jednak w latach 60. jego rodzice zbankrutowali, Joseph postanowił wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Jako 17-latek trafił na wojnę secesyjną, w której walczył po stronie Unii.

Po wojnie wyjechał do St. Louis, gdzie parał się różnymi pracami, między innymi pracował w bibliotece. To w niej poznał kiedyś redaktorów lokalnej gazety „Westliche Post”, do której zaniósł swój pierwszy reportaż, związany z oszukańczą pracą na plantacji cukru w Luizjanie. Ten otworzył mu drzwi do zawodu dziennikarza, potem redaktora naczelnego, aż w końcu wydawcy.

W 1873 roku kupił gazety „St. Louis Dispatch” i „St. Louis Post”, z których stworzył jeden tytuł „St. Louis Post Dispatch”. Kupiony 11 lat później nowojorski „The World”, dzięki pomysłowi Pulitzera na treści i formę ich sprzedaży (podawać treści zwięźle, ciekawie, z odpowiednią dawką dramatyzmu) przekroczył nakład 600 tysięcy egzemplarzy i dał podwaliny nowoczesnemu dziennikarstwu.

W 1903 roku Joseph Pulitzer założył szkołę dziennikarstwa przy nowojorskim Columbia University. Zmarł sześć lat później.

Tej autorki: Zawód reporter – życie bez fikcji

Zapisz się do newslettera, bądź na bieżąco

może Ci się spodobać