konwencja stambulska
Podpisanie umowy: Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, pełnomocniczka rządu ds. równego statusu i Gabriela Battaini Dragoni, zastępca sekretarza generalnego Rady Europy

10-lecie Konwencji Stambulskiej: historia powstania i znaczenie konwencji (CZĘŚĆ I)

23 udostępnień
23
0
0

 

11 maja, mija 10 lat od przyjęcia przez Radę Europy (i 6 lat od wejścia w życie) Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej, zwanej potocznie konwencją stambulską.

Im więcej równości płci, tym mniej przemocy wobec kobiet, słyszymy często przy okazji rozmów o konwencji. Tak, ale w idealnym, wolnym od patriarchatu społeczeństwie. Jak na razie jednak żaden kraj na świecie nie jest całkowicie przemodelowany tak, żeby można go było nazwać równościowym. Kwestia równych praw stała się szeroko znana po II wojnie światowej, ale tak naprawdę dopiero od jakichś 50 lat możemy mówić, że koncepcja równości kobiet i mężczyzn funkcjonuje w powszechnym obiegu. Jedną z zasad horyzontalnych Unii Europejskiej od 1997 roku jest gender mainstreaming, czyli wprowadzanie perspektywy równości płci do szerokiego nurtu – nie tylko do prawa, ale i do całego społeczeństwa.

1 maja minęło 17 lat od wstąpienia Polski do Unii Europejskiej. Wydawałoby się, że skoro Polska jest krajem wysokorozwiniętym, należy do wszystkich organizacji międzynarodowych, w tym europejskich, ratyfikowała niemal wszystkie instrumenty prawne dotyczące praw człowieka (z wyjątkiem Europejskiej Konwencji Biomedycznej), prawa kobiet nie powinny już budzić kontrowersji. A jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż dyskusja o tym, co znaczy cywilizacja, demokratyczne państwo i rola kobiet, cofnęła nas w czasie.

Cywilizacja powinna być oceniana przez jej stosunek do mniejszości – te słowa Mahatmy Ghandiego lubiła cytować Izabela Jaruga-Nowacka, kiedy sprawowała funkcję ministry ds. równego statusu kobiet i mężczyzn. Kobiety są największą mniejszością na świecie, ale czy ich prawa de facto są przestrzegane? De jure na szczęście już tak. W większości krajów na świecie jest lepsze lub gorsze prawo w tym zakresie. Od deklaracji polityków i przywódców państw (słynne słowa Hilary Clinton wypowiedziane podczas światowej konferencji kobiet w Pekinie w 1995 r.: „Prawa kobiet są prawami człowieka”) ważniejsze są instrumenty prawne, które oprócz funkcji edukacyjnej, wymuszają prawdziwe zmiany legislacyjne w krajach, które je przyjmują.

Nie byłoby ani konwencji stambulskiej, ani problematyki przemocy wobec kobiet jako aspektu naruszenia praw człowieka, gdyby nie konwencja ONZ w sprawie likwidacji wszelkich form dyskryminacji kobiet z 1979 r., oparta na założeniu, że przyczyną dyskryminacji kobiet są stereotypy i określona wizja tego, co jest kobiece (w uproszczeniu: zajmowanie się domem i wychowywaniem dzieci), a co męskie (domena publiczna, zarabianie, głosowanie), która pokazuje jak likwidować te nierówności.

Nierówność zaczyna się od stereotypu, a nie ubioru czy preferencji seksualnych.

Historia

Rada Europy już w latach 90. XX wieku zaczęła podejmować działania promujące inicjatywy na rzecz ochrony kobiet przed przemocą. Pokłosiem wysiłków organizacji na rzecz osiągnięcia tego celu było przyjęcie w roku 2002 Zalecenia Komitetu Ministrów Rady Europy o ochronie kobiet przed przemocą.

Od początku prac nad konwencją do jej podpisania byłam osobą odpowiedzialną w polskim rządzie za jej negocjowanie. Pamiętam, że w 2006 roku razem z Renatą Durdą, szefową „Niebieskiej Linii IPZ” byłyśmy na specjalnym posiedzeniu w Radzie Europy, poświęconym ochronie kobiet przed przemocą, gdzie kiełkował pomysł stworzenia grupy roboczej ds. konwencji. Jednak zanim do powstania takiej grupy doszło, w latach 2006-2008 odbyła się ogólnoeuropejska kampania poświęcona  oswojeniu opinii publicznej państw europejskich z tematyką zwalczania przemocy wobec kobiet, w tym przemocy domowej. W wielu krajach kampania taka odbywała się po raz pierwszy.

Rada Europy przepytała wszystkie 47 rządów oraz ich delegacje złożone z przedstawicieli ministerstw i organizacji pozarządowych czy naprawdę jeden, kompleksowy dokument w sprawie zapobiegania przemocy ze względu na płeć jest potrzebny. Wszyscy jak jeden mąż (nomen omen), może z wyjątkiem Watykanu i Rosji, które to od początku nie widziały konieczności działań ww. temacie, byli za.

W 2008 r. do życia powołany został Komitet ds. zapobiegania i zwalczania przemocy wśród kobiet i przemocy domowej (CAHVIO). Jego celem było opracowanie takiego dokumentu – w formie umowy międzynarodowej. Tekst konwencji ujrzał światło dzienne w grudniu 2010 roku po dziewięciu spotkaniach komitetu. W kwietniu 2011 r. dokument przyjął Komitet Ministrów Rady Europy, w którym zasiadają przedstawiciele każdego z państw. Umowę podpisywać można było od 11 maja 2011 r. W tym samym czasie odbywała się 121. Sesja Komitetu Ministrów w Stambule, bo prezydencję w Radzie Europy sprawowała Turcja. Stąd też potoczna nazwa dokumentu – Konwencja Stambulska. Turcja była też jednym z najaktywniejszych państw wspierających powstanie konwencji po tym, jak głośnym echem odbiła się sprawa żywcem zakopanej dziewczyny za to, że „splamiła honor rodziny”, bo spotykała się z chłopcem bez ślubu. Sekcja zwłok wykazała, że w momencie śmierci miała piach w płucach. Ten bestialski mord wstrząsnął opinią publiczną. W tamtym czasie Turcja bardzo chciała wstąpić do Unii Europejskiej i być postrzegana jako nowoczesny kraj, deklarowała również chęć ograniczenia barbarzyńskich praktyk wobec kobiet, które miały miejsce głównie w kurdyjskich wsiach.

Polska była 26. państwem, które podpisało konwencję. Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, ówczesna pełnomocniczka rządu ds. równego traktowania, podpisała ją 18 grudnia 2012 r. w Strasburgu.

– Trudno zapomnieć tak znaczącą chwilę w historii praw kobiet w Polsce – wspomina. – Strasburg tonął w bożonarodzeniowym nastroju. Był pełen oświetlonych lampkami choinek, pachniał sprzedawanymi na targu świątecznymi przysmakami. 18 grudnia był pierwszym możliwym terminem, dostępny dla aktu podpisania Konwencji. Mieliśmy za sobą gorącą debatę polityczną, wewnątrz-rządowe spory podsycane naciskami dominującego w Polsce kościoła – katolickiego. Ale byliśmy gotowi: Sejm kończył prace nad projektem prawa w zakresie trybu ścigania za gwałt oraz wieloma przepisami wynikającymi z tzw. dyrektywy ofiarowej Unii Europejskiej, co zbliżyło Polskie prawo do tego wymaganego przez Konwencję. Dzięki temu, Rada Ministrów, w gorącej atmosferze dyskusji o prawach kobiet i „gender”, wyraziła zgodę na podpisanie Konwencji. Krótko po tym, wraz z Moniką Ksieniewicz, wówczas wicedyrektorką mojego biura w Kancelarii Premiera, pojechałyśmy do Strasburga. Pamiętam ten moment, gdy trzymałam pióro nad aktem podpisania Konwencji i w imieniu Polskiego Rządu, jednym ruchem ręki, miałam zamknąć etap sporów o to „czy?” i rozpocząć etap dyskusji o tym „jak?” – w jaki sposób, jakimi dokładnie przepisami, zabezpieczymy kobiety przed przemocą, wykonując Konwencję – mówi Agnieszka Kozłowska-Rajewicz.

Urszula Gacek, ówczesna Ambasadorka RP przy Radzie Europy również ma z tego okresu wspomnienia:

– Pamiętam długie, trudne negocjacje nad konwencją – opowiada. – Wiadomo było, że trzeba uzgodnić treść, którą zdoła zaakceptować wszystkie 47 Państw członkowskich Rady Europy. Polska znalazła się w nieco „egzotycznej” koalicji ze Stolicą Apostolską i Rosją. Prac nie ułatwiał fakt, iż w samym rządzie nie było jedności. Premier Tusk popierał konwencję, ale konserwatywne skrzydło rządu miało problem z zapisami o tzw. „gender”. Sporo pracy i zabiegów wymagało uzyskania tej zgody na poziomie krajowym. Pomimo, że był to temat który mi towarzyszył przez moje 4 lata w Strasburgu, gdy ostatecznie doszło do podpisanie Konwencji, ja już sprawowałam funkcję konsula Generalnego w Nowym Jorku. Chociaż nie uczestniczyłam w tym ostatnim etapie, bardzo się cieszyłam, że jednak udało się podpisać ten dokument.

Podpisanie konwencji to pierwszy etap zawierania umów międzynarodowych w trybie złożonym. W tym przypadku powinno to nastąpić w trybie podjętej przez parlament ustawy, która upoważni prezydenta do ratyfikacji. W przypadku Konwencji Stambulskiej możemy mówić o tzw. złożonym trybie zawarcia umowy – najpierw wyznaczony przez państwo pełnomocnik ją podpisuje i w ten sposób kraj wyraża swoją aprobatę dla ostatecznego tekstu umowy. Etap ten nie rodzi jeszcze żadnych skutków prawnych wobec państwa. Dopiero po realizacji etapu drugiego, tj. ratyfikacji umowy międzynarodowej i złożeniu przez państwo dokumentu u depozytariusza umowy, można mówić o związaniu się umową.


może Ci się spodobać
najem okazjonalny

Najem okazjonalny

Media donoszą o problemach właścicieli lokali z byłymi najemcami, którzy nie chcą opuścić lokalu. Rozwiązaniem może być najem okazjonalny