stylizacja Prepostevolution
Jagna Żukowska-Olejniczak, fot. Madam Miko, stylizacja Prepostevolution

***** ***

11 udostępnień
11
0
0

Do czego mogą prowadzić decyzje podobne do tej (wyrok Trybunału Konstytucyjnego zakazujący aborcji), która od kilku dni oburza Polaków?

Jak dochodzi do tego, że ludzie, którzy takie decyzje podejmują uzyskują władzę i znajdują poparcie ludu? Niekiedy opowieść science fiction potrafi zawrzeć więcej cennych znaczeń i trafniej prognozować przyszłość, niż rozprawy sztywno trzymające się realu. Zachęcamy do poczytania i przemyślenia.


Jedyną planetą, której w żadnym stopniu nie dotknął Rozpad, ani też toczące się później walki o dominację, była Anas. Miejsce to, położone na uboczu Trzeciej Sfery, ze strachu omijał nawet Chaos. W Clamoris, stołecznym mieście jedynego kontynentu na oceanicznej planecie, nocą, gdy cały zgiełk dnia ustał, usłyszeć można było tylko krzyki rodzących. Jedną z nich tym razem była młodziutka Lacrima. Zimny pot ocierała jej z czoła jedna z akuszerek. Puste oczy androida nie zmieściłyby nawet krzty współczucia. Istoty krzątały się niemo wokół niej, postukując jakimiś stalowymi przyrządami, których kształt rozsiewał w dziewczynie jeszcze więcej strachu.

– Wstań – usłyszała polecenie od jednej z maszyn o identycznych twarzach. Bolesny skurcz rozlał się wrzątkiem po podbrzuszu. Mdły i bezpunktowy. Dziewczyną targnęły konwulsje. Obrzygała akuszerkę resztkami kolacji, którą podano jej, jeszcze nim dostała pierwszych skurczów. Widząc ściekającą po twarzy maszyny białą, lepką maź, Lacrima uśmiechnęła się blado, a w jej oczach błysnęła złośliwa iskra.

Dziewczyna, odkąd pamięta, żyła w niewoli, ale w jej żyłach płynęła buntownicza krew pierwszych pokoleń. Była potomkinią Salomona, który skolonizował niegdyś planetę. Wyprawa ta zrodziła się z niezgody na radykalizujący się ziemski świat. Ów przywódca, dosłownie, wyniósł w kosmos wszystkich, którzy mieli szansę zbudować demokratyczną społeczność. Lacrima często przypominała sobie fragment przemówienia, podawanego w sekrecie przez kobiety z podziemia, które także znalazły się w jej zakonie. Już dawno nauczyła się go na pamięć i w momentach największego cierpienia, największego poczucia beznadziei – wygłaszała w myślach te słowa, które przemawiały do niej zza grobów, straconych podczas rewolucji, przodków. Oczami wyobraźni widziała siebie stojącą na stercie gruzu i wygłaszającą do podziwiającego ją tłumu te mądre, prawie jej słowa. Z każdym rokiem swojego życia rozumiała z nich coraz więcej. Wrastała w ten przekaz żywymi przykładami, każdą kroplą uronionej krwi. I także teraz w chwili wytchnienia od bólu, gdy jej umysł pragnął siły, pozwoliła im wybrzmieć w myślach.

„(…) O tym wszystkim, czym możemy być dzisiaj, zdecydowały setki lat popełnianych błędów. Miliony ludzi musiały zginąć na drodze do ewolucji społecznej. „Czym jest ta ewolucja?” – zapytacie. Otóż, natura dała nam umysł jako narzędzie do samodzielnego zarządzania rozwojem, gdyż sama nie mogłaby nadążyć za człowiekiem. Dzisiaj mamy inżynierię genetyczną, która pozwala edytować właściwie wszystko. Staliśmy się panami własnego istnienia i rozwoju. Nie potrzebujemy już zatem, przynajmniej w tych aspektach, „bogów”, bo rozumiemy wiele z tego, co nas otacza i z tego, co w nas samych zachodzi. Możemy mieć nad tym kontrolę i jeśli tylko spleciemy z tą możliwością wartości i dostrzeżemy na czas skutki naszych wyborów, mamy szansę urosnąć w siłę jako zdrowe społeczeństwa, odcięte od zacofania i zabobonów. Nie możemy jednak, tym bardziej, zapomnieć o błędach naszych poprzedników. Najgroźniejszymi wrogami każdego z nas są: strach, kompleksy, żądza władzy i głupota. Skąd one miałyby się wziąć? Otóż, drzemią w nas nadal te instynkty, które z jednej strony pozwalają przetrwać i adaptować się w różnych warunkach, z drugiej zaś mogą przerodzić się w to, co odbierze nam demokrację i wtrąci na powrót w radykalizm, despotyzm, a co się z tym wiąże: niewolę. I tego właśnie bądźmy świadomi. Tych dwóch stron jednej monety. Znajmy jej wartość i zrozummy zagrożenia. Pewnych struktur w człowieku ruszyć nie można, bo kształtują się nie tyle w budowie materii, co w sytuacjach społecznych. I właśnie tutaj każdy z nas, jako część tego mechanizmu, który stworzymy, musi pilnować przede wszystkim siebie i własnego umysłu, by nie skręcał w te niebezpieczne ścieżki. Skąd? – spytacie. Skąd w tym naszym nowym świecie, do którego przylecieli wybrani, miałoby się wziąć takie zagrożenie? A stąd, że instynkty spuszczone ze smyczy, pozbawione kultury, działające w najgłębszych czeluściach podświadomości, bez kagańca edukacji i społecznych mechanizmów, mogą obudzić w nas na powrót okrucieństwo. I tego wynaturzonego zwierzęcia w nas samych musimy się wystrzegać. Dbać, by młode pokolenia były dobrze wykształcone. Rozumiały siebie i istotę współistnienia, by były wychowywane w świadomości szerokiego obiektywu, by umiały budować własne konteksty i zadawać niewygodne pytania. Z tego wszystkiego dopiero może zrodzić się przekonanie, że wolność to także odpowiedzialność i że słowa mają moc czynów. Chciałbym, by każdy w naszym świecie umiał współczuć i nie musiał żyć w strachu. Chciałbym życzliwości. Tego nam przecież brakowało, dlatego ruszyliśmy we Wszechświat. Zmęczeni tym despotycznym, uproszczonym, biało-czarnym, upadającym światem. Wszyscy wiemy, że inteligencja, wiedza i doświadczenie pozwalają na weryfikację, a tego potrzebuje każda władza. Najsłabszym punktem despotycznych rządów był efekt nowych szat cesarza. Obrastający bezkarnością i megalomanią, niczym tłuszczem, władcy nie mogli konfrontować się ze swoimi błędami i ich naprawiać. A zatem także uczyć się na nich. Gdyż nie było wokół nikogo, poza zlęknionymi pochlebcami. W tejże bańce własnej doskonałości i nieomylności izolowali się od narastającego buntu ludu, który w podziemiach, cierpiąc i hodując zemstę, jak jadowitego skorpiona, wspinał się na wyżyny kreatywności, by uniknąć represji, znaleźć wyjście, odzyskać wolność, uciec lub walczyć. Bo gdy odbierze się społeczeństwu tę kluczową wolność, zabiera się także poczucie bezpieczeństwa, gwarancję przetrwania, to ono zawsze podejmie się walki. A siła uciemiężonego spleciona jest z gniewu i desperacji, które, skonfrontowane z dobrostanem władzy, zawsze wygrają. Nawet gdy buntownik zginie. Wówczas jego męczeńska siła obudzi miliony kolejnych buntowników. No i dobrze – powiecie. Wygrali uciemiężeni. Chwała im za to. Ale ja was znowu zmartwię, bo oni swą rewolucją, wojną we własnej sprawie nie wzniosą na tron najmądrzejszego, bo od lat w tym zgnębionym podziemiu budowano hierarchię opartą na sile, sprycie, złości i chęci zemsty. Tron nowego króla wykuty będzie ze strachu. I jedyne, co będzie umiał, to powielić te schematy, które stosowała wcześniej znienawidzona władza. Będzie rządził pokoleniem zakompleksionym, skrzywdzonym, mentalnie słabym, podupadłym na zdrowiu, przemocowym i niedoedukowanym. I szybko zrozumie, że najlepiej (a właściwie najszybciej, bo przecież w strachu będzie się spieszył) działają sprawdzone mechanizmy. Nie wie, że skuteczną zmianę może wdrożyć tylko przez długotrwałe inwestycje: spojrzenie na najmłodszych, odpowiednią edukację, zabezpieczenie podstawowych potrzeb, kampanie społeczne, uświadamiające skutki przemocy… Nie myśli nawet o tym, żeby coś się zmieniło. Bo sam ponad to skrzywdzone już pokolenie nie wyrasta. Ma wciąż niewidzialne cugle. I ani się obejrzeć, stanie się kopią tego, którego z tronu zrzucił, królem, któremu nikt nie powie, że jest nagi i siłą rzeczy, Moi Drodzy, wychowa kolejne zlęknione, wiecznie niedojrzałe społeczeństwo, lubujące się w prostych, niewymagających intelektu czynnościach, które nie wytworzy żadnej wyższej kultury. A garstka tych, którzy świat będą rozumieć szerzej, zostanie wepchnięta w kocioł ze smołą, spalona na stosie albo, co gorsze, poddana torturze słuchania disco polo, w którego rytm, bez zastanowienia i przeżywania, pozostałe społeczeństwo będzie zaspakajać pierwotne potrzeby. To, co ludzkie, wyrasta ponad ciało, a żeby tak mogło być, ciało nie może czuć, że musi walczyć o przetrwanie. Bo jakże tu czytać o kosmosie, gdy burczy w brzuchu?”.

Pomiędzy kolejnymi skurczami Lacrima miała czas, by podróżować do tego świata, który wyglądał zupełnie inaczej i choć znała go tylko z opowieści, umiała żyć w nim o wiele prawdziwiej niż w tym. Do rozrodu przeznaczono ją zaraz po pierwszej miesiączce. Starotestamentowcy odebrali Lacrimę z rąk zakonu, w którym umieszczono ją po egzekucji jej rodziców, i wpakowali przed ołtarz. Kazali przysięgać przed kapłanem i „bogiem” bezwarunkowe posłuszeństwo i oddali pod opiekę jurnego rolnika, który na starożytną, włościańską modłę zarządzał gospodarstwem. Znowu nadchodził skurcz, wzięła łapczywie wdech i wydarła się całą mocą złości zlepionej z tym wspomnieniem. Och! Jakże on cuchnął. Jakże był prostacki.Właściwie, jedynym momentem, w którym można by uznać go za mężczyznę, był ich ślub. Wtedy pomyślała nawet, że nie będzie tak źle. Gęste włosy, jasne, zdawało się, często uśmiechnięte, oczy, mocne ręce… Ale włosy tłuste jak smoła, przesiąknięte smrodem obornika, nigdy już nie wyglądały jak wtedy. Oczy śmiały się najchętniej z niej lub wówczas, gdy kogoś upokorzył, a ręce… cóż… mocne na tyle, by złamać jej nogę w trzech miejscach. Ale starotestamentowcy „chronili” swoje „rozpłodówki”. W ramach kary na pewien czas odebrali ją z rąk tego, jak go nazwali, „zagubionego człowieka”. Kazali jej się za niego modlić i współczuć mu słabości. Nie zamierzała. I choć zmuszana była, jak wiele innych jej podobnych, gwałconych, bitych i znieważonych dziewcząt, powtarzać tępo słowa modlitwy, to w głowie snuła intencje zgoła inne. Nie mogła pojąć, czym jest to przebaczenie, znała definicję, ale jakoś dogrzebać się w sobie tego nie mogła. W tym miejscu zawsze znajdowała tylko gniew i pocieszające wizje zemsty. Lubiła wyobrażać sobie, że jako władczyni każe przyprowadzić go przed swoje oblicze i zmienia mu płeć bez narkozy: jak starotestamentowcy chcieli. Gdyby się tak wydzierał, jak ona teraz, rzekłaby szeptem wprost do jego ucha „cierpienie uszlachetnia”.

Kolejny skurcz wywołał poruszenie wśród androidów.

– Główka!

– Przyj!

– Przyj! – powtarzały jedna za drugą.

Drzwi do sali otworzyły się z hukiem. Kątem oka, gdy wwożono łóżko z inną rodzącą młódką, dostrzegła ludzkie strażniczki, stojące przed drzwiami. Tego nie mogła pojąć najbardziej. Jak to możliwe? Jakim cudem one dostały tę robotę? I dlaczego ich maciczna solidarność jeszcze nie zrodziła buntu? Szarpnęło nią, pomiędzy nogami przeciskało się na ten świat kolejne istnienie. Myślała tylko o tym, by nie była to dziewczynka.

– Chłopiec? – darła się z nadzieją.

Pozlepiane od potu włosy wchodziły jej do ust. Czerwona z wysiłku, żylasta twarz z przekrwionymi oczami błagająco spoglądała na androidy, które właśnie teraz wyciągnęły z niej ośluzowane, zakrwawione niemowlę.

– Chłopiec – odrzekła sucho akuszerka i przecięła pępowinę. Lacrima odetchnęła. Jeszcze rodziła łożysko. Jeszcze ból ciął jej podbrzusze, ale uwagę przykuło teraz to biedne stworzenie, które dopiero wchodziło w ciasny, mroczny tunel porodu. Ciemne włosy dziewczyny jeszcze nie były mokre, a jej twarz jedynie od czasu do czasu lekko wykrzywiała się w bólu. Piękna. Pomyślała Lacrima. „Pełne piersi gotowe do karmienia, szerokie biodra stworzone do rodzenia…”. Zacytowała w myślach fragment wiersza, który na cześć kobiet, w dniu święta matek, wyrecytował „poeta zaangażowany”. Obiecała sobie wtedy, że gdy tylko uda jej się jakimś sposobem dopaść kawałek kartki i czegoś do pisania, odpowie mu uroczyście zmyślnym rymem:

Fiut twój, o Wielki Poeto,
zdrobnieniem męskości nazwany!
Spalić na stosie tego „atletę”!
Usunąć geny! Ocalić panów!

Podano jej synka. Umytego, świeżutkiego i wrzeszczącego. Uderzyła w nią fala niechcianej, niepojętej radości. Malizna wtuliła się w nią. Krzyk ucichł. Patrzyła na to stworzonko i nie mogła uwierzyć, że ten pieprzony dyktator też kiedyś taki był. Niezależny i bezradny. I nagle zakiełkowała w niej ta niepokojąca myśl, że jej syn także może wyrosnąć na bandytę. Czy gdyby matka cesarza wiedziała, co on uczyni, zdobyłaby się na odwagę, by…

Przeraźliwy skowyt zranionego zwierzęcia rozdarł tę myśl. Dziewczyna leżąca na łóżku obok nie znosiła bólu zbyt dobrze. Wciąż mdlała i krzyczała na przemian. Jakby skurcze nigdy nie odpuszczały. Androidy uwijały się wokół jej łóżka, trwało to długo. Lacrima poczuła nawet złość do tej dziewuchy. Jej syn wciąż się przez ten lament budził. W końcu wywarczała tylko:

– Bądź dzielna.

Komunikat utknął jednak w obrzeżach jej legowiska. W końcu męczarnia ustała. Spomiędzy zakrwawionych ud androidy wyciągnęły zniekształcone dziecko. Krzywa, zapadnięta czaszka, brak oczu, nos i usta zrośnięte w jeden otwór, powykrzywiane rączki… Akuszerki przecięły pępowinę tak, jak uczyniły to przed chwilą jeszcze z jej pięknym chłopcem. I podały dogorywające w męczarniach stworzenie na piękne, mięsiste, pełne pokarmu piersi matki, która przyjęła tę chyba-córkę i wlepiwszy oczy w jej synka, przytuliła troszkę za mocno. W głuchej ciszy sali, w której zostały już tylko one, słychać było chrzęst i pęknięcie małej drobnej kosteczki, która zwykle łączy głowę z kręgosłupem. Łzy wypełniały oczy dziewczyny, coraz większymi strumieniami zaczęły spływać po niemej twarzy. Ściskała stygnące ciałko nadal zbyt mocno. Androidy zbiegły się zaalarmowane spadającą temperaturą. Mają chronić każde życie, każde, tak jak je zaprogramowano. Maszyny nie dostrzegają niuansów, które mogą stanowić o tym, czy życie innego człowieka stanie się piekłem. Są bezwzględne, dlatego doskonalsze nawet od tych bezdusznych strażniczek. Kilka tygodni później trybunał wydał wyrok i zgodnie z nim, tę samą dziewczynę, która dzieliła z Lacrimą pokój porodowy, ukamieniowano na oczach tłumu w miejscu, który niegdyś nazywano Placem Wolności.

***

Gdy Lacrima stanęła u władzy, miała już 920 lat. A zatem była całkiem dojrzałą kobietą. Jej syn, którego odchowała, przetarł dla niej szlaki. Stał się wytrychem do męskiego świata. Miał mocne ręce po ojcu, także jego jasne, uśmiechnięte oczy i bujną czuprynę. Sagum dał mu nawet swoje imię. W tym świecie jednak na szczęście nie uszczelniono jeszcze jednego wyjścia, z którego sączyło się światło. Zapomniano, że to kobiety wychowują następne pokolenia. Zapomniano odebrać im synów. Zapomniano o synach! Często tak podobnych do matek. Lacrima jako pierwsza uczyniła z tego broń. Sagum był doskonałym materiałem na władcę. Nie po ojcu. W jego żyłach płynęła krew pierwszego rodu, rozpalona i chętna, spadek po kądzielich przodkach. Gdy oddawał zdobytą przez siebie władzę matce, na ulice wylały się potoki kobiet, które protestowały przeciw tej „nikczemnej żmii”, które domagały się zachowania starego porządku. Powstanie stłumiono brutalnie. Zginęły tysiące matek, żon, sióstr…, ale Lacrima miała „wyższy cel”. Nie przypatrywała się jednostkom. Zależało jej, żeby władzę przejąć szybko.

– Głupie! – kwitowała z pogardą widok umierających na ulicach kobiet. A w jej umyśle wciąż tętniła ta potrzeba zemsty, nieustannie zajmująca miejsce przebaczenia. Te kobiety, które popierały rewolucję (bo przecież nie reformę), wyszły na ulice dużo później. Bardziej ze strachu przed tym, że zostaną wsadzone do tego samego, czarnego zresztą, worka, co zwolenniczki cesarza, niż z prawdziwej potrzeby.

– I co było dalej? – zagadnęła dziewczyna swoją matkę, gdy ta przez chwilę nic nie mówiła.

– A jak myślisz? – odrzekła w końcu wciąż zatopiona w myślach i zapatrzona w jakiś punkt w próżni.

– Nie! No mamo! Co było dalej?

– A co ty byś zrobiła na miejscu Lacrimy? Co może być dalej?

W tym małym statku kosmicznym podróżowały już 14 lat. Dziewczyna zdążyła dorosnąć. W samotni, zawieszonej w próżni, czekającej na dobry moment do skoku w stronę Ziemi, żyły nadzieją, że po tylu latach znajdą tam spokój, że zaczną od nowa, że Ziemia jakimś cudem się odrodziła. Córka nie mogła wiedzieć, że kobieta uczyniła ze statku kolejną arkę, na której pokładzie wiozła geny starannie wyselekcjonowanych istot i że obie staną się matkami nowego pokolenia.